Za dwa dni przylecieli do Warszawy rodzice Maksa. Bardzo byli smutni z powodu jego stanu zdrowia. Ojciec nie miał czasu siedzieć przy jego łóżku. Kursował po oddziale, szpitalu. Znalazł dwóch swoich kolegów ze studiów. Rozmawiał z lekarzem prowadzącym i ordynatorem oddziału.
Matka cały czas siedziała przy jego łóżku. Spisywała życzenia syna co ma mu kupić.
Nową komórkę, mały telewizor, który będzie używał w szpitalu, dwa dyktafony, nowego laptopa.
- Po co ci dwa dyktafony?
- Potrzebne. Koleżanka będzie mi nagrywała wykłady, będę się uczył.
Matka skrzętnie spisywała życzenia syna, sama podpowiadała, co mu tu się jeszcze może przydać.
W godzinach popołudniowych praktycznie wszystko rodzice dostarczyli synowi.
Ojca również zaciekawiły dwa dyktafony. Dlaczego dwa?
- Na wymianę. Z jednego będę korzystał ja, na drygi będzie nagrywała koleżanka i później mi przynosiła nagrane wykłady.
Koleżanka? A może dziewczyna?
- Niestety, tylko koleżanka.
Wychodząc z sali syna, ojciec na chwilę wrócił się do lóżka i szepnął Maksowi, w jaki sposób należy postępować z kobietami.
- Pamiętaj, kobiety lubią błyskotki. Nie wszystkie jednak znają się na ich wartości.
- Może i tak, ale nie lubią, jak ich faceci w tłumie łapią za tyłek.
Ojciec zachowywał się, jakby w ogóle nie wiedział o czym mówi syn. Matka przywołała syna do porządku i przypomniała mu z kim rozmawia.
Następnego dnia, rano przed wykładami Alicja wpadła do Maksa zapytać o stan zdrowia.
Poprosił ją o nagrywanie wykładów i oczywiście przynoszenie mu ich do szpitala. Jeśli nie będzie miała czasu, to może wysłać przez kuriera, on za przesyłkę zapłaci.
- Tu to poleciałeś po bandzie. Zachichotała Alicja.
- Pewnie, że ci będę nagrywała i będę przynosiła. Jak nie będę miała czasu, to poproszę koleżanki. Och, one chętnie do ciebie przyjdą. Niektóre już prosiły mnie, abym zapytała, czy ich przyjmiesz na wizytę.
- Nie, nie chcę nikogo, żadnych panienek z naszego roku.
- To z młodszego roku, albo ze starszego?
Alicja zaczęła się droczyć z Maksem. On zawsze żartowniś, natomiast tej rozmowy nie przyjmował jako żarty.
Spełniła jego prośbę. Systematycznie nagrywała wykłady i zamieniała dyktafony. Jedną ręką Maks niezbyt umiał sobie radzić, ale młodszy pacjent z chęcią mu pomagał.
Jacek, licealista miał sprawne ręce, więc wszystko o co poprosił go Maks z chęcią wykonywał.
- Twoja laseczka jest bardzo ładna.
- Hej, hej. Po pierwsze nie laseczka, a po wtóre nie moja.
Jest to moja koleżanka z roku i nic więcej.
- Jak sobie chcesz, można też tak mówić . Przecież widzę i słyszę jakie teksty do niej walisz.
- No jakie? Podsłuchujesz?
- No takie, jak zakochany w kobiecie facet.
Niestety, Alicja nie odwzajemniała Maksowi takich przepięknych tekstów. Była zasadnicza i całą znajomość traktowała jak koleżeństwo.
Po trzech tygodniach, Maksowi zdjęto rękę z wyciągu, niestety nie zdjęto mu gipsu. Zrobiono nowe prześwietlenia i po dwóch kolejnych dniach wpisali do domu. Na uczelnię wrócił od poniedziałku z ręką w szynie gipsowej.
Arleta natychmiast próbowała zaopiekować się Maksem. Przynosiła mu kanapki z uczelnianego baru, kawę lub inny napój z automatu. Osaczała go z każdej strony. Raz, albo dwa razy podwiozła go do domu swoim samochodem. Zaproponowała mu stałe podwożenie, najlepiej jego autem, ale on się nie zgodził. Od tego czasu jak powiedział Arlecie, że auta i kobiety się nie pożycza ona odsunęła się od niego i przestała mu pomagać.
Takie tam sobie opowiadania o tym co było i czego nie było w serialu "Lekarze"
sobota, 14 czerwca 2014
czwartek, 12 czerwca 2014
Błagam, pokochaj mnie. cz. 7
Alicja poszła do mieszkania Maksa. Miała duszę na ramieniu.
Otworzyła spokojnie drzwi i weszła do środka. Natychmiast je za sobą zamknęła i przekręciła klucz w zamku..
Rozejrzała się, w mieszkaniu było czysto. Tylko w kuchni na stole i szafce były produkty spożywcze przygotowane do przygotowania posiłku. Wyglądało na to, że Maksowi coś zabrakło i chciał pobiec do pobliskiego sklepu zrobić jeszcze jakieś zakupy.
Weszła do sypialni, gdzie była ogromna szafa ubraniowa i sporych rozmiarów łóżko.
Znalazła w szafie piżamę, skarpetki. Z łazienki wzięła krem do golenia, elektryczną szczoteczkę do zębów, pastę, żel do mycia, gąbkę, ręcznik i wszystko, co uważała, że przyda mu się w szpitalu.
W salonie na małym stoliku stał laptop. Odpaliła go i poszukała Kliniki w Szwajcarii. Doszła do wniosku, że jeszcze trochę potrwa, zanim dotrze do szpitala, więc nadała na e-mail właściciela kliniki
wiadomość.
- Maks Keller uległ wypadkowi. Jest pod opieka lekarzy w szpitalu, na ul. Banacha w Warszawie. Czuje się coraz lepiej. Wiadomość przekazuje koleżanka z roku Alicja Szymańska.
Będąc przy drzwiach Alicja jeszcze raz spojrzała na mieszkanie. Zza uchylonych drzwi pokoju, jak się później okazało - pracowni kreatywnej, zobaczyła sztalugi. Być może nie wypadało jej tam wchodzić, ale skoro tu jest i to sama , zajrzała do środka. Na sztalugach było płótno z jeszcze niedokończonym obrazem. Był to portret kobiety. Miała wrażenie, że tą osobę, a raczej zarys kobiety łudząco przypomina ją samą. Tylko, że ona nigdy nie miała takiej bluzki, ani nie miała zwyczaju noszenia okularów przeciwsłonecznych na włosach.
Na ścianach wisiały obrazy martwej natury. Przy ścianie odwrócone stały może trzy lub cztery płótna oprawione w ramy. Nie zaglądała, co tam jest na nich namalowane, bo doszła do wniosku, że nie jest na inspekcji.
Wieczorem jeszcze raz poszła do szpitala odwiedzić Maksa . Oddała mu wszystko, co zabrała z mieszkania, łącznie z kluczami.
- Klucze możesz zostawić. Chciałbym, abyś mi podlewała storczyka.
- Nie, pewnie twoi rodzice przyjadą, więc oni to zrobią.
Nie nalegał, wiedział, że rodzice, choć przyjadą, zbyt długo tu w Warszawie nie zabawią.
- Ala, przyjdziesz jutro mnie odwiedzić?
- Postaram się, ale jutro mam sporo zajęć.
- Mogłabyś mi nagrywać wykłady?
- Pewnie bym mogła, ale nie mam dyktafonu.
Maks lubił szczere odpowiedzi Alicji. Nie udawała kogoś, kim nie jest. To chyba najbardziej go ujmowało. Choć z wyglądu macho, w duszy był wielkim romantykiem.
W Szwajcarii obracał się wśród bogatych ludzi. Dziewczyny bogate miały według niego poprzewracane w głowie. Kochał wypady z rówieśnikami w góry, ale brzydził się przypadkowego seksu, co w Szwajcarii uchodziło za normę. Dziewczyny, wino, piwo i seks, ale Maksowi to nie odpowiadało. Pewnie drzemała w nim dusza prawdziwego romantyka.
Święta Bożego Narodzenia zbliżały się dużymi krokami.
- Szkoda, że nie chcesz jechać na narty do Szwajcarii. Zresztą w tym roku i ja nie pojadę w góry.
Jeśli mnie wypuszczą ze szpitala wiem, że rodzice zabiorą mnie do Zurichu.
Otworzyła spokojnie drzwi i weszła do środka. Natychmiast je za sobą zamknęła i przekręciła klucz w zamku..
Rozejrzała się, w mieszkaniu było czysto. Tylko w kuchni na stole i szafce były produkty spożywcze przygotowane do przygotowania posiłku. Wyglądało na to, że Maksowi coś zabrakło i chciał pobiec do pobliskiego sklepu zrobić jeszcze jakieś zakupy.
Weszła do sypialni, gdzie była ogromna szafa ubraniowa i sporych rozmiarów łóżko.
Znalazła w szafie piżamę, skarpetki. Z łazienki wzięła krem do golenia, elektryczną szczoteczkę do zębów, pastę, żel do mycia, gąbkę, ręcznik i wszystko, co uważała, że przyda mu się w szpitalu.
W salonie na małym stoliku stał laptop. Odpaliła go i poszukała Kliniki w Szwajcarii. Doszła do wniosku, że jeszcze trochę potrwa, zanim dotrze do szpitala, więc nadała na e-mail właściciela kliniki
wiadomość.
- Maks Keller uległ wypadkowi. Jest pod opieka lekarzy w szpitalu, na ul. Banacha w Warszawie. Czuje się coraz lepiej. Wiadomość przekazuje koleżanka z roku Alicja Szymańska.
Będąc przy drzwiach Alicja jeszcze raz spojrzała na mieszkanie. Zza uchylonych drzwi pokoju, jak się później okazało - pracowni kreatywnej, zobaczyła sztalugi. Być może nie wypadało jej tam wchodzić, ale skoro tu jest i to sama , zajrzała do środka. Na sztalugach było płótno z jeszcze niedokończonym obrazem. Był to portret kobiety. Miała wrażenie, że tą osobę, a raczej zarys kobiety łudząco przypomina ją samą. Tylko, że ona nigdy nie miała takiej bluzki, ani nie miała zwyczaju noszenia okularów przeciwsłonecznych na włosach.
Na ścianach wisiały obrazy martwej natury. Przy ścianie odwrócone stały może trzy lub cztery płótna oprawione w ramy. Nie zaglądała, co tam jest na nich namalowane, bo doszła do wniosku, że nie jest na inspekcji.
Wieczorem jeszcze raz poszła do szpitala odwiedzić Maksa . Oddała mu wszystko, co zabrała z mieszkania, łącznie z kluczami.
- Klucze możesz zostawić. Chciałbym, abyś mi podlewała storczyka.
- Nie, pewnie twoi rodzice przyjadą, więc oni to zrobią.
Nie nalegał, wiedział, że rodzice, choć przyjadą, zbyt długo tu w Warszawie nie zabawią.
- Ala, przyjdziesz jutro mnie odwiedzić?
- Postaram się, ale jutro mam sporo zajęć.
- Mogłabyś mi nagrywać wykłady?
- Pewnie bym mogła, ale nie mam dyktafonu.
Maks lubił szczere odpowiedzi Alicji. Nie udawała kogoś, kim nie jest. To chyba najbardziej go ujmowało. Choć z wyglądu macho, w duszy był wielkim romantykiem.
W Szwajcarii obracał się wśród bogatych ludzi. Dziewczyny bogate miały według niego poprzewracane w głowie. Kochał wypady z rówieśnikami w góry, ale brzydził się przypadkowego seksu, co w Szwajcarii uchodziło za normę. Dziewczyny, wino, piwo i seks, ale Maksowi to nie odpowiadało. Pewnie drzemała w nim dusza prawdziwego romantyka.
Święta Bożego Narodzenia zbliżały się dużymi krokami.
- Szkoda, że nie chcesz jechać na narty do Szwajcarii. Zresztą w tym roku i ja nie pojadę w góry.
Jeśli mnie wypuszczą ze szpitala wiem, że rodzice zabiorą mnie do Zurichu.
środa, 11 czerwca 2014
Błagam, pokochaj mnie. cz.6
- Kim jest dla ciebie profesor Florczyk?
- Profesorem, dobrym znajomym i....
- I kim jeszcze? Drążył Maks.
- Pewnie będzie jednym z naszych wykładowców. Jest profesorem na naszej uczelni. Jeszcze z nim nie mieliśmy zajęć, ale pewnie na drugim roku tak.
- To znaczy, że masz już zdany u niego egzamin?
Alicja spojrzała na Maksa ze zdziwieniem. Nie skomentowała tego pytania a jedynie pomyślała, że skoro profesor kochał Krysię Keller, to właśnie Maks będzie miał z transplantologii "do przodu"
Kolejny rok akademicki nie był łatwiejszy od poprzedniego. Tomy książek, setki zajęć laboratoryjnych. Alicja uczyła się do późnych godzin nocnych. Maks nie ustawał w adorowaniu jej. Nie brała sobie tego do serca. Wiedziała, że na tym kierunku, który studiuje, nie ma czasu na balety, amory, wypady za miasto. Dla niej jest najważniejsza nauka i tylko nauka.
W listopadzie na jednym z wykładów pojawił się profesor Krzysztof Florczyk. Dziewczyny prawie od razu zaczęły się w nim podkochiwać.
- Alka, podoba ci się profesor Krzysztof Florczyk?
Zapytała Inga, która przed uczelnią razem z Arletą paliły papierosy.
-Niczego sobie facet, podoba mi się i owszem. Zresztą, znam go bardzo dobrze, lepiej niż wam się wydaje.
Plotkarskie koleżanki dały jej do zrozumienia, że chodzą po uczelni plotki, iż jest jego kochanką.
Odpaliła, że w każdej plotce jest zawsze trochę prawdy i nie drążyła tematu.
Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Alicja kupiła dla mamy skromny prezent. Oszczędzała na każdym kroku, gdyż w domu się nie przelewało.
- Alicja, zapraszam cię na narty do Szwajcarii?
- Nie umiem jeździć na deskach. A po wtóre nie stać mnie na takie wyjazdy.
Tłumaczył, że oprócz biletu, który zresztą też może jej zafundować, nic nie będzie ją to kosztować.
Mają własny dom zimowy w górach, gdzie mama przyjmuje gości nie tylko z Polski.
- Maks, żyjemy w innych światach. Ja nie szukam sponsorów. Ja muszę w wolnym czasie pracować.
- Nie musisz. Masz stypendium. Twoja mama zarabia.
Odpowiedziała, że syty głodnego nie zrozumie.
Dwa tygodnie przed feriami Inga zapytała Maksa, czy może z Arletą pojechać do niego do Szwajcarii.
Podobno masz ogromny dom i jesteś dziany.
- Nie mam domu. Mają go moi rodzice. Nie mogę bez ich zgody przywozić kumpli, czy kobiet.
- Ale sknera. Opływa w miliony a nie chce użyczyć pokoju dla koleżanek.
Stojąc przed budynkiem uczelni użalały się do siebie.
Po feriach Maks przyjechał opalony.
-Chyba jesteś wypoczęty, wyglądasz świetnie.
Alicja pierwszy raz powiedziała Maksowi komplement.
- Byłem na nartach w Alpach. Pogoda wspaniała, wysoko w górach słońce grzało i opalało.
Gdybyś ze mną pojechała, też dzisiaj byłabyś wypoczęta.
Alicja uciekła gdzieś daleko myślami od rozmowy, którą prowadziła z Maksem. Pewnie bym była wypoczęta, ale moja rzeczywistość jest zupełnie inna.
Maks przez kolejne dni nie pojawił się na uczelni. Nikogo to jakby nie obchodziło.
Alicja nieco się zaniepokoiła. Zawsze proponował podwiezienie do domu, czasami wpadał po książki, czy po prostu pogadać. Co prawda wiedziała, gdzie mieszka, ale nigdy u niego nie była, choć niejednokrotnie ją zapraszał.
W godzinach popołudniowych zadzwoniła do domofonu jego mieszkania. Niestety, nikt się nie odezwał. W oknach było ciemno. To jeszcze bardziej zaniepokoiło Alicję.
Któregoś dnia, matka Alicji oddelegowana została do pracy na SOR. Dyżur nocny był spokojny. Przeglądając księgę przyjęć pacjentów natknęła się przez przypadek na nazwisko Maks Keller.
Według księgi skierowany został na OIOM z ostrą niewydolnością oddechową.
Miała zadzwonić na oddział i się zapytać, ale zgodnie z procedurami szpitalnymi o ochronie danych osobowych postanowiła dowiedzieć się w inny sposób, czy nazwisko w księdze przyjęć jest nazwiskiem kolegi jej córki.
Po zakończonym dyżurze poszła niby w sprawach prywatnych do swojej koleżanki, która tam pracowała. Rzeczywiście, na OIOM był Maks Keller.
Został potrącony przez samochód. W czasie znieczulenia przy nastawianiu kości ręki, nastąpiła niewydolność oddechowa i krążeniowa. W porę udało się wszystko opanować. Właśnie dzisiaj zostanie przeniesiony na inny oddział.
Mama nad ranem zadzwoniła do Alicji, bo kiedy ona wróci do domu, Ala będzie już na uczelni.
Alicja z niedowierzaniem słuchała o czym ona mówi.
Dzisiejszego dnia akurat odwołano wykłady profesora Florczyka w związku z jego wyjazdem do Paryża na kongres transplantologów. Alicja pojechała do szpitala. W informacji dowiedziała się, że od kilku godzin jest na oddziale ortopedii.
Weszła do sali, w której było kilku chorych.
- Ten pan cały czas śpi. Poinformował Alicję młody chłopak, który leżał na łóżku blisko drzwi.
Podeszła do jego łóżka. Widok jaki zobaczyła, ręka na wyciągu i blada, obolała twarz cisnęła jej łzy do oczu.
Usiadła na obrotowym krzesełku. Młody chłopak powiedział, że ten pan jest tu dopiero od kilku godzin, on już od prawie trzech tygodni.
Alicja dotknęła Maksa za zdrową, prawą rękę, jakby chciała się z nim przywitać.
Otworzył oczy. Miał wrażenie, że śni. Przy jego łóżku siedziała kobieta, którą wewnętrznie kochał, którą pragnął, której potrzebował.
- Alicja? To sen, czy jawa?
- Maks, dlaczego nie dałeś znaku życia?
- Nie wiem gdzie jest mój telefon komórkowy. Po tym wszystkim nie pamiętam numeru telefonu do mamy, do nikogo.
Okazało się, że rodzice Maksa nic nie wiedzą o jego wypadku. Nie wiadomo do końca, czy rzeczywiście nie pamięta numeru, czy nie chce zadzwonić, aby ich nie martwić.
Alicja opowiadała mu o zajęciach na uczelni. Jak się później okazało uczelnia była poinformowana przez szpital o tym, że ich student został przywieziony z wypadku. Miał przy sobie legitymację studencką, co umożliwiło ratownikom medycznym zidentyfikować osobę.
- Przynieść ci coś do jedzenia, picia?
- Dzisiaj nie, dziękuję?
- A jutro?
Maks był zdziwiony pytaniem.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebował, zawsze możesz na mnie liczyć.
Znał już na tyle Alicję, że nie wiedział, czy naprawdę wypada obciążać ją swoimi sprawami.
Nie chciał być natrętem i zlecać jej cokolwiek.
- To może jak przypomnisz sobie numer do rodziców, to ja do nich zatelefonuję. Chyba powinni o tym wiedzieć.
Maks zamyślił się, jakby w głowie uruchamiał wszystkie swoje szare komórki.
- W Internecie jest strona Kliniki Chirurgii Plastycznej Gustawa Kellera. Gdybyś mogła tam wejść, znajdziesz numer telefonu, również e-maila.
Żegnając się uścisnęła mu zdrową rękę i pogłaskała gips tej na wyciągu.
- Alicja. Dał jej znak oczami, że chce jej coś powiedzieć na ucho. Schyliła się, a on pocałował ją w policzek.
- Gdy była już przy drzwiach, znowu ją zawołał.
- Mam prośbę. Mogłabyś załatwić, aby z depozytu wydali mi klucze od mojego mieszkania, portfel i legitymację studencką. I gdybyś była tak kochana i poszła do mojego mieszkania po piżamę, szczotkę do zębów i tam takie różnie rzeczy.
- Pewnie, że ci załatwię wszystko. Tylko sama do twojego mieszkania, to nie za bardzo.
- Proszę, błagam, idź sama. Z żadną dziewczyną z naszego roku. Nie chcę, aby ktokolwiek obcy kontrolował moje kąty. Błagam, błagam.
Alicja poszła do siostry oddziałowej zgłosić prośbę Maksa Kellera. Chwilę poczekała. Za około 15 minut pani z obsługi przyniosła mu wszystko, co było zdeponowane w szpitalnym magazynie.
Ubrania pana komisyjnie zostały spisane na straty, podarte, pocięty rękaw bluzy. Jeśli pan sobie życzy, przyniosę je, jeszcze są w magazynie.
- Nie, proszę je zniszczyć i wyrzucić. Pamiętam w jakim stanie przywieźli mnie do szpitala.
Alicja wzięła od Maksa klucze. Wszystko inne włożyła mu do szuflady szafki.
niedziela, 8 czerwca 2014
Błagam, pokochaj mnie. cz. 5
Maks wrócił do Warszawy 15 września. Już w tym samym dniu wpadł do domu Alicji, ale jej nie zastał.
- Proszę, niech pan wejdzie. Powiedziała matka. Ala jest w pracy, ale wiem, że pan zostawił jej pod opieką auto.
- Nie do końca pod opieką. Mówiła, że ma prawo jazdy, prosiłem, aby go używała, przecież i tak stał całe wakacje.
- Alicja nigdy by tego nie zrobiła. Ona ma zasady. Co nie jej, nie bierze, nie używa.
Poczęstowała Maksa kawą cappuccino, którą sama świetnie robiła..
- Długo nie mogę pana zabawiać, bo idę na dyżur do szpitala.
- Acha. Jest pani lekarzem?
- Nie, jestem pielęgniarką. Kiedyś pełniłam funkcję naczelnej pielęgniarki w szpitalu. Ze względu na przeróżne okoliczności zrezygnowałam z tej funkcji i pracuję jako najzwyklejsza pielęgniarka.
- A twoi rodzice?
- Moi rodzice są lekarzami. Ojciec lekarz praktykujący, mama tak naprawdę udaje, że pracuje. Jest na utrzymaniu ojca i kieruje jego kliniką w Szwajcarii.
- Acha. Rozumiem.
Alicja mówiła, że jak przyjdziesz, to mam ci oddać kluczyki i dowód rejestracyjny. Mogę ci mówić po imieniu?
- Pewnie. Będzie mi bardzo miło. Odwiozę panią do pracy.
Matka Alicji nie chciała fatygować Maksa, ale on się uparł i nie było mowy, aby było inaczej.
Odwiózł matkę pod sam szpital. Zaparkował samochód i razem weszli do środka.
Alicja kończyła zmieniać pościel na sali chorych. Gdy zobaczyła w drzwiach Maksa ugięły się pod nią nogi.
- AAAA. A ty, jak mnie tu znalazłeś.
- Przywiozłem do pracy twoją mamę, więc w podzięce uchyliła rąbka tajemnicy i powiedziała mi, na jakim oddziale pracujesz.
- A to papla.
- Nie przywitasz się ze mną? Zagadnął Maks.
Podeszła do niego, podała mu rękę. On również podał jej rękę, przyciągnął gwałtownym ruchem do siebie i pocałował w usta.
- Maks, co ty wyprawiasz. Jestem w pracy, to po pierwsze. A po wtóre, trzecie, piąte nie rób sobie ze mnie zabawy.
- Alicja, jedziesz do domu. Zza pleców Kellera dobiegł głos męski.
- Nie, dzisiaj dziękuję. Przyjechał mój kolega ze studiów, muszę jeszcze z nim pogawędzić.
Maks odwrócił się i zobaczył przystojnego, szpakowatego mężczyznę.
- Krzysztof Florczyk- profesor chirurgii i transplantologii.
- Maks Keller. Miło mi, powiedział Maks.
- Czy pana matka to Krystyna Keller, żona Gustawa?
- Maks otworzył szeroko oczy.
- Tak.
- To proszę pozdrowić Krysię. Kiedyś bardzo dobrze znaliśmy się. Razem studiowaliśmy. Piękna i mądra kobieta, tylko tak niemądrze ulokowała swoje uczucia. A było nam ze sobą tak fajnie.
Maks nie wiedział co powiedzieć, więc milczał, a oczy robiły mu się coraz większe
- Tak, przekażę pozdrowienia Krysi, tzn. mojej mamie. Pewnie się ucieszy, że jeszcze w Polsce o niej pamiętają. Wydukał z siebie Maks.
piątek, 6 czerwca 2014
Błagam, pokochaj mnie. cz.4
Alicja była fajną dziewczyną, ale potrafiła dopiec do żywego. Dla niej czarne było czarnym, białe białym.
- Co robisz w wakacje?
- Będę pracowała jako salowa w szpitalu na Banacha.
- Po takim ciężkim roku powinnaś wypocząć, nie pracować. Powiedział Maks.
Odpowiedziała, że ta fizyczna praca będzie dla niej odpoczynkiem po tym roku akademickim.
Muszę zarobić na książki na następny rok.
- Ja. Chciał powiedzieć, że jedzie na wczasy do Hiszpanii, ale ugryzł się w język. Wydawało mu się, że zrobi jej przykrość, jak będzie wychwalał się, jak radośnie i bogato będzie spędzał wakacje.
- Ja też popracuję w klinice mojego ojca w Szwajcarii. Pewnie się czegoś nauczę, bo tylko praktyka uczy i doskonali umiejętności.
- Więc do października. Pożegnała Maksa i pobiegła do tramwaju.
- Alicja, siadaj, podwiozę cię pod dom. Przecież jadę w tamtą stronę.
- Nie dziękuję. Dam sobie radę.
W biegu jeszcze raz krzyknęła, do zobaczenia w październiku.
Odpowiedział do zobaczenia, do zobaczenia i jeszcze raz coraz ciszej do zobaczenia.
Dwa kolejne dni krążył po Warszawie. Sam nie wie dlaczego zawsze wracał do siebie obok bloku, w którym mieszkała Alicja. Patrzył w okna i miał nadzieję, że gdzieś przypadkiem ją spotka.
Matka dzwoniła każdego dnia i pytała kiedy przyjedzie do Szwajcarii.
Odpowiadał, że jak kupi bilet na samolot, bo na razie nie ma wolnych miejsc.
- To przyjedź samochodem. Masz dobrą maszynę. Tu w Szwajcarii będziesz musiał się też przemieszczać.
W czwartek wykręcił numer Alicji.
- Cześć, mówi Maks.
- Cześć.
- Masz prawo jazdy?
- Mam, od kilku lat.
- To, to, zaczął się jąkać. Ja jutro wylatuję do Szwajcarii i jak chcesz, to możesz używać mój samochód. I tak będzie przez wakacje stał.
- Nie, dziękuję. Podobno samochodu i dziewczyny się nie pożycza.
- Bez żadnych zobowiązań.
Kolejny raz podziękowała.
Wieczorem zadzwonił dzwonek do drzwi. Alicja była przekonana, że to mama wraca z pracy, więc bez sprawdzenia w wizjerze otworzyła. Na klatce schodowej stał Maks Keller.
- Dobry wieczór. Mam do ciebie ważną sprawę.
Patrzyła na niego zaskoczona.
- Ty tutaj? Jeszcze nie wyjechałeś do Szwajcarii?
- Mogę wejść?
Powiedziała, że tak, oczywiście i przeprosiła, że przyjmuje go w drzwiach. Wszedł do środka. Zaprosiła go do stołowego pokoju.
- Napijesz się herbaty?
- Z przyjemnością. Choć wiem, że już jest późno i nie chciałbym przeszkadzać.
- Skoro już jesteś, to możemy pogawędzić przy herbatce. Innego trunku nie mam.
Maks był nadzwyczaj rozmowny, Alicja natomiast czekała, co go sprowadza o tej porze.
- To jaka to pilna sprawa?
Wyjął z kieszeni samochodu kluczyki i dowód rejestracyjny.
- Proszę, zaopiekuj się moim autem. Zostawiam go na tym strzeżonym parkingu obok twojego bloku. Co jakiś czas zerknij na niego. Jeśli będziesz miała potrzebę, to możesz nim jeździć.
- Mówiłam ci już, że nie chcę jeździć twoim autem. Popatrzeć na niego mogę, nawet będę go widziała z mojego okna.
Oczywiście nie omieszkała go zapytać, czy nie ma kumpli, którzy mogliby mu zrobić taką przysługę.
Odpowiedział, że żadnemu kumplowi ze studiów nie ufa. Nie chce, żeby jego furą wozili swoje dziewczyny.
Gawędzili prawie dwie godziny. Maks pożegnał się, życzył miłego odpoczynku i udanych wakacji.
Wychodząc cmoknął ją w policzek. Ona oddała ma całusa.
Rano, około 8:00 wyleciał z warszawskiego lotniska do Szwajcarii.
Matka bardzo się cieszyła na jego przyjazd. Ojciec natomiast nie miał zbyt wiele czasu dla syna. Ciągle w swojej klinice. Powtarzał jedynie, że jak się chce mieć pieniądze, to trzeba pilnować interesu.
Alicja zatrudniła się na umowę zlecenie do pracy w szpitalu. Wakacje leciały bardzo szybko.
Każdego dnia przed wyjściem z domu spoglądała na parking i patrzyła, czy czerwone auto Maksa jeszcze tam stoi.
Odebrała sms-a.
Księżniczko, czy moje auto stoi i czeka na swojego kierowcę?
Odpowiedziała, że autko stoi na parkingu, chyba jest mu nieźle. W podpisie- Kopciuszek.
- Kopciuszek w bajce zmienił się w księżniczkę, ja to właśnie muszę zmienić.
W dzień odwiedzał swoich szkolnych kolegów, czytał. W nocy marzył o swojej dziewczynie, której nie miał, choć tak naprawdę wiedział, kto nią będzie naprawdę.
Kiedyś zaczepiła go cyganka i namówiła na wróżbę.
- Jesteś szczęśliwym człowiekiem, choć tak naprawdę nieszczęśliwym.
Uwielbiasz kobietę , ale ona o tym nie wie. Musi upłynąć sporo czasu aby ci zaufała i odwzajemniła twoją miłość.
- Jak sporo tego czasu musi upłynąć.
- Może dwa, może trzy lata.
Jak wytrwasz, będziecie szczęśliwi. Przed tobą trudna, wyboista droga do jej serca.
Jak ma na imię?
Cyganka popatrzyła mu w głęboko w oczy.
Karty dziwnie się zachowywały. Wskazywały wiele imion.
- Tego ci nie odpowiem, sam musisz wiedzieć.
- Co robisz w wakacje?
- Będę pracowała jako salowa w szpitalu na Banacha.
- Po takim ciężkim roku powinnaś wypocząć, nie pracować. Powiedział Maks.
Odpowiedziała, że ta fizyczna praca będzie dla niej odpoczynkiem po tym roku akademickim.
Muszę zarobić na książki na następny rok.
- Ja. Chciał powiedzieć, że jedzie na wczasy do Hiszpanii, ale ugryzł się w język. Wydawało mu się, że zrobi jej przykrość, jak będzie wychwalał się, jak radośnie i bogato będzie spędzał wakacje.
- Ja też popracuję w klinice mojego ojca w Szwajcarii. Pewnie się czegoś nauczę, bo tylko praktyka uczy i doskonali umiejętności.
- Więc do października. Pożegnała Maksa i pobiegła do tramwaju.
- Alicja, siadaj, podwiozę cię pod dom. Przecież jadę w tamtą stronę.
- Nie dziękuję. Dam sobie radę.
W biegu jeszcze raz krzyknęła, do zobaczenia w październiku.
Odpowiedział do zobaczenia, do zobaczenia i jeszcze raz coraz ciszej do zobaczenia.
Dwa kolejne dni krążył po Warszawie. Sam nie wie dlaczego zawsze wracał do siebie obok bloku, w którym mieszkała Alicja. Patrzył w okna i miał nadzieję, że gdzieś przypadkiem ją spotka.
Matka dzwoniła każdego dnia i pytała kiedy przyjedzie do Szwajcarii.
Odpowiadał, że jak kupi bilet na samolot, bo na razie nie ma wolnych miejsc.
- To przyjedź samochodem. Masz dobrą maszynę. Tu w Szwajcarii będziesz musiał się też przemieszczać.
W czwartek wykręcił numer Alicji.
- Cześć, mówi Maks.
- Cześć.
- Masz prawo jazdy?
- Mam, od kilku lat.
- To, to, zaczął się jąkać. Ja jutro wylatuję do Szwajcarii i jak chcesz, to możesz używać mój samochód. I tak będzie przez wakacje stał.
- Nie, dziękuję. Podobno samochodu i dziewczyny się nie pożycza.
- Bez żadnych zobowiązań.
Kolejny raz podziękowała.
Wieczorem zadzwonił dzwonek do drzwi. Alicja była przekonana, że to mama wraca z pracy, więc bez sprawdzenia w wizjerze otworzyła. Na klatce schodowej stał Maks Keller.
- Dobry wieczór. Mam do ciebie ważną sprawę.
Patrzyła na niego zaskoczona.
- Ty tutaj? Jeszcze nie wyjechałeś do Szwajcarii?
- Mogę wejść?
Powiedziała, że tak, oczywiście i przeprosiła, że przyjmuje go w drzwiach. Wszedł do środka. Zaprosiła go do stołowego pokoju.
- Napijesz się herbaty?
- Z przyjemnością. Choć wiem, że już jest późno i nie chciałbym przeszkadzać.
- Skoro już jesteś, to możemy pogawędzić przy herbatce. Innego trunku nie mam.
Maks był nadzwyczaj rozmowny, Alicja natomiast czekała, co go sprowadza o tej porze.
- To jaka to pilna sprawa?
Wyjął z kieszeni samochodu kluczyki i dowód rejestracyjny.
- Proszę, zaopiekuj się moim autem. Zostawiam go na tym strzeżonym parkingu obok twojego bloku. Co jakiś czas zerknij na niego. Jeśli będziesz miała potrzebę, to możesz nim jeździć.
- Mówiłam ci już, że nie chcę jeździć twoim autem. Popatrzeć na niego mogę, nawet będę go widziała z mojego okna.
Oczywiście nie omieszkała go zapytać, czy nie ma kumpli, którzy mogliby mu zrobić taką przysługę.
Odpowiedział, że żadnemu kumplowi ze studiów nie ufa. Nie chce, żeby jego furą wozili swoje dziewczyny.
Gawędzili prawie dwie godziny. Maks pożegnał się, życzył miłego odpoczynku i udanych wakacji.
Wychodząc cmoknął ją w policzek. Ona oddała ma całusa.
Rano, około 8:00 wyleciał z warszawskiego lotniska do Szwajcarii.
Matka bardzo się cieszyła na jego przyjazd. Ojciec natomiast nie miał zbyt wiele czasu dla syna. Ciągle w swojej klinice. Powtarzał jedynie, że jak się chce mieć pieniądze, to trzeba pilnować interesu.
Alicja zatrudniła się na umowę zlecenie do pracy w szpitalu. Wakacje leciały bardzo szybko.
Każdego dnia przed wyjściem z domu spoglądała na parking i patrzyła, czy czerwone auto Maksa jeszcze tam stoi.
Odebrała sms-a.
Księżniczko, czy moje auto stoi i czeka na swojego kierowcę?
Odpowiedziała, że autko stoi na parkingu, chyba jest mu nieźle. W podpisie- Kopciuszek.
- Kopciuszek w bajce zmienił się w księżniczkę, ja to właśnie muszę zmienić.
W dzień odwiedzał swoich szkolnych kolegów, czytał. W nocy marzył o swojej dziewczynie, której nie miał, choć tak naprawdę wiedział, kto nią będzie naprawdę.
Kiedyś zaczepiła go cyganka i namówiła na wróżbę.
- Jesteś szczęśliwym człowiekiem, choć tak naprawdę nieszczęśliwym.
Uwielbiasz kobietę , ale ona o tym nie wie. Musi upłynąć sporo czasu aby ci zaufała i odwzajemniła twoją miłość.
- Jak sporo tego czasu musi upłynąć.
- Może dwa, może trzy lata.
Jak wytrwasz, będziecie szczęśliwi. Przed tobą trudna, wyboista droga do jej serca.
Jak ma na imię?
Cyganka popatrzyła mu w głęboko w oczy.
Karty dziwnie się zachowywały. Wskazywały wiele imion.
- Tego ci nie odpowiem, sam musisz wiedzieć.
środa, 4 czerwca 2014
Błagam, pokochaj mnie. cz. 3
Następnego dnia były zajęcia w prosektorium. Wykładowca, profesor anatomii powiedział na wstępie, że jeśli ktoś jest słaby, musi powoli się przyzwyczajać do widoku organów konserwowanych w formalinie.
Zapachy również są nie takie jak w kwiaciarni, czy winiarni. Wszyscy słuchali uwag uważnie, jednak to co zastali w środku, dla niektórych było nie do zniesienia. Jedną ze studentek zapach formaliny zemdlił do tego stopnia, że musiała opuścić salę ćwiczeń.
Alicja była twarda. Jej mama pracowała w szpitalu, więc ona była tam częstym gościem. Kiedy skończyła osiemnaście lat pracowała dorywczo jako salowa. Czasami musiała wywozić z sali zmarłe osoby. Była również wolontariuszką w hospicjum. Początkowo nie było to łatwe, ale z czasem ze śmiercią się oswoiła.
Maks trzymał się twardo, ale po zajęciach pobiegł do łazienki i zwymiotował. Nie przerażały go nerki, serce czy inne organy w formalinie, jedynie zapach dawał po nozdrzach.
Po kilku tygodniach wszyscy oswoili się. Zajęcia w prosektorium były codziennością.
Na jednym z kolokwium Maks oczami błagał Alicję, aby mu podpowiedziała, bo nawet nie rozumiał pytania. Odpowiedź na to pytanie graniczyło z cudem.
Co prawda napisała mu odpowiedź na karteczce i mu ją podała, ale również napisała, żeby się odczepił od nawiedzonej katechetki.
Po zajęciach podziękował jej i kolejny raz próbował tłumaczyć swoją postawę w dniu wywieszenia listy przyjętych.
Alicja mało integrowała się ze studentami. Ci co mieszkali w akademiku, mieli ze sobą większy kontakt. Ona po zajęciach biegła do domu i uczyła się do późnych godzin wieczornych. Wszyscy ją podziwiali, była bezbłędnie do kolejnych zajęć przygotowana. Wszystkie kolokwia pisała na najwyższe oceny.
Maks, choć był bardzo zdolnym facetem, czasami nie umiał wiązać logicznie pewnych faktów, co można powiedzieć, że niejednokrotnie musiał kolejny raz stawać do zaliczenia.
Kiedyś w oczekiwaniu na zajęcia spytał Alicji, jak ona to robi, że wszystko umie.
- Uczę się.
- Ja również.
- Ale ja ucząc się staram się nauczyć i pamiętać.
- Ja również, ale chyba mnie to nie wychodzi.
- No bo jest miedzy nami taka różnica, że ja jestem nawiedzoną katechetką a ty rozkapryszonym studentem.
- Czy nigdy mi tego nie zapomnisz?
- Nie wiem. Na razie pamiętam, odpowiedziała dyplomatycznie.
Maks kolejny raz ją przeprosił, ale ona pomimo, że przeprosiny przyjmowała, zawsze gdy zachodziła taka okoliczność przypominała mu te słowa, które wówczas ją naprawdę uraziły.
20 maja były Maksa urodziny. Była to sobota, więc dzień wolny od zajęć na uczelni. Maks zaprosił całą grupę do winiarni.
- Ala, przyjdziesz na moje urodziny?
- Dziękuję, ale chyba nie. Nie mam czasu.
- Czasu, czy ochoty?
- Źle się czuję w tłumie. Mamy siebie pełno przez cały tydzień, w sobotę chcę odpocząć.
- Nie rób mi tego. Wszyscy zadeklarowali, że przyjdą, tylko ty jedna się wyłamujesz.
- Wolę posiedzieć w domu, poczytać. Nie kręcą mnie winiarnie, kawiarnie, puby, restauracje.
Maks nie nalegał. Każdy robi to co lubi. Wiedział, że Alicja nie darzy go wielką sympatią. Jeśli trzeba było, podpowiedziała, dała ściągę, ale cała przyjaźń się na tym kończyła.
W sobotę rano mama wyszła do pracy. Sama więc ugotowała obiad. Niestety, rodzicielka zatelefonowała, że będzie musiała zostać w pracy na kolejną zmianę. Niejednokrotnie to się zdarzało.
Około godziny osiemnastej doszła jednak do wniosku, że pójdzie na zaproszone urodziny.
Wszyscy, którzy ją zobaczyli w drzwiach oniemieli. Nie była to ta sama koleżanka. Elegancka, krótka sukienka, szpilki, perfekcyjnie zrobiony makijaż, fryzura jak z żurnala.
Maks podszedł do niej i się przywitał.
- Dziękuję, że przyszłaś. Jesteś piękna.
Spojrzała na niego, jakby dawała mu do zrozumienia, aby nie próbował jej mówić komplementów. Nie lubiła tego. Wręczyła mu prezent. Był to kubek z napisem "Jestem studentem wyśmienitym". Złożyła życzenia. Chciał ja pocałować, ale się lekko odsunęła. Całus musnął lekko policzek.
Inga, koleżanka, z którą chodziła do liceum również nie dowierzała własnym oczom.
- Alka, jaka ty jesteś laska. Z dnia na dzień z brzydkiego kaczątka zmieniłaś się w łabędzia. Popatrz na miny kolegów, wodzą za tobą oczami i nie wierzą, że to jesteś ty.
- Nie szata zdobi człowieka, odpowiedziała.
Wszystkie stoły były ze sobą złączone. Wolne miejsce było usytuowane o dwa krzesła w lewo po przeciwnej stronie Maksa.
Stoły nie uginały się od jedzenia. Było wino, lody, ciasto. Również kto chciał mógł zamówić sobie piwko.
Nawet jej się to podobało. Nie lał się alkohol strumieniami, ale wszyscy kulturalnie sączyli biały lub czerwony trunek.
Gdy zagrała muzyka zaczęły się tańce. Maks oczywiście w pierwszej kolejności zaprosił Alicję.
Kolejny raz w tańcu dziękował jej za podpowiadania na kolokwiach i komplementował jej wygląd.
Nie rozpływała się z tego powodu.
- Czy mogłabyś mi zrobić dzisiaj przysługę?
- Pewnie, jubilatowi nie odmawia się, oczywiście jeśli ta przysługa będzie w granicach przyzwoitości.
- Chciałbym, abyś została do końca na imprezie. Później odwiozę cię do domu.
- O której zamykają lokal?
- Dzisiaj jest czynny do 24:00.
- Dobrze, zostanę, pod jednym warunkiem, że przez cały czas nie będę z tobą tańczyła. Nie jesteśmy parą i nie chcą, aby ktoś tak myślał.
Maks zgodził się na jej propozycję, chociaż nieźle tańczyła i chciałby z nią pląsać. Ale najważniejsze, że zostanie. Ona tego wieczora bawiła się wyśmienicie. Chyba wcześniej nikt nie przypuszczał, że ta dziewczyna jest taka fajna. Dotychczas postrzegano ją jako kujona, chodzącą encyklopedię i skromną, szarą myszkę z grzywką i kucykiem.
Jak przysłowie mówi, że pozory mylą, tak jest również w przypadku Alicji.
Magda z Arletą paląc papierosy obgadały Alicję od stóp do głów.
- Zobacz, jak Szymańska się zestroiła, jakby szła na czerwony dywan. Chyba do Maksa.
- Taka niewinna, ze słodką minką, a tu popatrz, popatrz. Kiedy ona miała czas zakupić taki ubiór?
- Może prowadzi podwójne życie. Na uczelni słodziutki aniołek, a po południu dama sponsorowana przez jakiegoś bogacza?
Przed winiarnię wyszedł Marek.
- Co tam dziewczyny? Kogo dzisiaj macie na tapecie.
- Szymańską, kujona.
- No, Alicja dzisiaj wszystkich zaskoczyła. Ubiór, fryzura, makijaż. Kto by pomyślał, że z niej jest taka fajna laseczka.
Dziewczynom nie podobał się tekst kolegi. Nie krytykował, a wręcz przeciwnie, mówił o niej ciepło i sympatycznie.
Przed północą wszyscy zaczęli rozchodzić się do domów.
- Alicja, jak wracasz? Piłaś, nie jedź. Pytał i jednocześnie ostrzegał Marek.
- Piłam, więc nie jadę, tzn. jadę jako pasażer z Maksem.
- A Maks pił?
- Nie pił, jedynie pepsi colę i wodę mineralną. Odpowiedział zza pleców Alicji Maks Keller.
- Niesamowite. Alicja piła, a Maksio nie. Maks, który tak lubi wszelkie trunki dzisiaj robił za abstynenta. Niesamowite.
Gdy podeszli do samochodu Maksa, Alicja zapytała go, czy rzeczywiście nic nie pił.
Wyjął z kieszeni mały alkomat i dmuchnął w niego.
- Popatrz. Zero promili.
Oczywiście musiał jej opowiedzieć, skąd ma takie cacko, Przecież w Polsce nikt o takim osobistym alkomacie jeszcze nie słyszał.
- Moi rodzice mieszkają w Szwajcarii. Ojciec jeździ po całym świecie, więc mi takie cacko dostarczył.
Podwiózł Alicję pod blok. Okazało się, że mieszka blisko niej, w tej samej dzielnicy, kilka ulic dalej.
Pokazała mu, które są jej okna. Było w nich ciemno.
- Mama jest jeszcze w pracy.
- To masz chatę wolną.
- Tak, mam, dla siebie, nie dla ciebie. Odpaliła.
Niczego się po niej innego nie spodziewał. Wiedział, że nie zaprosi go do siebie. Może nie dlatego, że kiedyś ją obraził, ale dlatego, iż taka jest a nie inna.
Siedzieli w samochodzie i rozmawiali sobie o różnych rzeczach. Maks zagadywał ją, aby z nim była jak najdłużej.
- Fajnie gawędzimy, ale muszę już iść. Wysiadła z samochodu i skierowała się do klatki schodowej.
Maks przez cały czas ją obserwował. Odjechał dopiero, gdy w oknie mieszkania zapaliło się światło.
Leżąc w łóżku myślał o Alicji i o tym, co ma zrobić, aby została jego dziewczyną.
Ale dotychczasowe jego starania spalały na panewce. Zasnął dopiero o 3 nad ranem.
Zapachy również są nie takie jak w kwiaciarni, czy winiarni. Wszyscy słuchali uwag uważnie, jednak to co zastali w środku, dla niektórych było nie do zniesienia. Jedną ze studentek zapach formaliny zemdlił do tego stopnia, że musiała opuścić salę ćwiczeń.
Alicja była twarda. Jej mama pracowała w szpitalu, więc ona była tam częstym gościem. Kiedy skończyła osiemnaście lat pracowała dorywczo jako salowa. Czasami musiała wywozić z sali zmarłe osoby. Była również wolontariuszką w hospicjum. Początkowo nie było to łatwe, ale z czasem ze śmiercią się oswoiła.
Maks trzymał się twardo, ale po zajęciach pobiegł do łazienki i zwymiotował. Nie przerażały go nerki, serce czy inne organy w formalinie, jedynie zapach dawał po nozdrzach.
Po kilku tygodniach wszyscy oswoili się. Zajęcia w prosektorium były codziennością.
Na jednym z kolokwium Maks oczami błagał Alicję, aby mu podpowiedziała, bo nawet nie rozumiał pytania. Odpowiedź na to pytanie graniczyło z cudem.
Co prawda napisała mu odpowiedź na karteczce i mu ją podała, ale również napisała, żeby się odczepił od nawiedzonej katechetki.
Po zajęciach podziękował jej i kolejny raz próbował tłumaczyć swoją postawę w dniu wywieszenia listy przyjętych.
Alicja mało integrowała się ze studentami. Ci co mieszkali w akademiku, mieli ze sobą większy kontakt. Ona po zajęciach biegła do domu i uczyła się do późnych godzin wieczornych. Wszyscy ją podziwiali, była bezbłędnie do kolejnych zajęć przygotowana. Wszystkie kolokwia pisała na najwyższe oceny.
Maks, choć był bardzo zdolnym facetem, czasami nie umiał wiązać logicznie pewnych faktów, co można powiedzieć, że niejednokrotnie musiał kolejny raz stawać do zaliczenia.
Kiedyś w oczekiwaniu na zajęcia spytał Alicji, jak ona to robi, że wszystko umie.
- Uczę się.
- Ja również.
- Ale ja ucząc się staram się nauczyć i pamiętać.
- Ja również, ale chyba mnie to nie wychodzi.
- No bo jest miedzy nami taka różnica, że ja jestem nawiedzoną katechetką a ty rozkapryszonym studentem.
- Czy nigdy mi tego nie zapomnisz?
- Nie wiem. Na razie pamiętam, odpowiedziała dyplomatycznie.
Maks kolejny raz ją przeprosił, ale ona pomimo, że przeprosiny przyjmowała, zawsze gdy zachodziła taka okoliczność przypominała mu te słowa, które wówczas ją naprawdę uraziły.
20 maja były Maksa urodziny. Była to sobota, więc dzień wolny od zajęć na uczelni. Maks zaprosił całą grupę do winiarni.
- Ala, przyjdziesz na moje urodziny?
- Dziękuję, ale chyba nie. Nie mam czasu.
- Czasu, czy ochoty?
- Źle się czuję w tłumie. Mamy siebie pełno przez cały tydzień, w sobotę chcę odpocząć.
- Nie rób mi tego. Wszyscy zadeklarowali, że przyjdą, tylko ty jedna się wyłamujesz.
- Wolę posiedzieć w domu, poczytać. Nie kręcą mnie winiarnie, kawiarnie, puby, restauracje.
Maks nie nalegał. Każdy robi to co lubi. Wiedział, że Alicja nie darzy go wielką sympatią. Jeśli trzeba było, podpowiedziała, dała ściągę, ale cała przyjaźń się na tym kończyła.
W sobotę rano mama wyszła do pracy. Sama więc ugotowała obiad. Niestety, rodzicielka zatelefonowała, że będzie musiała zostać w pracy na kolejną zmianę. Niejednokrotnie to się zdarzało.
Około godziny osiemnastej doszła jednak do wniosku, że pójdzie na zaproszone urodziny.
Wszyscy, którzy ją zobaczyli w drzwiach oniemieli. Nie była to ta sama koleżanka. Elegancka, krótka sukienka, szpilki, perfekcyjnie zrobiony makijaż, fryzura jak z żurnala.
Maks podszedł do niej i się przywitał.
- Dziękuję, że przyszłaś. Jesteś piękna.
Spojrzała na niego, jakby dawała mu do zrozumienia, aby nie próbował jej mówić komplementów. Nie lubiła tego. Wręczyła mu prezent. Był to kubek z napisem "Jestem studentem wyśmienitym". Złożyła życzenia. Chciał ja pocałować, ale się lekko odsunęła. Całus musnął lekko policzek.
Inga, koleżanka, z którą chodziła do liceum również nie dowierzała własnym oczom.
- Alka, jaka ty jesteś laska. Z dnia na dzień z brzydkiego kaczątka zmieniłaś się w łabędzia. Popatrz na miny kolegów, wodzą za tobą oczami i nie wierzą, że to jesteś ty.
- Nie szata zdobi człowieka, odpowiedziała.
Wszystkie stoły były ze sobą złączone. Wolne miejsce było usytuowane o dwa krzesła w lewo po przeciwnej stronie Maksa.
Stoły nie uginały się od jedzenia. Było wino, lody, ciasto. Również kto chciał mógł zamówić sobie piwko.
Nawet jej się to podobało. Nie lał się alkohol strumieniami, ale wszyscy kulturalnie sączyli biały lub czerwony trunek.
Gdy zagrała muzyka zaczęły się tańce. Maks oczywiście w pierwszej kolejności zaprosił Alicję.
Kolejny raz w tańcu dziękował jej za podpowiadania na kolokwiach i komplementował jej wygląd.
Nie rozpływała się z tego powodu.
- Czy mogłabyś mi zrobić dzisiaj przysługę?
- Pewnie, jubilatowi nie odmawia się, oczywiście jeśli ta przysługa będzie w granicach przyzwoitości.
- Chciałbym, abyś została do końca na imprezie. Później odwiozę cię do domu.
- O której zamykają lokal?
- Dzisiaj jest czynny do 24:00.
- Dobrze, zostanę, pod jednym warunkiem, że przez cały czas nie będę z tobą tańczyła. Nie jesteśmy parą i nie chcą, aby ktoś tak myślał.
Maks zgodził się na jej propozycję, chociaż nieźle tańczyła i chciałby z nią pląsać. Ale najważniejsze, że zostanie. Ona tego wieczora bawiła się wyśmienicie. Chyba wcześniej nikt nie przypuszczał, że ta dziewczyna jest taka fajna. Dotychczas postrzegano ją jako kujona, chodzącą encyklopedię i skromną, szarą myszkę z grzywką i kucykiem.
Jak przysłowie mówi, że pozory mylą, tak jest również w przypadku Alicji.
Magda z Arletą paląc papierosy obgadały Alicję od stóp do głów.
- Zobacz, jak Szymańska się zestroiła, jakby szła na czerwony dywan. Chyba do Maksa.
- Taka niewinna, ze słodką minką, a tu popatrz, popatrz. Kiedy ona miała czas zakupić taki ubiór?
- Może prowadzi podwójne życie. Na uczelni słodziutki aniołek, a po południu dama sponsorowana przez jakiegoś bogacza?
Przed winiarnię wyszedł Marek.
- Co tam dziewczyny? Kogo dzisiaj macie na tapecie.
- Szymańską, kujona.
- No, Alicja dzisiaj wszystkich zaskoczyła. Ubiór, fryzura, makijaż. Kto by pomyślał, że z niej jest taka fajna laseczka.
Dziewczynom nie podobał się tekst kolegi. Nie krytykował, a wręcz przeciwnie, mówił o niej ciepło i sympatycznie.
Przed północą wszyscy zaczęli rozchodzić się do domów.
- Alicja, jak wracasz? Piłaś, nie jedź. Pytał i jednocześnie ostrzegał Marek.
- Piłam, więc nie jadę, tzn. jadę jako pasażer z Maksem.
- A Maks pił?
- Nie pił, jedynie pepsi colę i wodę mineralną. Odpowiedział zza pleców Alicji Maks Keller.
- Niesamowite. Alicja piła, a Maksio nie. Maks, który tak lubi wszelkie trunki dzisiaj robił za abstynenta. Niesamowite.
Gdy podeszli do samochodu Maksa, Alicja zapytała go, czy rzeczywiście nic nie pił.
Wyjął z kieszeni mały alkomat i dmuchnął w niego.
- Popatrz. Zero promili.
Oczywiście musiał jej opowiedzieć, skąd ma takie cacko, Przecież w Polsce nikt o takim osobistym alkomacie jeszcze nie słyszał.
- Moi rodzice mieszkają w Szwajcarii. Ojciec jeździ po całym świecie, więc mi takie cacko dostarczył.
Podwiózł Alicję pod blok. Okazało się, że mieszka blisko niej, w tej samej dzielnicy, kilka ulic dalej.
Pokazała mu, które są jej okna. Było w nich ciemno.
- Mama jest jeszcze w pracy.
- To masz chatę wolną.
- Tak, mam, dla siebie, nie dla ciebie. Odpaliła.
Niczego się po niej innego nie spodziewał. Wiedział, że nie zaprosi go do siebie. Może nie dlatego, że kiedyś ją obraził, ale dlatego, iż taka jest a nie inna.
Siedzieli w samochodzie i rozmawiali sobie o różnych rzeczach. Maks zagadywał ją, aby z nim była jak najdłużej.
- Fajnie gawędzimy, ale muszę już iść. Wysiadła z samochodu i skierowała się do klatki schodowej.
Maks przez cały czas ją obserwował. Odjechał dopiero, gdy w oknie mieszkania zapaliło się światło.
Leżąc w łóżku myślał o Alicji i o tym, co ma zrobić, aby została jego dziewczyną.
Ale dotychczasowe jego starania spalały na panewce. Zasnął dopiero o 3 nad ranem.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Błagam, pokochaj mnie. cz. 2
Inauguracja roku akademickiego na akademii medycznej odbyła się bardzo punktualnie. Przemowy rektora i wykład inaugurujący nowy rok dla niektórych przedłużał się. Wreszcie nastąpiła uroczysta część wręczania dyplomów dla dziesiątki osób, które najlepiej zdały egzamin na poszczególne kierunki studiów: wydział lekarski, pielęgniarski, farmację , stomatologię i wszystkie inne.
Najpierw wyczytywano osoby, a gdy cała dziesiątka wystąpiła, wówczas rektor w obecności dziekanów poszczególnych kierunków wręczał upragnione indeksy.
Na pierwszy rzut był wydział lekarski. Drugie wyczytane nazwisko było Alicja Szymańska. Skromna dziewczyna wyszła na drżących nogach i stanęła obok wcześniej wyczytanego młodego mężczyzny. Potem były kolejne nazwiska a następnie wręczenie dyplomów.
Maks wpatrywał się i nieco zazdrościł, że on nie został wyczytany. Wydawało mu się, że przynajmniej jedną z kobiet, które odbierały indeksy już gdzieś wcześniej poznał.
Po zakończeniu studenci zaczęli gromadzić się przy rozkładach zajęć. Zaczęli się ze sobą zapoznawać, dyskutować.
Alicja była lekko oszołomiona gwarem, przemieszczaniem się studentów. Sama nie uczestniczyła w rozmowach, raczej obserwowała, nasłuchiwała.
Po około godzinie wszyscy z wydziału lekarskiego spotkali się w sali audytoryjnej. Nastąpił podział na grupy. W tej samej grupie znalazła się Alicja Szymańska, jej koleżanka ze szkoły i ten sam chłopak, którego widziała przy liście przyjętych.
Następnego dnia na pierwszych zajęciach w grupie wszyscy zaczęli się poznawać. Usiedli w kręgu i każdy mówił swoje nazwisko, imię i skąd pochodzi.
Alicja Szymańska, jestem z Warszawy, Robert Kula- jestem z Otwocka. Jako ostatni przedstawił się Maks Keller. Powiedział, że ma obywatelstwo polskie, natomiast obecnie z rodzicami mieszka i średnią szkołę skończył w Szwajcarii.
Po zakończonym rytuale rozpoznawczo- zapoznawczym wszyscy przeszli do sali laboratoryjnej.
- Czy mogę usiąść obok ciebie?
Alicja podniosła głowę i zobaczyła Maksa.
- Pewnie, tylko dziwię się, że chcesz siedzieć obok nawiedzonej katechetki.
Maks początkowo nie za bardzo rozumiał co chciała przez to powiedzieć, ale przypomniał sobie, że takich słów używał.
- Widzę, że masz świetną pamięć.
- Tego nie mogę zaprzeczyć. Pamięć mam wyśmienitą.
- Czy apetyt również?
- Pewnie. Lubię jeść, dobrze i dużo.
Maks patrząc na Alicję nie za bardzo wiedział co powiedzieć. Nie wyglądała jak żarłok, a wręcz odwrotnie. Była wyjątkowo szczupła i taka delikatna.
- To zapraszam cię na pizzę.
- Nie, dziękuję. Po zajęciach pędzę na obiad do domu. Mama dzisiaj sobie wzięła wolne w pracy i będzie czekać na mnie z obiadem.
- Też tak bym chciał.
- Również bym chciała wiele rzeczy. Na przykład takie auto jak ty. Ale ja jeżdżę autobusami i tramwajami.
- Chcesz, mogę ci go sprzedać.
Odpowiedziała mu, że gdyby miała forsę na kupienie auta, pewnie by już dawno je kupiła.
- To bądź moją dziewczyną, dam ci pojeździć.
Alicja parsknęła śmiechem, że połowa sali spojrzała w jej kierunku.
Rozmowa się urwała, gdyż wszedł asystent profesora i rozpoczął zajęcia.
Wszyscy studenci byli bardzo skupieni. Po 90 minutach Alicje rozbolała głowa. Dobrze, że w dniu dzisiejszym nie było więcej zajęć.
Szybko wyszła z uczelni i pobiegła na przystanek tramwajowy. Nim Maks się zorientował, już zniknęła mu z pola widzenia.
W autobusie usiadła przy oknie. Była piekielnie zmęczona. Może dlatego, że w nocy nie mogła spać przed dniem dzisiejszym..
- Chyba to będzie orka na ugorze. Pomyślała. Studia medyczne to nie jakieś tam liceum, nawet to renomowane.
Mama przygotowała zupę pomidorową oraz pierś z kurczaka i przepyszną sałatkę z sosem Vinegret.
Wszystko smakowało wyśmienicie. Po obiedzie, było jeszcze ciasto i lody.
Alicja podzieliła się z mamą wrażeniami dnia dzisiejszego i poszła poczytać książkę.
Każdego dnia czytała beletrystykę. Czy teraz będzie miała na to czas?
Najpierw wyczytywano osoby, a gdy cała dziesiątka wystąpiła, wówczas rektor w obecności dziekanów poszczególnych kierunków wręczał upragnione indeksy.
Na pierwszy rzut był wydział lekarski. Drugie wyczytane nazwisko było Alicja Szymańska. Skromna dziewczyna wyszła na drżących nogach i stanęła obok wcześniej wyczytanego młodego mężczyzny. Potem były kolejne nazwiska a następnie wręczenie dyplomów.
Maks wpatrywał się i nieco zazdrościł, że on nie został wyczytany. Wydawało mu się, że przynajmniej jedną z kobiet, które odbierały indeksy już gdzieś wcześniej poznał.
Po zakończeniu studenci zaczęli gromadzić się przy rozkładach zajęć. Zaczęli się ze sobą zapoznawać, dyskutować.
Alicja była lekko oszołomiona gwarem, przemieszczaniem się studentów. Sama nie uczestniczyła w rozmowach, raczej obserwowała, nasłuchiwała.
Po około godzinie wszyscy z wydziału lekarskiego spotkali się w sali audytoryjnej. Nastąpił podział na grupy. W tej samej grupie znalazła się Alicja Szymańska, jej koleżanka ze szkoły i ten sam chłopak, którego widziała przy liście przyjętych.
Następnego dnia na pierwszych zajęciach w grupie wszyscy zaczęli się poznawać. Usiedli w kręgu i każdy mówił swoje nazwisko, imię i skąd pochodzi.
Alicja Szymańska, jestem z Warszawy, Robert Kula- jestem z Otwocka. Jako ostatni przedstawił się Maks Keller. Powiedział, że ma obywatelstwo polskie, natomiast obecnie z rodzicami mieszka i średnią szkołę skończył w Szwajcarii.
Po zakończonym rytuale rozpoznawczo- zapoznawczym wszyscy przeszli do sali laboratoryjnej.
- Czy mogę usiąść obok ciebie?
Alicja podniosła głowę i zobaczyła Maksa.
- Pewnie, tylko dziwię się, że chcesz siedzieć obok nawiedzonej katechetki.
Maks początkowo nie za bardzo rozumiał co chciała przez to powiedzieć, ale przypomniał sobie, że takich słów używał.
- Widzę, że masz świetną pamięć.
- Tego nie mogę zaprzeczyć. Pamięć mam wyśmienitą.
- Czy apetyt również?
- Pewnie. Lubię jeść, dobrze i dużo.
Maks patrząc na Alicję nie za bardzo wiedział co powiedzieć. Nie wyglądała jak żarłok, a wręcz odwrotnie. Była wyjątkowo szczupła i taka delikatna.
- To zapraszam cię na pizzę.
- Nie, dziękuję. Po zajęciach pędzę na obiad do domu. Mama dzisiaj sobie wzięła wolne w pracy i będzie czekać na mnie z obiadem.
- Też tak bym chciał.
- Również bym chciała wiele rzeczy. Na przykład takie auto jak ty. Ale ja jeżdżę autobusami i tramwajami.
- Chcesz, mogę ci go sprzedać.
Odpowiedziała mu, że gdyby miała forsę na kupienie auta, pewnie by już dawno je kupiła.
- To bądź moją dziewczyną, dam ci pojeździć.
Alicja parsknęła śmiechem, że połowa sali spojrzała w jej kierunku.
Rozmowa się urwała, gdyż wszedł asystent profesora i rozpoczął zajęcia.
Wszyscy studenci byli bardzo skupieni. Po 90 minutach Alicje rozbolała głowa. Dobrze, że w dniu dzisiejszym nie było więcej zajęć.
Szybko wyszła z uczelni i pobiegła na przystanek tramwajowy. Nim Maks się zorientował, już zniknęła mu z pola widzenia.
W autobusie usiadła przy oknie. Była piekielnie zmęczona. Może dlatego, że w nocy nie mogła spać przed dniem dzisiejszym..
- Chyba to będzie orka na ugorze. Pomyślała. Studia medyczne to nie jakieś tam liceum, nawet to renomowane.
Mama przygotowała zupę pomidorową oraz pierś z kurczaka i przepyszną sałatkę z sosem Vinegret.
Wszystko smakowało wyśmienicie. Po obiedzie, było jeszcze ciasto i lody.
Alicja podzieliła się z mamą wrażeniami dnia dzisiejszego i poszła poczytać książkę.
Każdego dnia czytała beletrystykę. Czy teraz będzie miała na to czas?
Subskrybuj:
Posty (Atom)