Maks Keller nie angażował się w żadne romanse z pielęgniarkami, lekarkami jak również innymi kobietami. Miłość do Alicji była niezmienna, trwała i coraz silniejsza. Sam nie wie, jak to robił, że wewnętrznie ze sobą walczył i w żaden sposób nie był namolny. Gdy tylko potrzebowała jego pomocy prawie jak uskrzydlony pędził, by zbyt długo nie czekała.
Kiedyś siedząc w bibliotece akademickiej zapytał ją, jak długo się znają?
- Maks. Nie przypominaj mi, ile mam lat. I tak coraz bardziej to przeżywam, że się starzeję.
- Nie starzejemy się, tylko dojrzewamy, albo wchodzimy w inną młodość.
Moi rodzice mają rocznicę ślubu, zaprosili mnie, z osobą towarzyszącą.
Nie chciałabyś ze mną jechać do Szwajcarii.
Alicja o mało nie udławiła się własną śliną.
- Ja? Do twoich rodziców?
Powiedział jej, że oni już od dawna wiedzą, że wrócił do Torunia i razem pracują.
- Wielokrotnie telefonicznie opowiadałem mamie o tobie i twoim synku.
Zamknęła szybko książkę, podeszła do bibliotekarki i za kilka chwil wyszła z czytelni.
- Ala, o co chodzi.
- Nie o nic, tylko w czytelni nie wolno rozmawiać, więc wolałam wyjść na zewnątrz.
Maks, czy twoja propozycja jest prawdziwa, czy tylko próbujesz ze mnie zadrwić?
Jako kto mam jechać z tobą do Kellerów, tzn. do twoich rodziców.
Rozmowa trwała jeszcze w drodze powrotnej do Torunia. Alicja wysłuchiwała argumentacji Maksa, która jej w żaden sposób nie przekonywała.
Kiedy przejeżdżali w pobliżu zajazdu, wywinął na jezdni rogala i zaprosił ją na kawę.
- Chodź, przy kawie porozmawiamy. Początkowo protestowała, ale nie miała innego wyjścia. Była skazana na samochodowy transport Maksa. Najpierw wysiadł on, nim Ala się rozpięła z pasów, otworzył jej drzwi. Gdy stanęła na ziemi i próbowała zamknąć za sobą drzwi, złapał jej twarz w swoje ręce i zaczął całować.
- Kocham cię już ponad dwadzieścia lat. Dłużej nie mogę udawać, że nic się we mnie nie tli, że jestem jedynie bezdusznym robotem. Próbowałem uciekać przed tą miłością, do Wrocławia, Szwajcarii, niestety bezskutecznie. Nawet gdybym uciekł na koniec świata, zawsze będziesz w moim sercu, duszy, mózgu i w każdym zakamarku mojego ciała.
Alicja wcale nie opierała się, słuchała co do niej mówi i odwzajemniała jego pocałunki. Może nie była tak wylewna jak Maks, ale czuła w sobie przypływ gorąca, bicie serca i coraz to szybszy puls.
Jak długo trwało wyznawanie miłości tego nikt nie wie.
- Maks, ludzie patrzą. Chodź już, albo na kawę, albo wracajmy do domu.
Wsiedli do samochodu i odjechali w kierunku Torunia.
Zatrzymali się na kolejnej stacji benzynowej, by się napić prawdziwej, czarnej kawy, która i tak nie ostudziła ich namiętności. Znów się zaczęli całować, znów Maks mówił jej ciepłe, z serca płynące wyznania.
- Maks, muszę jednak wracać do domu, mam obowiązki.
- Wiem. Gdybyś jednak chciała, bym je z tobą dzielił, jestem już od teraz gotowy.
Zadzwonił telefon.
-Halo, Maks. Jeśli jesteś w Toruniu , przyjeżdżaj do szpitala. Potrzebujemy lekarzy, dużo rannych z wypadku. Szukamy też Alicji, również jej ręce nam są potrzebne . Gdybyś ją gdzieś namierzył, niech szybko przyjeżdża na do szpitala. Nie mogę się do niej dodzwonić, mówił szybkim głosem profesor Florczyk.
Maks nacisnął na gaz i w kilka minut przejechali trasę, którą trzeba by pokonać w ciągu około 35-40 minut.
Przed szpital podjeżdżały kolejne karetki pogotowia. Alicja z Maksem wpadli na izbę przyjęć, w mgnieniu oka się przebrali i zaczęli swoje rutynowe, chirurgiczne działania.
Było już około godziny 22-giej.
Alicja zadzwoniła do domu. Od opiekunki dowiedziała się, że Andrzejek śpi a siostra Sylwia też pojechała do szpitala.
- Alicja spokojnie, dam sobie radę z małym, rano nakarmię go i wyprawię do szkoły. Przecież wiesz, ze to mój "jedyny, kochany wnuczek".
- Wiem babciu Steniu, wiem i dziękuję.
Stenia wiedziała co stało się na moście i nie miała żadnych złudzeń, że Alicja do domu nie wróci tej nocy. Zdarzały się już takie przypadki, ze nawet 36 godzin była w szpitalu ratując ludzkie życia.
Takie tam sobie opowiadania o tym co było i czego nie było w serialu "Lekarze"
sobota, 31 stycznia 2015
niedziela, 25 stycznia 2015
Co ja mam teraz zrobić? cz.34
Dni ciągle były do siebie podobne. Odprawy, diagnozy, operacje, czytanie wyników badań i czasami wyjątkowe sytuacje.
Kiedyś w pokoju lekarskim ktoś wspomniał, jak szalony mąż chorej kobiety zaatakował Alicję i trzymał ją w odosobnieniu z pistoletem przy skroni.
Maks otworzył i tak już swoje duże oczy.
- Naprawdę?
- Nie wiedziałeś. We wszystkich wiadomościach gadali o tym, w jakich trudnych warunkach pracują polscy lekarze.
- Być może byłem gdzieś na wyjeździe, poza granicami kraju.
Maks tak się przejął, że przez kolejne dni wracał do tematu i do jej psychicznego samopoczucia po tym, co się stało.
- Dobry kolega, Przemek wymienił się za mnie.
Byłam mu niezmiernie wdzięczna. Może nie tak bardzo żałowałam tego, że mogę stracić swoje życie, ale tego, że mój synek zostałby sierotą.
- Jesteś bohaterką. Zresztą zawsze cię taką postrzegałem i postrzegam.
Popatrzyła zdziwiona na kolegę.
- Dlaczego? Jestem normalnym lekarzem, nic specjalnego nie robię, tylko to, co wszyscy inni.
- Tak, tak, tak. Jesteś jak zawsze skromna. Pomruczał sobie Maks pod nosem.
Po kilku tygodniach Maks załapał się na "dyżur" przy Andrzejku. Zawiózł go na basen. Nawet mu się to podobało, bo też sobie popływał. Pewnie samemu nie za bardzo chciałoby się jechać po pracy na basen.
Następnego dnia szepnął Leonowi, że "takie dyżury" to on nie tylko lubi, ale uwielbia.
Andrzejek lubił znajomych swojej mamy, ale pana Maksa polubił szczególnie.
Maks wymyślał mu różne atrakcje. Nie ma na świecie chyba dziecka, które nie skorzystałoby z takich propozycji.
Kiedyś w parku linowym tak się zabawili, że schodzili z niego jako ostatni.
- Panie Maksie, dlaczego pan nie ma dzieci?
- A kto powiedział, że nie mam?
- Ups, przepraszam. Nie powinienem zadawać takich pytań. Mama nie byłaby zadowolona ze mnie.
- Spokojnie, nic nie powiem o naszej rozmowie.
Kiedyś Andrzejek przyniósł kartkę od wychowawczyni z prośbą, aby Alicja uczestniczyła w wycieczce rowerowej, jako opiekun i lekarz.
Alicja przewertowała swój kalendarz i niestety, nie miała wolnego terminu.
Andrzejek bardzo się zasmucił.
- Wiesz, jak nie będzie opiekuna i lekarza albo pielęgniarki, wychowawczyni nie zorganizuje nam tej wycieczki.
Alicja odpowiedziała, że jej smutno, ale pomyśli nad rozwiązaniem problemu.
Następnego dnia opowiedziała o sytuacji w szpitalu i dwóch lekarzy z chirurgii, którzy w dniu wycieczki syna Alicji nie pracowali zaoferowali swoje usługi.
Maks pojechał do szkoły i porozmawiał z nauczycielką, że zastąpi mamę Andrzeja.
- A może jechać z nami jeszcze jeden lekarz?
- Będzie mile widziany, odpowiedziała nauczycielka Maksowi i od razu zastrzegła, że nie może im zapłacić, bo szkoła nie ma na takie cele funduszy.
- Oczywiście, wiemy. My tylko chcemy pomóc pani w formie wolontariatu, przede wszystkim robimy to dla Andrzejka i jego mamy.
Nauczycielka była niewiele młodsza od Maksa . Znaleźli od razu wspólny język. Nawet ucieszyła się, że dwóch lekarzy będzie jednocześnie opiekunami klasy na wycieczce rowerowej.
- W trójkę ogarniemy "rowerzystów".
Wycieczka odbyła się w zaplanowanym terminie. Dzieciaki były wyjątkowo posłuszne. Panowie przydali się, oprócz zrobienia opatrunku otartej nogi, również do założenia łańcucha, który spadł w jednym z rowerów.
Żegnając się z lekarzami, dzieci z nauczycielką zapraszali ich na uroczystości klasowe, połączone ze wspólnym ogniskiem.
- Przyjdziemy, oczywiście, że przyjdziemy. I postaramy się również pojechać z wami na kolejną wycieczkę. Odpowiedzieli chirurdzy.
Kiedyś w pokoju lekarskim ktoś wspomniał, jak szalony mąż chorej kobiety zaatakował Alicję i trzymał ją w odosobnieniu z pistoletem przy skroni.
Maks otworzył i tak już swoje duże oczy.
- Naprawdę?
- Nie wiedziałeś. We wszystkich wiadomościach gadali o tym, w jakich trudnych warunkach pracują polscy lekarze.
- Być może byłem gdzieś na wyjeździe, poza granicami kraju.
Maks tak się przejął, że przez kolejne dni wracał do tematu i do jej psychicznego samopoczucia po tym, co się stało.
- Dobry kolega, Przemek wymienił się za mnie.
Byłam mu niezmiernie wdzięczna. Może nie tak bardzo żałowałam tego, że mogę stracić swoje życie, ale tego, że mój synek zostałby sierotą.
- Jesteś bohaterką. Zresztą zawsze cię taką postrzegałem i postrzegam.
Popatrzyła zdziwiona na kolegę.
- Dlaczego? Jestem normalnym lekarzem, nic specjalnego nie robię, tylko to, co wszyscy inni.
- Tak, tak, tak. Jesteś jak zawsze skromna. Pomruczał sobie Maks pod nosem.
Po kilku tygodniach Maks załapał się na "dyżur" przy Andrzejku. Zawiózł go na basen. Nawet mu się to podobało, bo też sobie popływał. Pewnie samemu nie za bardzo chciałoby się jechać po pracy na basen.
Następnego dnia szepnął Leonowi, że "takie dyżury" to on nie tylko lubi, ale uwielbia.
Andrzejek lubił znajomych swojej mamy, ale pana Maksa polubił szczególnie.
Maks wymyślał mu różne atrakcje. Nie ma na świecie chyba dziecka, które nie skorzystałoby z takich propozycji.
Kiedyś w parku linowym tak się zabawili, że schodzili z niego jako ostatni.
- Panie Maksie, dlaczego pan nie ma dzieci?
- A kto powiedział, że nie mam?
- Ups, przepraszam. Nie powinienem zadawać takich pytań. Mama nie byłaby zadowolona ze mnie.
- Spokojnie, nic nie powiem o naszej rozmowie.
Kiedyś Andrzejek przyniósł kartkę od wychowawczyni z prośbą, aby Alicja uczestniczyła w wycieczce rowerowej, jako opiekun i lekarz.
Alicja przewertowała swój kalendarz i niestety, nie miała wolnego terminu.
Andrzejek bardzo się zasmucił.
- Wiesz, jak nie będzie opiekuna i lekarza albo pielęgniarki, wychowawczyni nie zorganizuje nam tej wycieczki.
Alicja odpowiedziała, że jej smutno, ale pomyśli nad rozwiązaniem problemu.
Następnego dnia opowiedziała o sytuacji w szpitalu i dwóch lekarzy z chirurgii, którzy w dniu wycieczki syna Alicji nie pracowali zaoferowali swoje usługi.
Maks pojechał do szkoły i porozmawiał z nauczycielką, że zastąpi mamę Andrzeja.
- A może jechać z nami jeszcze jeden lekarz?
- Będzie mile widziany, odpowiedziała nauczycielka Maksowi i od razu zastrzegła, że nie może im zapłacić, bo szkoła nie ma na takie cele funduszy.
- Oczywiście, wiemy. My tylko chcemy pomóc pani w formie wolontariatu, przede wszystkim robimy to dla Andrzejka i jego mamy.
Nauczycielka była niewiele młodsza od Maksa . Znaleźli od razu wspólny język. Nawet ucieszyła się, że dwóch lekarzy będzie jednocześnie opiekunami klasy na wycieczce rowerowej.
- W trójkę ogarniemy "rowerzystów".
Wycieczka odbyła się w zaplanowanym terminie. Dzieciaki były wyjątkowo posłuszne. Panowie przydali się, oprócz zrobienia opatrunku otartej nogi, również do założenia łańcucha, który spadł w jednym z rowerów.
Żegnając się z lekarzami, dzieci z nauczycielką zapraszali ich na uroczystości klasowe, połączone ze wspólnym ogniskiem.
- Przyjdziemy, oczywiście, że przyjdziemy. I postaramy się również pojechać z wami na kolejną wycieczkę. Odpowiedzieli chirurdzy.
sobota, 17 stycznia 2015
Co ja mam teraz zrobić? cz. 33
W poniedziałek rano na odprawie byli wszyscy. Ci co przyszli rano do pracy i ci, co już ją skończyli.
Leon przekazał grafik operacji, porozmawiali o trudnych chorobowych przypadkach o poszli na obchód. Ci po nocnym dyżurze pożegnali się. Maks chodząc po rannym obchodzie praktycznie zawsze stawał przy łóżku pacjenta za Alicją. Niewiele mówił, czasami tylko odpowiadał na zadawane mu przez ordynatora pytania.
Leon na obchodzie dawał dyspozycje do wykonania tylko dla niektórych pacjentów kolejnych badań.
Na pierwszej operacji rozpoczynającej tydzień był Leon w asyście Maksa i młodej stażem, aczkolwiek nie młodej wiekiem lekarki. Przypatrywała się Maksowi. Leon jeden raz zwrócił jej uwagę, aby współpracowała a nie gapiła się na "nowego" lekarza.
- Tak, przepraszam panie ordynatorze.
Alicja po otrzymaniu jeszcze ciepłych wyników badań pacjentki, skonsultowała się z dr Gułą i poszli na salę operacyjną. Operacja tętniaka nie należała do najłatwiejszych, ale przebiegła pomyślnie.
Po operacji spotkała Maksa w gabinecie lekarskim. Właśnie kończył sobie parzyć kawę.
- Zrobić ci kawy?
- Tak, poproszę. Od niepamiętnych czasów niby setki razy podobnie robiony zabieg, ale dzisiaj
wyjątkowo mnie zmęczył.
- Znam to i od pewnego czasu coraz częściej mam podobne odczucia zmęczenia. Chyba "materiał" się zużywa. Uśmiechnął się sam do siebie.
Nic mu nie odpowiedziała. Popijała kawę i patrzyła w teczkę kolejnego pacjenta.
- Niby mamy możliwość robienia coraz więcej badań, ale czasami nie wiadomo, jaką postawić
diagnozę. No i oczywiście, co człowiek zastanie, jak rozkroi pacjenta.
Przytaknął jej i też zajął się oglądaniem zdjęć rentgenowskich i wynikami badań USG.
- Co robisz po pracy?
- Jak skończę o normalnej porze, to jadę do biblioteki akademickiej do Bydgoszczy. Sprowadzili mi książkę, muszę ją odebrać.
- A mały?
- Sylwia zaprowadzi go na angielski a potem będzie z nim odrabiać lekcje. Myślę, że przed
wieczorem wrócę.
- Aha. To rzeczywiście sprawnie działa ta pomoc. Początkowo myślałem, że sobie ze mnie
żartujecie.
- Jak masz wolne i chce ci się jechać ze mną do Bydgoszczy, to proszę bardzo. Będzie mi raźniej na drodze.Pogadamy. Chętnie posłucham o pracy wrocławskiego szpitala, w którym pracowałeś.
Maks nie dowierzał temu, co usłyszał.
- Jesteś pewna, że chcesz, abym z tobą pojechał.
- Jak nie chcesz, nie namawiam.
- Nie, oczywiście, z przyjemnością. Nawet mogę zaoferować mój transport. Ma większy bagażnik.
Alicja zaczęła się śmiać.
- A po co mi większy bagażnik. Dwie książki wezmę pod pachę.
Ale jak już tak się upierasz, to możemy jechać twoim, pod warunkiem, że teraz swoim podjadę do swojego garażu, zabiorę coś z domu, a ty po mnie przyjedziesz.
Maks przyjechał o umówionej godzinie. Gdy podjechał pod dom, wychodziła z bramki.
Rzeczywiście, w drodze jedynym tematem były przypadki medyczne, stawianie diagnoz,terapia, wymiana doświadczeń.
W bibliotece nie zabawiła długo.
- Zapraszam cię do kawiarni, tej co kiedyś do niej przyjeżdżaliśmy.
- Niestety, już jej tam nie ma. Zburzyli ją i wiele budynków obok. Postawili ogromny kompleks handlowy.
W drodze powrotnej Maks miał chęć zapytać, jak to się stało, że została wdową i ciągle jest sama, ale nie miał odwagi. Może i dobrze, bo pewnie Alicji by się to nie spodobało. Praktycznie z nikim o tym nie chciała rozmawiać. Nie chciała rozdzierać zabliźnionych po stracie męża ran.
- Tej naszej lekarce wpadłeś w oko. Już ktoś zauważył i gada.
- Będzie musiała udać się do okulisty. Ja jej w tym nie pomogę.
- Do okulisty? Zastanowiła się Alicja.
- Po co do okulisty?
Maks z poważna miną odpowiedział, że na zabieg wyciagnięcia tego "paprocha".
Dopiero w tym momencie Alicja zaskoczyła i też zaczęła się śmiać.
Leon przekazał grafik operacji, porozmawiali o trudnych chorobowych przypadkach o poszli na obchód. Ci po nocnym dyżurze pożegnali się. Maks chodząc po rannym obchodzie praktycznie zawsze stawał przy łóżku pacjenta za Alicją. Niewiele mówił, czasami tylko odpowiadał na zadawane mu przez ordynatora pytania.
Leon na obchodzie dawał dyspozycje do wykonania tylko dla niektórych pacjentów kolejnych badań.
Na pierwszej operacji rozpoczynającej tydzień był Leon w asyście Maksa i młodej stażem, aczkolwiek nie młodej wiekiem lekarki. Przypatrywała się Maksowi. Leon jeden raz zwrócił jej uwagę, aby współpracowała a nie gapiła się na "nowego" lekarza.
- Tak, przepraszam panie ordynatorze.
Alicja po otrzymaniu jeszcze ciepłych wyników badań pacjentki, skonsultowała się z dr Gułą i poszli na salę operacyjną. Operacja tętniaka nie należała do najłatwiejszych, ale przebiegła pomyślnie.
Po operacji spotkała Maksa w gabinecie lekarskim. Właśnie kończył sobie parzyć kawę.
- Zrobić ci kawy?
- Tak, poproszę. Od niepamiętnych czasów niby setki razy podobnie robiony zabieg, ale dzisiaj
wyjątkowo mnie zmęczył.
- Znam to i od pewnego czasu coraz częściej mam podobne odczucia zmęczenia. Chyba "materiał" się zużywa. Uśmiechnął się sam do siebie.
Nic mu nie odpowiedziała. Popijała kawę i patrzyła w teczkę kolejnego pacjenta.
- Niby mamy możliwość robienia coraz więcej badań, ale czasami nie wiadomo, jaką postawić
diagnozę. No i oczywiście, co człowiek zastanie, jak rozkroi pacjenta.
Przytaknął jej i też zajął się oglądaniem zdjęć rentgenowskich i wynikami badań USG.
- Co robisz po pracy?
- Jak skończę o normalnej porze, to jadę do biblioteki akademickiej do Bydgoszczy. Sprowadzili mi książkę, muszę ją odebrać.
- A mały?
- Sylwia zaprowadzi go na angielski a potem będzie z nim odrabiać lekcje. Myślę, że przed
wieczorem wrócę.
- Aha. To rzeczywiście sprawnie działa ta pomoc. Początkowo myślałem, że sobie ze mnie
żartujecie.
- Jak masz wolne i chce ci się jechać ze mną do Bydgoszczy, to proszę bardzo. Będzie mi raźniej na drodze.Pogadamy. Chętnie posłucham o pracy wrocławskiego szpitala, w którym pracowałeś.
Maks nie dowierzał temu, co usłyszał.
- Jesteś pewna, że chcesz, abym z tobą pojechał.
- Jak nie chcesz, nie namawiam.
- Nie, oczywiście, z przyjemnością. Nawet mogę zaoferować mój transport. Ma większy bagażnik.
Alicja zaczęła się śmiać.
- A po co mi większy bagażnik. Dwie książki wezmę pod pachę.
Ale jak już tak się upierasz, to możemy jechać twoim, pod warunkiem, że teraz swoim podjadę do swojego garażu, zabiorę coś z domu, a ty po mnie przyjedziesz.
Maks przyjechał o umówionej godzinie. Gdy podjechał pod dom, wychodziła z bramki.
Rzeczywiście, w drodze jedynym tematem były przypadki medyczne, stawianie diagnoz,terapia, wymiana doświadczeń.
W bibliotece nie zabawiła długo.
- Zapraszam cię do kawiarni, tej co kiedyś do niej przyjeżdżaliśmy.
- Niestety, już jej tam nie ma. Zburzyli ją i wiele budynków obok. Postawili ogromny kompleks handlowy.
W drodze powrotnej Maks miał chęć zapytać, jak to się stało, że została wdową i ciągle jest sama, ale nie miał odwagi. Może i dobrze, bo pewnie Alicji by się to nie spodobało. Praktycznie z nikim o tym nie chciała rozmawiać. Nie chciała rozdzierać zabliźnionych po stracie męża ran.
- Tej naszej lekarce wpadłeś w oko. Już ktoś zauważył i gada.
- Będzie musiała udać się do okulisty. Ja jej w tym nie pomogę.
- Do okulisty? Zastanowiła się Alicja.
- Po co do okulisty?
Maks z poważna miną odpowiedział, że na zabieg wyciagnięcia tego "paprocha".
Dopiero w tym momencie Alicja zaskoczyła i też zaczęła się śmiać.
niedziela, 11 stycznia 2015
Co ja mam teraz zrobić?. 32
Przemek prawie każdego dnia, drogą internetową komunikował się z Alicją. Dzielił się wszystkim, opowiadała o pracy, aparaturze, która wykracza poza XXI wiek, o zawartych znajomościach, relacjach między pracownikami, nie tak przyjacielskimi jak w Copernicusie. Wypytywał o Andrzejka.
- Mam całe dnie zajęte, a pomimo to tęsknię za Polską, za Hanką i za Wami.
Alicja pocieszała go, że czas szybko zleci, a z czasem powoli będzie zapominał o tym, co zostawił w Polsce.
- Poznasz bogatą Amerykankę i pewnie zostaniesz, śmiała się Alicja.
- Takiej wspaniałej kobiety jak ty, nie ma nawet na drugiej półkuli świata.
- Och, są i to nie tylko takie.
Biegnąc korytarzem, by się nie spóźnić do pracy Alicja zobaczyła Maksa rozmawiającego z Leonem.
- Cześć wam, śpieszę się.
- Ok. Zaraz i my tam dojdziemy.
Za kilka minut rzeczywiście Maks z Leonem pojawili się w pokoju lekarskim.
-Od poniedziałku nasz, wszystkim znany kolega będzie pracował w naszym zespole. Mamy wolny etat, więc dyrektor Bosak nie ogłaszała konkursu tylko przyjęła Maksa.
- Po ilu latach wróciłeś?
- Minęło tylko 10 lat.
- Sylwia dodała, że przez 10 lat w szpitalu się wiele zmieniło, oczywiście poza personelem, który jedynie się trochę postarzał.
Alicja z Sylwią i dr Gułą wyszli, mieli planową operację. Maks jeszcze trochę pogadał z Leonem i pobiegł do laboratorium zrobić niezbędne badania. Bez tego nikt go przecież nie dopuści do stołu operacyjnego.
Wieczorem zadzwonił dzwonek do drzwi. Alicja nie oczekiwała żadnego gościa. Mały był już po kąpieli i szykował się do spania.
Spojrzała w wideodomofon.
- Sylwia? O tej porze?
- Mam bardzo ważną sprawę.
Alicja otworzyła bramkę na posesje i drzwi wejściowe.
Sylwia nie była sama. Do domu wparowało jeszcze kilka innych osób, w tym Maks.
- Proszę się rozgościć, ale nie mówię, że podskakuję z radości. Moglibyście mnie wcześniej uprzedzić, coś bym przygotowała do jedzenia.
- Nie ma żadnego problemu, za około 20 minut dowiozą catering.
Alicja synkowi powiedziała, że ma gości, więc może trochę pograć na komputerze, a potem grzecznie iść spać. Ucałowali się jak zawsze przed snem.
Wanat z Sylwią przejęli obowiązki gospodyni. Zaprosili wszystkich do salonu. Za kilka minut przyjechał catering z wybornym jedzeniem. Alkohol przynieśli ze sobą.
Ucztowanie trwało wiele godzin. Alicja niewiele piła, bo z soboty na niedzielę ma dyżur. Maks praktycznie wypił jedynie jedną lampkę koniaku
- Kto zostaje z małym jak idziesz do pracy?
- Ja.
- I ja.
- I ja. Zaczęli się przekrzykiwać.
Sylwia, Wanatowie, Janek Bosak i Leon kolejno zostawali z małym, pomimo, że Alicja zatrudniała opiekunkę. Może raczej gosposię, tę samą co pracowała u Leona. Ona praktycznie stała się częścią ich rodziny a Andrzejek traktował ją jak prawdziwą babcię.
- Tak już nam zostało, od kiedy.... Tu urwała Sylwia. No to znaczy my chcemy i lubimy pomagać Alicji. Czasami się kłócimy kto ma z nim iść na obiad, basen, angielski czy do biblioteki.
- Maks, jak chcesz być przyjacielem Alicji, to też musisz się zadeklarować do niesienia pomocy.
- Och Sylwia, przestań gadać głupoty.
- Nie, no oczywiście. Zawsze będę do dyspozycji. Jestem samotnym człowiekiem, po pracy mam mnóstwo wolnego czasu, więc oczywiście, zawsze do dyspozycji i usług.
- Leon, od następnego miesiąca, a to będzie już w poniedziałek musisz wpisać w "nasz" grafik Maksa Kellera.
- Już zrobiłem grafik, więc może go gdzieś wcisnę od następnego tygodnia.
Goście pożegnali się około godziny pierwszej w nocy. Zamówili dwie taksówki. U Alicji został jedynie Leon, nie chciało mu się wracać do domu.
- Czyj to był pomysł?
- Córeczko, przepraszam, ale to był mój pomysł. Zadzwonił Wanat, że spotyka się cała paczka w restauracji, więc chciałem, abyś i ty była z nami.
- Acha. Ty lubisz mi robić takie niespodzianki, choć dobrze wiesz, że ja tego nie lubię.
- Wiem córeczko i przepraszam. Wiem również, że nie możesz ciągle siedzieć w książkach, nie jesteś przecież molem książkowym.
czwartek, 25 grudnia 2014
Co ja mam teraz zrobić? cz.31
Andrzejek z Mamą byli pierwsi w kawiarni. Pan Maks nieco się spóźniał. Alicja była pewna, że nie przyjdzie, że tylko kurtuazyjnie zaprosił ich na ciastko i lody.
- No trudno, z poważną miną powiedział mały Andrzej. Sami zjemy ciastka i lody. Też będzie fajnie.
Gdy praktycznie już kończyli konsumpcję, do kawiarni wszedł Maks. Od razu zauważył ich przy stoliku obok okna.
- Przepraszam, ale zawodnik skręcił nogę i to nie na zawodach, tylko wychodząc z restauracji, gdzie jedliśmy spóźniony obiad.
- Myślałem, że pan zapomniał, że się z nami umówił.
- Nie, skąd. Tylko tak niefajnie wyszło.
Przepraszał kilkakrotnie.
- Zamówił sobie kawę i takie samo ciastko, jakie jadł Andrzejek.
Rozmawiali o pogodzie, dzisiejszych zawodach sportowych i z małym powspominali Chorwację.
- Mamo, mogę iść na chwilę pojeździć sobie na symulatorze?
- Pewnie, będę cię widziała. Nic tam nie zepsuj, graj zgodnie z instrukcją.
- Co tam u ciebie Maks. Jak czuje się synek po przeszczepie, jak ty funkcjonujesz z jedną nerką.
No tak jakość się porobiło byle jak. Nie doszło do tego, żebym był dawcą, rozchorowałem się. Synek otrzymał nerkę od innego dawcy.
- Uporządkowałeś sprawy rodzinne.
Opowiedział jej, że nie. Dziecko nadal nosi inne nazwisko i tak naprawdę nie wie, że wujek Maks jest jego ojcem. Matka nie powiedziała tego nawet swojemu partnerowi, który dał dziecku nazwisko., że to on jest jego ojcem. Spotyka się z synem jako wujek, wtedy, kiedy jego przyszywany ojciec jest w pracy lub gdzieś na wyjeździe. Tak naprawdę chłopiec jest już coraz starszy i już praktycznie nie jest mu potrzebny wujek, ma swoich kolegów.
- Czuję się we Wrocławiu obco, myślę o wyjeździe gdzieś do innego miasta.
- Wracaj do Torunia. Jeden z kolegów wyjechał na staż do USA, więc w trybie natychmiastowym będzie potrzebny nowy chirurg.
Maks się zastanowił nad tym bardzo poważnie. Mieszkanie, w którym kiedyś mieszkał stoi puste. Przez kilka miesięcy w roku wynajmował mieszkanie, a raczej wynajmowali jego rodzice dla gości ze Szwajcarii. Sami, jak przyjeżdżali do Polski w nim mieszkali.
Nie chciał rozmawiać na temat kontaktów ze swoimi rodzicami. Dopiero po jakimś czasie dowiedzieli się, że pracuje we Wrocławiu, ale nigdy nie dowiedzieli się, że ma tam syna. Chcieli kiedyś do niego przyjechać, ale nie wyraził zgody. Spotykał się z nimi w Toruniu.
- To przyjeżdżałeś do Torunia?
- Wielokrotnie.
- Dlaczego nigdy nie odwiedziłeś nas w szpitalu?
Maks opowiedział jej, że przyjeżdżając do Torunia spotykał się z Jivanem i jego rodziną oraz z Piotrem Wanatem. Wie o tym, że spotkała ją tragedia, że jest samotną matką wychowującą dziecko, że jej mąż wiele lat walczył o życie.
- Czytam twoje artykuły medyczne i tą ostatnią książkę, którą wydałaś. Nawet ją mam, bo kiedyś otrzymałem ją na konferencji w Warszawie. Podziwiam cię, że po tym wszystkim co przeszłaś, jesteś taka zorganizowana.
Odpowiedziała mu, że jest to odskocznia od tego co ją spotkało. Praca naukowa daje jej wiele satysfakcji i zapomina o tragedii, która ją spotkała, a przede wszystkim spotkała jej syna.
Alicja zauważyła, że rozmawia z Maksem jak za dawnych lat, kiedy każda rozmowa trwała bez końca. Teraz też pewnie też tak by było, tylko, że już robiło się późno.
- Musimy wracać do domu. Jutro mały idzie na 8-mą do szkoły, a ja na poranną zmianę.
Żegnając się z Maksem powiedziała, że jeśli będzie w Toruniu, to niech da znać, no i oczywiście niech pomyśli o powrocie do Copernicusa.
Maks pożegnał się z Andrzejkiem i zapewnił, że pozdrowi jego wrocławskich kolegów.
Wracając do domu Andrzejek powiedział, że fajny jest Pan Maks i już tam w Chorwacji go polubił.
- Fajny, fajny.
W poniedziałek w rozmowie z Sylwią opowiedziała jej o spotkaniu z Maksem.
- Nie! To niemożliwe! Keller w Toruniu?
- Podobno przyjeżdża tu kilka razy w roku i nawet spotyka się z Jivanem i Wanatami.
Na pożegnanie powiedziałam mu, aby zastanowił się nad przyjazdem do Torunia. Na pewno w Copernikusie będzie mile widziany.
I co?
- No nie wiem co. Nie udzielił mi odpowiedzi.
- No trudno, z poważną miną powiedział mały Andrzej. Sami zjemy ciastka i lody. Też będzie fajnie.
Gdy praktycznie już kończyli konsumpcję, do kawiarni wszedł Maks. Od razu zauważył ich przy stoliku obok okna.
- Przepraszam, ale zawodnik skręcił nogę i to nie na zawodach, tylko wychodząc z restauracji, gdzie jedliśmy spóźniony obiad.
- Myślałem, że pan zapomniał, że się z nami umówił.
- Nie, skąd. Tylko tak niefajnie wyszło.
Przepraszał kilkakrotnie.
- Zamówił sobie kawę i takie samo ciastko, jakie jadł Andrzejek.
Rozmawiali o pogodzie, dzisiejszych zawodach sportowych i z małym powspominali Chorwację.
- Mamo, mogę iść na chwilę pojeździć sobie na symulatorze?
- Pewnie, będę cię widziała. Nic tam nie zepsuj, graj zgodnie z instrukcją.
- Co tam u ciebie Maks. Jak czuje się synek po przeszczepie, jak ty funkcjonujesz z jedną nerką.
No tak jakość się porobiło byle jak. Nie doszło do tego, żebym był dawcą, rozchorowałem się. Synek otrzymał nerkę od innego dawcy.
- Uporządkowałeś sprawy rodzinne.
Opowiedział jej, że nie. Dziecko nadal nosi inne nazwisko i tak naprawdę nie wie, że wujek Maks jest jego ojcem. Matka nie powiedziała tego nawet swojemu partnerowi, który dał dziecku nazwisko., że to on jest jego ojcem. Spotyka się z synem jako wujek, wtedy, kiedy jego przyszywany ojciec jest w pracy lub gdzieś na wyjeździe. Tak naprawdę chłopiec jest już coraz starszy i już praktycznie nie jest mu potrzebny wujek, ma swoich kolegów.
- Czuję się we Wrocławiu obco, myślę o wyjeździe gdzieś do innego miasta.
- Wracaj do Torunia. Jeden z kolegów wyjechał na staż do USA, więc w trybie natychmiastowym będzie potrzebny nowy chirurg.
Maks się zastanowił nad tym bardzo poważnie. Mieszkanie, w którym kiedyś mieszkał stoi puste. Przez kilka miesięcy w roku wynajmował mieszkanie, a raczej wynajmowali jego rodzice dla gości ze Szwajcarii. Sami, jak przyjeżdżali do Polski w nim mieszkali.
Nie chciał rozmawiać na temat kontaktów ze swoimi rodzicami. Dopiero po jakimś czasie dowiedzieli się, że pracuje we Wrocławiu, ale nigdy nie dowiedzieli się, że ma tam syna. Chcieli kiedyś do niego przyjechać, ale nie wyraził zgody. Spotykał się z nimi w Toruniu.
- To przyjeżdżałeś do Torunia?
- Wielokrotnie.
- Dlaczego nigdy nie odwiedziłeś nas w szpitalu?
Maks opowiedział jej, że przyjeżdżając do Torunia spotykał się z Jivanem i jego rodziną oraz z Piotrem Wanatem. Wie o tym, że spotkała ją tragedia, że jest samotną matką wychowującą dziecko, że jej mąż wiele lat walczył o życie.
- Czytam twoje artykuły medyczne i tą ostatnią książkę, którą wydałaś. Nawet ją mam, bo kiedyś otrzymałem ją na konferencji w Warszawie. Podziwiam cię, że po tym wszystkim co przeszłaś, jesteś taka zorganizowana.
Odpowiedziała mu, że jest to odskocznia od tego co ją spotkało. Praca naukowa daje jej wiele satysfakcji i zapomina o tragedii, która ją spotkała, a przede wszystkim spotkała jej syna.
Alicja zauważyła, że rozmawia z Maksem jak za dawnych lat, kiedy każda rozmowa trwała bez końca. Teraz też pewnie też tak by było, tylko, że już robiło się późno.
- Musimy wracać do domu. Jutro mały idzie na 8-mą do szkoły, a ja na poranną zmianę.
Żegnając się z Maksem powiedziała, że jeśli będzie w Toruniu, to niech da znać, no i oczywiście niech pomyśli o powrocie do Copernicusa.
Maks pożegnał się z Andrzejkiem i zapewnił, że pozdrowi jego wrocławskich kolegów.
Wracając do domu Andrzejek powiedział, że fajny jest Pan Maks i już tam w Chorwacji go polubił.
- Fajny, fajny.
W poniedziałek w rozmowie z Sylwią opowiedziała jej o spotkaniu z Maksem.
- Nie! To niemożliwe! Keller w Toruniu?
- Podobno przyjeżdża tu kilka razy w roku i nawet spotyka się z Jivanem i Wanatami.
Na pożegnanie powiedziałam mu, aby zastanowił się nad przyjazdem do Torunia. Na pewno w Copernikusie będzie mile widziany.
I co?
- No nie wiem co. Nie udzielił mi odpowiedzi.
niedziela, 21 grudnia 2014
Co ja mam teraz zrobić? cz. 30
Przemek pomagał Alicji jak tylko potrafił najlepiej. Nie dawał jej propozycji matrymonialnych, bo wiedział, że z tą kobietą tak się pewnych spraw nie załatwia. Andrzejek lubił wujka Przemka, czasami chodził z nim na mecze motokrosowe. Później opowiadał mamie o tym co było na meczach, jak również o ich relacjach.
- Alicja, dostałem propozycję wyjazdu na stypendium do USA.
- To jedź.
- Jak to jedź, tak po prostu?
- A jak inaczej? Tak po prostu. Z takich propozycji trzeba korzystać.
- A ty? Dasz sobie sama radę?
Spojrzała na niego dziwnym wzrokiem.
- Przecież daję sobie sama radę. No oczywiście dziękuję za pomoc, którą mi wyświadczasz. Ale upewniam cie, że dam sobie radę.
Będziemy w kontakcie internetowo-telefonicznym.
Przygotowania do wyjazdu, załatwiania formalności, w tym wizy trwało około 2 miesięcy.
Przemek ciągle się wahał. Wiedział, że gdyby Alicja powiedziała, aby nie jechał, dla niej by to zrobił.
Razem z Hanką odwiozły go na lotnisko do Warszawy.
Po odlocie samolotu nie wiedząc dlaczego popłynęły jej po policzkach łzy.
- Czemu płaczesz? Za przyjacielem? Zapytała Hanka.
- No tak jakoś mi się zebrało na płacz.
Alicja chyba zrozumiała, że w jakiś tam sposób kocha Przemka. Niestety, nigdy tego uczucia nie okazywała. Raczej starała się być nie tylko powściągliwa, ale wręcz oschła. Bała się pokazywać jakiekolwiek uczucie kolejnemu mężczyźnie. Ciągle była przeświadczona, że wisi nad nią fatum.
Popatrzyły na odlatujący samolot.
Wracając samochodem do Torunia odebrała MS-a. Nadany był przed startem samolotu.
- Kocham cie i zawsze kochałem. Byłem zazdrosny o Andrzeja, ale nic nie zrobiłem, aby coś w moim i twoim życiu zmienić.
Będę za tobą i Andrzejkiem bardzo tęsknił. W podpisie Przemek.
Alicja czytała wiadomość raz, potem drugi i kolejny.
Zatrzymały się przy pierwszej stacji benzynowej.
- Hanka, muszę odpocząć i ochłonąć. Chodźmy na kawę.
Kilka razy jeszcze czytała ten sms.
- Mogę poprowadzić auto, jeśli jesteś zmęczona.
- Nie, spokojnie, wypije kawę i pojedziemy dalej.
W dalszej drodze niewiele rozmawiały.
W Toruniu zawiozła Hankę do mieszkania Przemka. Sama wróciła do domu Leona, aby zabrać Andrzejka.
Mały już spał.
- Wiesz, płakał, jak dowiedział się, że Przemek wyjeżdża na tak długo.
Powiedział, że nie ma taty i nie ma wujka.
- Ale ma przecież dziadków i mnie.
- Ma, ale dla dzieciaka ojciec jest bardzo ważny.
Noc przespała u Leona. Jutro jest niedziela więc nie ma dyżuru w szpitalu. Będzie miała czas na spędzenie go z synem.
Rano, po śniadaniu Andrzejek ze smutkiem powiedział mamie, że są zawody motokrosowe.
- Super, to pójdziemy razem.
- Ty i Ja? Upewniał się mały.
- No, przecież ja czasami tam bywam, jak mam dyżury stadionowe jako lekarz.
Andrzejek skoczył mamie na szyję i wydawał radosne okrzyki.
W południe poszli razem na Motoarenę. Wchodząc przez bramkę wejściową Andrzejek na chwilę oddalił się od mamy. Podbiegł do pana, którego poznał w Chorwacji.
- Dzień dobry? Pamięta pan mnie z |Chorwacji?
- Pewnie.
- A co Pan robi w Toruniu?
- Przyjechałem z wrocławskimi zawodnikami na zawody. Jestem ich lekarzem.
- Andrzejek odwrócił się i zauważył idącą w jego stronę mamę.
- Mamo, mamo, już wracam.
Maks obejrzał się i zobaczył Alicję.
- Ta pani jest twoją mamą?
Podeszła do syna i oniemiała z wrażenia.
- Maks? Co ty tutaj robisz? Znasz mojego syna?
Maks również miał zdziwioną minę. Podał Alicji rękę i ją ucałował.
- Czasami przyjeżdżam do Torunia z naszymi zawodnikami.
Alicja wpatrywała się w Maksa a on w nią.
Mały nie wiedział co się dzieje.
- Andrzejku, ja znam pana Maksa Kellera. Razem pracowaliśmy, a potem wyjechał. Nasza znajomość się urwała.
- Do Wrocławia wracamy z drużyną jutro, więc około 17-tej zapraszam was na lody.
- Mamo, proszę, proszę, nie odmawiaj.
- Dobrze, umówili się na Starówce w kawiarni, gdzie dawno temu Alicja z Maksem spotykali się na kawie.
- Alicja, dostałem propozycję wyjazdu na stypendium do USA.
- To jedź.
- Jak to jedź, tak po prostu?
- A jak inaczej? Tak po prostu. Z takich propozycji trzeba korzystać.
- A ty? Dasz sobie sama radę?
Spojrzała na niego dziwnym wzrokiem.
- Przecież daję sobie sama radę. No oczywiście dziękuję za pomoc, którą mi wyświadczasz. Ale upewniam cie, że dam sobie radę.
Będziemy w kontakcie internetowo-telefonicznym.
Przygotowania do wyjazdu, załatwiania formalności, w tym wizy trwało około 2 miesięcy.
Przemek ciągle się wahał. Wiedział, że gdyby Alicja powiedziała, aby nie jechał, dla niej by to zrobił.
Razem z Hanką odwiozły go na lotnisko do Warszawy.
Po odlocie samolotu nie wiedząc dlaczego popłynęły jej po policzkach łzy.
- Czemu płaczesz? Za przyjacielem? Zapytała Hanka.
- No tak jakoś mi się zebrało na płacz.
Alicja chyba zrozumiała, że w jakiś tam sposób kocha Przemka. Niestety, nigdy tego uczucia nie okazywała. Raczej starała się być nie tylko powściągliwa, ale wręcz oschła. Bała się pokazywać jakiekolwiek uczucie kolejnemu mężczyźnie. Ciągle była przeświadczona, że wisi nad nią fatum.
Popatrzyły na odlatujący samolot.
Wracając samochodem do Torunia odebrała MS-a. Nadany był przed startem samolotu.
- Kocham cie i zawsze kochałem. Byłem zazdrosny o Andrzeja, ale nic nie zrobiłem, aby coś w moim i twoim życiu zmienić.
Będę za tobą i Andrzejkiem bardzo tęsknił. W podpisie Przemek.
Alicja czytała wiadomość raz, potem drugi i kolejny.
Zatrzymały się przy pierwszej stacji benzynowej.
- Hanka, muszę odpocząć i ochłonąć. Chodźmy na kawę.
Kilka razy jeszcze czytała ten sms.
- Mogę poprowadzić auto, jeśli jesteś zmęczona.
- Nie, spokojnie, wypije kawę i pojedziemy dalej.
W dalszej drodze niewiele rozmawiały.
W Toruniu zawiozła Hankę do mieszkania Przemka. Sama wróciła do domu Leona, aby zabrać Andrzejka.
Mały już spał.
- Wiesz, płakał, jak dowiedział się, że Przemek wyjeżdża na tak długo.
Powiedział, że nie ma taty i nie ma wujka.
- Ale ma przecież dziadków i mnie.
- Ma, ale dla dzieciaka ojciec jest bardzo ważny.
Noc przespała u Leona. Jutro jest niedziela więc nie ma dyżuru w szpitalu. Będzie miała czas na spędzenie go z synem.
Rano, po śniadaniu Andrzejek ze smutkiem powiedział mamie, że są zawody motokrosowe.
- Super, to pójdziemy razem.
- Ty i Ja? Upewniał się mały.
- No, przecież ja czasami tam bywam, jak mam dyżury stadionowe jako lekarz.
Andrzejek skoczył mamie na szyję i wydawał radosne okrzyki.
W południe poszli razem na Motoarenę. Wchodząc przez bramkę wejściową Andrzejek na chwilę oddalił się od mamy. Podbiegł do pana, którego poznał w Chorwacji.
- Dzień dobry? Pamięta pan mnie z |Chorwacji?
- Pewnie.
- A co Pan robi w Toruniu?
- Przyjechałem z wrocławskimi zawodnikami na zawody. Jestem ich lekarzem.
- Andrzejek odwrócił się i zauważył idącą w jego stronę mamę.
- Mamo, mamo, już wracam.
Maks obejrzał się i zobaczył Alicję.
- Ta pani jest twoją mamą?
Podeszła do syna i oniemiała z wrażenia.
- Maks? Co ty tutaj robisz? Znasz mojego syna?
Maks również miał zdziwioną minę. Podał Alicji rękę i ją ucałował.
- Czasami przyjeżdżam do Torunia z naszymi zawodnikami.
Alicja wpatrywała się w Maksa a on w nią.
Mały nie wiedział co się dzieje.
- Andrzejku, ja znam pana Maksa Kellera. Razem pracowaliśmy, a potem wyjechał. Nasza znajomość się urwała.
- Do Wrocławia wracamy z drużyną jutro, więc około 17-tej zapraszam was na lody.
- Mamo, proszę, proszę, nie odmawiaj.
- Dobrze, umówili się na Starówce w kawiarni, gdzie dawno temu Alicja z Maksem spotykali się na kawie.
sobota, 13 grudnia 2014
Co ja mam teraz zrobić? cz. 29
Alicja wielokrotnie myślała co ma teraz zrobić ze sobą, ze swoim życiem.
Kiedyś zakochana do szaleństwa w Maksie nie wyobrażała sobie bez niego życia.
Potem wielka miłość do Andrzeja, czego owocem jest mały Andrzejek. Miłość przerwana tragedią i utratą na zawsze kochanego mężczyzny.
Koleżanki, czasami w przypływie dobroci namawiały ją na złączenie się z Przemkiem.
Lubiła go, szanowała, ale bała się. Była przekonana, że nad nią zawisło jakieś fatum.
Siostra Przemka skończyła stomatologię. Była wdzięczna Alicji, że namówiła ją na wybranie właśnie takiego kierunku studiów. Rodzice Andrzeja często kontaktowali się ze swoim wnukiem. Zabierali go czasami do siebie. Wyjeżdżali z nim na wczasy.
Kiedyś na plaży w Chorwacji 8-letni Andrzejek usłyszał polską mowę i dołączył się do grupy dzieci
grających w piłkę. Początkowo tylko słuchał i obserwował.
- Graj z nimi, właśnie zabrakło dzieciakom jednego zawodnika.
- A mogę?
- Pewnie. Tylko najpierw powiedz swoim rodzicom, że będziesz grał w piłkę.
- Jestem z babcią i dziadkiem. Pobiegnę im powiedzieć i zaraz wrócę.
- Babciu, będę tam z chłopcami grał w piłkę. To są Polacy.
W czasie meczu poznał imiona chłopców. Po meczu rozmawiał z panem, który go zachęcił by przyłączył się do wspólnej gry.
- Skąd jesteś?
- Z Torunia.
Mężczyźnie błysnęły oczy.
- Znam Toruń. Kiedyś tam mieszkałem i pracowałem.
- Co pan robił?
- Jestem lekarzem chirurgiem, leczyłem ludzi.
- O, to tak samo jak moja mama. Jest lekarzem i robi ludziom operacje.
- W jakim szpitalu?
Rezolutny Andrzejek odpowiedział, że w najlepszym toruńskim Copernikusie.
- Wie pan, moja mama jest najlepszym chirurgiem w Toruniu, tak pisali o niej w gazetach.
- Kobiety są super chirurgami. Znałem taką jedną panią chirurg, miała na imię Alicja. Była naprawdę najlepszym lekarzem w szpitalu.
- To miała na imię tak samo, jak moja mama. Pewnie wszystkie Alicje pochodzą z krainy czarów i dlatego są najlepsze.
- Pewnie tak, odpowiedział smutnym głosem.
Pożegnali się i umówili na najbliższy dzień.
- Jutro dzieciaki z naszego pensjonatu też będą grali w piłkę, tu na plaży. Jak chcesz, to przyjdź jutro po południu i przyłącz się do nas.
- Pewnie, poproszę dziadków, by pozwolili mi też grać w piłkę, jak dzisiaj.
Andrzejek opowiedział dziadkom o rozmowie z panem, który zachęcił go do przyłączenia do wspólnej zabawy na plaży. Poprosił również, aby jutro mógł przyjść i pobawić się z chłopcami.
Babcia odpowiedziała, że rano wyjadą na wycieczkę, a jak wrócą, to oczywiście przyjdą nad morze.
Przez kilka kolejnych dni Andrzejek bawił się z poznanymi chłopcami.
Dzień przed odjazdem rodzice dzieciaków zaprosili go razem z dziadkami na wieczorne, pożegnalne spotkanie przy ognisku.
Wieczór był niezwykle miły. Dzieci, jak również dorośli śpiewali polskie piosenki.
Na pożegnanie wymienili swoje adresy e-mailowe.
- Pozdrów swoją mamę od Maksa Kellera, lekarza, który kiedyś też pracował w Toruniu.
- Oczywiście, powiem, że poznałem Pana i pozdrowię.
Po powrocie do Torunia Andrzejek opowiadał mamie, jakie miał fajne wczasy. Jak poznał polskich kolegów i jak zawsze się ze sobą bawili.
Po kilku dniach, przy obiedzie przypomniało mu się, że miał pozdrowić mamę od wujka Bartka.
- Mamo, pozdrawia cię pan Maks Keller.
- Kto?
- No wujek Bartka, Maks Keller.
- Jakiego Bartka? Znam go?
- Bartek, to kolega, którego poznałem w Chorwacji.
On jest Polakiem i mieszka we Wrocławiu.
-AAAAAAAAAAAA. Teraz rozumiem.
- Dziękuję.
Alicja nie dopytywała Andrzejka o pana Maksa, ani też o Bartka. Znała swojego syna i wiedziała, że jeśli coś będzie chciał jej powiedzieć na temat pana Kellera, to zrobi to w swoim czasie.
Niestety, Andrzejek niewiele mówił o dorosłych poznanych w Chorwacji, natomiast o swoich kolegach tam poznanych praktycznie jazgotał bez przerwy.
Kiedyś zakochana do szaleństwa w Maksie nie wyobrażała sobie bez niego życia.
Potem wielka miłość do Andrzeja, czego owocem jest mały Andrzejek. Miłość przerwana tragedią i utratą na zawsze kochanego mężczyzny.
Koleżanki, czasami w przypływie dobroci namawiały ją na złączenie się z Przemkiem.
Lubiła go, szanowała, ale bała się. Była przekonana, że nad nią zawisło jakieś fatum.
Siostra Przemka skończyła stomatologię. Była wdzięczna Alicji, że namówiła ją na wybranie właśnie takiego kierunku studiów. Rodzice Andrzeja często kontaktowali się ze swoim wnukiem. Zabierali go czasami do siebie. Wyjeżdżali z nim na wczasy.
Kiedyś na plaży w Chorwacji 8-letni Andrzejek usłyszał polską mowę i dołączył się do grupy dzieci
grających w piłkę. Początkowo tylko słuchał i obserwował.
- Graj z nimi, właśnie zabrakło dzieciakom jednego zawodnika.
- A mogę?
- Pewnie. Tylko najpierw powiedz swoim rodzicom, że będziesz grał w piłkę.
- Jestem z babcią i dziadkiem. Pobiegnę im powiedzieć i zaraz wrócę.
- Babciu, będę tam z chłopcami grał w piłkę. To są Polacy.
W czasie meczu poznał imiona chłopców. Po meczu rozmawiał z panem, który go zachęcił by przyłączył się do wspólnej gry.
- Skąd jesteś?
- Z Torunia.
Mężczyźnie błysnęły oczy.
- Znam Toruń. Kiedyś tam mieszkałem i pracowałem.
- Co pan robił?
- Jestem lekarzem chirurgiem, leczyłem ludzi.
- O, to tak samo jak moja mama. Jest lekarzem i robi ludziom operacje.
- W jakim szpitalu?
Rezolutny Andrzejek odpowiedział, że w najlepszym toruńskim Copernikusie.
- Wie pan, moja mama jest najlepszym chirurgiem w Toruniu, tak pisali o niej w gazetach.
- Kobiety są super chirurgami. Znałem taką jedną panią chirurg, miała na imię Alicja. Była naprawdę najlepszym lekarzem w szpitalu.
- To miała na imię tak samo, jak moja mama. Pewnie wszystkie Alicje pochodzą z krainy czarów i dlatego są najlepsze.
- Pewnie tak, odpowiedział smutnym głosem.
Pożegnali się i umówili na najbliższy dzień.
- Jutro dzieciaki z naszego pensjonatu też będą grali w piłkę, tu na plaży. Jak chcesz, to przyjdź jutro po południu i przyłącz się do nas.
- Pewnie, poproszę dziadków, by pozwolili mi też grać w piłkę, jak dzisiaj.
Andrzejek opowiedział dziadkom o rozmowie z panem, który zachęcił go do przyłączenia do wspólnej zabawy na plaży. Poprosił również, aby jutro mógł przyjść i pobawić się z chłopcami.
Babcia odpowiedziała, że rano wyjadą na wycieczkę, a jak wrócą, to oczywiście przyjdą nad morze.
Przez kilka kolejnych dni Andrzejek bawił się z poznanymi chłopcami.
Dzień przed odjazdem rodzice dzieciaków zaprosili go razem z dziadkami na wieczorne, pożegnalne spotkanie przy ognisku.
Wieczór był niezwykle miły. Dzieci, jak również dorośli śpiewali polskie piosenki.
Na pożegnanie wymienili swoje adresy e-mailowe.
- Pozdrów swoją mamę od Maksa Kellera, lekarza, który kiedyś też pracował w Toruniu.
- Oczywiście, powiem, że poznałem Pana i pozdrowię.
Po powrocie do Torunia Andrzejek opowiadał mamie, jakie miał fajne wczasy. Jak poznał polskich kolegów i jak zawsze się ze sobą bawili.
Po kilku dniach, przy obiedzie przypomniało mu się, że miał pozdrowić mamę od wujka Bartka.
- Mamo, pozdrawia cię pan Maks Keller.
- Kto?
- No wujek Bartka, Maks Keller.
- Jakiego Bartka? Znam go?
- Bartek, to kolega, którego poznałem w Chorwacji.
On jest Polakiem i mieszka we Wrocławiu.
-AAAAAAAAAAAA. Teraz rozumiem.
- Dziękuję.
Alicja nie dopytywała Andrzejka o pana Maksa, ani też o Bartka. Znała swojego syna i wiedziała, że jeśli coś będzie chciał jej powiedzieć na temat pana Kellera, to zrobi to w swoim czasie.
Niestety, Andrzejek niewiele mówił o dorosłych poznanych w Chorwacji, natomiast o swoich kolegach tam poznanych praktycznie jazgotał bez przerwy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)