niedziela, 26 kwietnia 2015

Co ja mam teraz zrobić. cz. 42

Andrzej wyjechał na studia do Warszawy. W domu zrobiło się pusto. Alicja bardzo tęskniła, Bez przerwy do niego wydzwaniała pytając co i jak, czy czegoś  nie potrzebuje. Zawsze słyszała odpowiedź, że niczego nie chce, poza tym za wszystko dziękuje co otrzymuje od swoich rodziców. Całą rentę po ojcu miał do swojej dyspozycji. Umiał oszczędzać. Mama jednak oprócz pieniędzy przesyłała  mu zawsze jedzenie.
Andrzej wpadał do domu jeden raz w miesiącu i to tylko na jeden dzień. Maks i Leon często wyjeżdżali do Warszawy na różnego rodzaju sympozja. Alicja wolała siedzieć na miejscu. Nie chciała, aby przynosić synowi tak zwanego obciachu. W młodzieżowych kręgach nie jest dobrze widziane jak mama odwiedza syna na studiach, w akademiku czy na stancjach.
Spotkanie z ojcem, czy dziadkiem to oczywiście co innego. Pójście z nimi do restauracji na obiad czy na kolację nawet czasami jest do pozazdroszczenia.
    Andrzej po zakończeniu roku akademickiego wyjechał  na wakacje do dziadków do Szwajcarii. Kellerowie nie mając swoich biologicznych wnuków bardzo kochali Andrzeja, on ich. Pobyt w Szwajcarii nakręcał go pozytywnie. Maks oczywiście wpadł w lipcu niby przejazdem do swoich rodziców. Andrzeja bardzo to ucieszyło. Na jednym ze spotkań towarzyskich organizowanych z pompą przez Krystynę poznał dziewczynę, która miała matkę  Polkę, ojca zaś Szwajcara, znanego profesora  nefrologii. Maksowi bardzo podobała się Kaludia. Andrzej po młodzieńczych przejściach z Aśką nie chciał się angażować  uczuciowo. Traktował Klaudię jak zwykłą znajomą. Został zaproszony przez jej rodziców w góry, ale odmówił. Wykręcił się, że musi wracać do Polski.
Alicję to bardzo ucieszyło, że wreszcie będzie miała chociaż przez miesiąc swojego synka w domu.
- Mamusiu. Mogłabyś  mi załatwić w szpitalu jakąś pracę?
- Nie musisz pracować.
- Wiem, ale chcę.
Widząc niechęć ze strony matki, następnego dnia udał  się do dyrektorki szpitala. Przecież była znajomą jego rodziców i dziadka.
Na widok chłopaka bardzo się ucieszyła.
- Andrzej, co cię sprowadza do mnie.
- Chciałbym popracować.
Dyrektorka wcale nie była tym zdziwiona. Wielu młodych ludzi szuka w wakacje pracy.
- Mam pracę dla ciebie.  Potrzebna jest mi osoba tzw. sekretarka-goniec, która będzie zanosiła i przynosiła materiały do badań laboratoryjnych, papiery na różne oddziały i tam takie różne prace fizyczno-biurowe. Jeden raz w tygodniu będziesz musiał być też portierem albo pomocą na SOR.
Andrzej przystał na warunki pracy. Pieniądze z tej pracy nie były wielkie, ale  zarobione samodzielnie.
Niektórzy pracownicy dziwili się, że syn Alicji pracuje. Nawet cichaczem plotkowali, dlaczego to robi, skoro rodzice są dosyć dobrze sytuowani.
W ciągu dwóch miesięcy poznał wielu lekarzy i pielęgniarki. Praca bardzo mu się podobała. Maks czasami wieczorami rozmawiał z Alicją, że może ta praca zmieni jego zainteresowania i zrezygnuje ze swoich studiów i rozpocznie studia  na medycynie.
Niestety, tak się nie stało. Andrzej wrócił do Warszawy i dalej studiował lotnictwo. To go bardzo pasjonowało. Święta Bożego Narodzenia były bardzo uroczyste.  Oprócz narodzenia Jezusa świętowano  uzyskanie przez Alicję tytułu profesora nauk medycznych , natomiast Maks habilitował się. Kellerowie byli zauroczeni swoją synową. Gustaw Keller sam będąc profesorem powiedział ze smutkiem, że on ten tytuł uzyskał wówczas kiedy miał grubo po pięćdziesiątce.
- No cóż, kobiety wszystko robią w biegu, bo nie mają czasu na lenistwo. Odpowiedział Maks zauroczony swoją żoną.
Leon  uwielbiał Alicję za jej mądrość. Kochał niezmiernie swojego wnuka i zawsze ubolewał nad tym, że Alicja ma tylko jedno dziecko. Dwóch mężów i jedno dziecko- powtarzał  często.  To nie jest sprawiedliwe.
- A ty ile masz dzieci?
- No.... Ja miałem w życiu dwie kobiety i dwie córki.
- Masz dwie córki a z dwiema kobietami to ci jakoś  nie wyszło. Odpowiedziała Alicja i zmieniła temat rozmowy.
Kolejne lata mijały na oddziale oraz w salach wykładowych na uczelni.
Andrzej został pilotem. Jako bardzo dobry student po zdaniu licencji pilota otrzymał pracę w LOT.
Uwielbiał swoją pracę. Alicja każdy jego wylot przeżywała, nie mogła się przyzwyczaić, że jej jedyny, ukochany syn woli "bujać w obłokach" niż pracować na ziemi.
Andrzej ożenił się późno, dopiero w wieku 40 lat. Żonę swoja poznał w szpitalu, gdy odwiedził rodziców. Młodsza od niego o pięć lat lekarka bardzo przypadła mu do gustu. Coraz częściej zaglądał przez to do Torunia, co bardzo cieszyło Alicję i Maksa.
Ślub odbył się w tym samym kościele co  ślub Alicji i Maksa.
Andrzej obdarował  swoich rodziców wnukami i to aż czterema. Dwa razy urodziły się bliźniaki. Pierwszy raz dziewczynki, drugi raz chłopcy. Alicja i Maks szaleli z radości. Po przejściu na emeryturę  Alicja pomagała wychowywać  wnuki oraz dorywczo pracowała na uczelni. Po śmierci Kellerów w Szwajcarii cały majątek został zapisany na Maksa, ten natomiast przepisał  go dla  Andrzeja.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Co ja mam teraz robić..cz.41

Operacje, operacje i operacje. Każdego dnia praca na oddziale, w przychodni. Potem biblioteka, studenci. Życie rodzinne cierpiało,  pracy przybywało.
W liceum Andrzej miał już sprecyzowany wybór zawodu.
-  Będę pilotem, oświadczył kiedyś mamie.  Jeśli nie to będę naprowadzał samoloty na lotnisko.
   O tak, to jest bezpieczniejsze.
Ani Maks, ani Alicja nie wpływali na jego  wybór. Pewnie chcieliby, aby tak jak oni został lekarzem. Wiedzieli, że to bardzo ciężka praca, ale daje ogromną satysfakcję, gdy lekarz widzi, jak pacjent dochodzi do zdrowia. Jak nie dochodzi do zdrowia wpływa mniej pozytywnie na samopoczucie lekarza.
W trzeciej klasie liceum Andrzej zwierzył się Maksowi, że ma dziewczynę. Wcześniej były to koleżanki, teraz zaczął myśleć poważnie o tej jednej, jedynej.
- Fajnie, ale pamiętaj, najpierw nauka, potem miłość. Dziewczyny lubią mądrych facetów.
Andrzej właśnie miał inne zdanie o dziewczynach.
- Wiesz,  dziewczyny lubią wypchany portfel faceta, dobry samochód.
- Takie jest życie. Dziewczyny myślą perspektywicznie. Zasobny portfel gwarantuje lepszy start w dorosłe życie i lepszy byt.
-A ta twoje, ta jedyna?
- Nie wiem, ona pochodzi z bogatego domu, więc chyba jej nie zależy na forsie chłopaka. Od rodziców dostaje wszystko.
Maks  często rozmawiał z Andrzejem na tematy damsko-męskie. Czasami Alicja była zazdrosna, że minęły czasy kiedy mały synek wtulał się w ramiona mamy. Teraz wyższy od Maksa potrafił przegadać z nim kilka godzin. Tylko czasem  rozmawiali i kobietach, dużo dyskutowali na temat polityki, sportu i różnych zawodów.
- Babciu, zagadnął kiedyś Kellerową przez telefon.  Mogę w ferie przyjechać ze swoją dziewczyną do Szwajcarii.
- A co na to mama?
- Myślę, że wyrazi zgodę, jak ty ją wyrazisz.
Babcia odpowiedziała, że ona jest na tak, natomiast jeszcze musi pogadać z dziadkiem Gustawem.
- Mamo. Wiesz babcia robi tyle ceregieli o jeden przyjazd.
- Więc nie musicie tam jechać. Załatwcie sobie jakiś tani hotel.
Na komórkę Andrzeja przyszedł sms.
- Aśka w szpitalu.
- Mamo, tato. Mama Asi  nadała sms, że zabrali ją   do szpitala.
Maks słysząc rozmowę  Andrzeja z Alicją zatelefonował do Copernikusa.
- Tak panie doktorze. Przyjęliśmy pacjentkę  o takim nazwisku.
- Mamo, błagam, jedź ze mną.
Alicja wyprowadziła samochód z garażu i pojechała z synem do szpitala. Lekarz dyżurny SOR przedstawił wstępną  diagnozę.
- Młody, idź do dziewczyny. Powiedziała Sylwia.
Alicja spojrzała na pierwsze wyniki. Nie były ciekawe. 
- Jeszcze zrobimy tomograf, aby upewnić się, co dalej robić.
Aśka leżała bez ruchu. Patrzyła w sufit i co jakiś czas mówiła, że boli ją brzuch.
Po około godzinie Andrzej z mamą wrócili do domu.
Chłopak nie miał chęci do niczego. Nie jadł kolacji, nie odrabiał lekcji.
Następnego dnia nie chciał iść do szkoły, ale matka go przekonała, że to będzie dla niego najlepsze wyjście.
- Będę w pracy, więc dopilnuję tam twojej Aśki.
To przekonało go.
Po szkole pobiegł do szpitala, ale rodzice dziewczyny nie chcieli go do niej wpuścić.
Pobiegł  do dziadka, ale ten nie chciał mu nic powiedzieć.
Zdruzgotany wrócił do domu. Zabrał się za czytanie książki, niestety  litery przeskakiwały mu w oczach. Nie mógł się skupić.
Około 18-tej z pracy wrócił  Maks.
- No co tam młody? Narozrabialiście trochę?
- My? To znaczy co?
- No, Aśka miała zabieg ginekologiczny?
- Chyba nie poroniła, bo nie była w ciąży. Przecież ze sobą nie uprawialiśmy seksu.
- Ja nic nie wiem co było, zresztą to jest tajemnica lekarska. Jak dojdzie do siebie, to ci sama powie.
- Pewnie tak.
Kolejnego dnia znowu rodzice Aśki nie chcieli go wpuścić na salę, gdzie leżała ich córka. Następnego dnia również. Ona nie odbierała od niego telefonów. Przestał więc tam chodzić. Ani od mamy, ani od Maksa niczego się nie dowiedział. Próbował dopytać dziadka Leona, lecz ten również zasłaniał się tajemnica lekarską.
Minęło kilka dni. Andrzej dowiedział się, że Aśka wyszła ze szpitala. Do szkoły już nie wróciła. Dowiedział się od koleżanki z równoległej klasy, że rodzice wywieźli ją do innego miasta, gdzie będzie kończyła ogólniak.
    Andrzej zdał maturę i dostał się na wymarzoną  uczelnię do Warszawy. Na wakacje wyjechał  do Szwajcarii. Z dziadkiem Gustawem miał niezły kontakt. Rozmawiał z nim na różne tematy. Opowiedział mu o dziewczynie z którą chodził,  a potem po operacji zniknęła z jego życia, ze szkoły, z miasta.
- Wiesz chłopcze, odpowiedział dziadek.  Jak mi powiesz, jak ona się nazywała, to ja  dopytam się u źródeł, kto, co, po co   jak?
- Mama, tata i dziadek Leon nic nie powiedzą.
- Mam inne sposoby. Tylko cierpliwości, cierpliwości chłopcze.
Nie wiadomo jakimi kanałami dziadek Gustaw dowiedział się na co miała operację Aśka.
- Och, narozrabialiście i były tego skutki.
- Kto narozrabiał, jakie skutki?
- No, twoja  dziewczyna miała ciążę pozamaciczną.
-Co? Jaką ciążę? Przecież ze sobą nigdy nie uprawialiśmy seksu.
  Mówiła, że jeśli ją kocham, to powinienem czekać  do ślubu. No tak, to teraz wiem, dlaczego jej starzy nie chcieli mnie do niej wpuścić i nie pozwolili mi  się z nią  widzieć.
Cisnął poduszką, którą miał pod ręką. A to dziwka.
- Andrzej. Upomniała go babcia.
- Tak się o kobietach nie mówi.
- Przepraszam. Ale ze mną  chodziła a z innymi uprawiała sex?
Gustaw podzielił się rozmową ze swoim synem, a ten ze swoją żoną.
Alicja nie komentowała, Maks tym bardziej.
     Wyjeżdżając w październiku na studia do Warszawy obiecał mamie, że od panienek będzie trzymał się z daleka.
- A jeśli chodzi o Aśkę, to lepiej, że tak się stało. Nawet nie mogłaby mnie naciągnąć na ojcostwo, bo ze sobą nie sypialiśmy. Nie wierzę kobietom.
- Nie wszystkie są jednakowe. Zobacz na swoją mamę. Kazała mi na siebie tyle lat czekać. I czekałem, do skutku.
- Synku, w tej bajce jest tylko trochę prawdy. To nie tak jak mówi Maks, ale jak w to sam wierzy to niech tak będzie. Najważniejsze, że teraz od lat jesteśmy szczęśliwą rodziną.



niedziela, 29 marca 2015

Co ja mam teraz zrobić? cz. 40

Alicja  wróciła do domu. Mały jak przyszedł ze szkoły był cały w szczęściu.
- Moja kochana mama. Już teraz będziemy zawsze razem.
Maks patrzył na Alicję i jej synka. Pomyślał, że gdyby nie był taki głupi, pewnie ich syn byłby nieco starszy. Nie rozpamiętywał tego jednak. Pokochał Andrzejka jak swojego własnego syna. Nawet dopatrywał  się podobieństwa.
Po kilku dniach pobytu w domu  Alicja  doszła do siebie. Niestety, o pracy mogła pomarzyć. Żaden lekarz nie dal jej zaświadczenia, że może stanąć za stołem operacyjnym. Dopatrywała się jakiejś zmowy wśród kolegów, ale niestety nawet dyrektor szpitala kazała jej odpoczywać i nabierać sił.
- Aluś, kocham cię.
- Ja też i to bardzo.
- A ja i mamę i wujka kocham najbardziej na  świecie.
Siedząc przy kolacji Andrzej  poważnie zapytał, czy może nie myśleli o ślubie?
- Myślimy, myślimy. Odpowiedział Maks.
- To się spieszcie, bo się zestarzejecie i do ołtarza będziecie szli o balkonikach?
Alicja zapytała syna, u kogo słyszał takie teksty.
- Sam wymyśliłem, nie musiałem słyszeć.
Do świąt Bożego Narodzenia jeszcze kilka miesięcy. Przyrzekam ci syneczku, że jeśli Maks się zgodzi, to pod choinkę zrobimy ci taki prezent.
- Nie mogę się już teraz doczekać.
Wchodząc do domu Leon z Sylwią już w drzwiach się dowiedzieli, żeby szykować się na święta na wesele.
- A kto się żeni?
- No, mama i Maks.
Wszyscy zaczęli się śmiać, a Leon skwitował,  że myślał, że nigdy się tego nie doczeka. Ostatecznie był przygotowany na taką ewentualność, że  zobaczy ich zmierzających do ołtarza jako starców podpierających się na balkonikach.
Alicja spojrzała na Maksa i jednogłośnie powiedzieli.
- Teraz wiemy, kto uczy naszego syna takich głupot.
Maksowi zrobiło się ciepło pod sercem, gdy usłyszał, jak jego ukochana kobieta powiedziała "naszego syna".
Wreszcie nadeszły Święta Bożego Narodzenia i upragniony ślub tych dwoje zakochanych osób.
Starzy Kellerowi zafundowali młodej parze dobry samochód. Andrzej był dumny zarówno ze swojej mamy, jak i wujka Maksa.
W drugi dzień świąt powiedział przy śniadaniu, że nareszcie rodzina cała w komplecie. Rodzice, dziadkowie Kellerowie, dziadek Leon i ciocia Beata z mężem.
     Andrzej przyjaźnił się z wujkiem Maksem. Niejednokrotnie, a nawet coraz częściej mówił do niego tato.
W gimnazjum Andrzej coraz bardziej przybliżał się do Maksa. Razem chodzili na  mecze piłkarskie i żużlowe.
- Tato.
- Tak.
- Chciałbym abyś  poszedł na wywiadówkę.
- Ja? Dlaczego nie mama?
- Mama jest zapracowana, zresztą w szkole narozrabiałem. Nie chcę jej smucić.
W dniu kiedy miała odbyć się wywiadówka Alicja miała konsultacje ze studentami. Dyżur w szpitalu pewnie zamieniłaby z Maksem, ale konsultacji nie mogła przełożyć.
Maks oczywiście z chęcią zadeklarował  się, że  do szkoły pójdzie.
Siedząc w szkolnej ławce ciągle czekał aż nauczycielka coś złego zacznie mówić o Andrzeju. Po zebraniu zapytał się, jak sprawuje się chłopak.
- Oby wszystkie dzieci były takie jak Andrzej. Kulturalny, zadbany i zawsze przygotowany do lekcji.
- Powiedział  mi, że narozrabiał, chciałbym więc wyjaśnić  o co chodzi.
- No właśnie. Widzi Pan. Narozrabiał i w domu przyznał się, inni by tego nie zrobili.
- Więc co zrobił?
- Kolega dał mu na przechowanie papierosy, a on powiedział, że to jego. Wówczas powiedziałam, że będę rozmawiała z rodzicami.
Nauczycielka jednak wytłumaczyła, że wszyscy wiedzą, że bronił kolegę. On nie pali. Co prawda okłamał nauczyciela, ale z przyjaźni do kolegi. Widać, że czuje się winny i to już dla niego wielka kara. Wiadomo, że jak się przyzna, że skłamał, wyda kolegę. Dlatego uznałam jako wychowawczyni, że dalej nie będę rozpatrywać tego incydentu.
- Dziękuję. Porozmawiam z nim. Na razie jest jeszcze na takim etapie, że słucha i podporządkowuje się rodzicom.
Na pożegnanie nauczycielka zapytała, czy może przyjść do Maksa na konsultację lekarską ze swoim już bardzo starym ojcem.
- Proszę bardzo. Jeśli chory nie może przyjść, ja mogę do państwa wpaść.
Zauważył na twarzy nauczycielki zakłopotanie.
- Przyjadę  gratis, tylko proszę powiedzieć kiedy. Jeśli ja nie będę mógł, przyjdzie moja żona.
Zostawił nauczycielce wizytówkę z informacją o jego specjalizacji, jak również możliwości kontaktów.
- O jak Pan ma ładnie na imię. Maks - buntowniczy i niepodległy.
- Wie  pani. Kiedyś taki byłem i wiele przez to straciłem. Teraz nadrabiam wszystko i walczę ze sobą.
Po powrocie do domu Maks uspokoił Andrzeja, że wszystko w porządku i nawet nie trzeba mówić o tym mamie.
Przy kolacji powiedział, że podobno Maks to znaczy buntowniczy i niepodległy.
- To prawda. Odrzekła Alicja.
- To prawda, tylko przez to tak wiele w  życiu straciłem.
- Straciłeś ale odzyskałeś.
- O czym mówicie. Zaczął dopytywać Andrzej.
- Nie synku, o niczym. O błędach młodości, czy młodej dorosłości. Odpowiedział Maks.







czwartek, 12 marca 2015

Co ja mam teraz zrobić? cz. 39

Alicja długo dochodziła do zdrowia. Mały pod opieką Leona i Maksa nie opuszczał więcej zajęć szkolnych. Każdego dnia przychodził odwiedzać mamę do szpitala po lekcjach. Przy jej łóżku odrabiał lekcje.
Kiedyś  na rannym obchodzie postanowiła przyłączyć się do grupy lekarzy i wejść do sali chorych.  Leon poprosił ją na korytarz i kolokwialnie mówiąc "obsobaczył".
- Pani Alicjo. Jest  pani, jak inni pacjentem i proszę nie włączać się do obchodu.
Próbowała coś tłumaczyć, że przecież też jest lekarzem pracującym na tym oddziale i po prostu już jej się nudzi tak leżeć  i leżeć.
- Czy pani zrozumiała co do pani mówię? Chyba nie rozmawiam z jakimś "ułomem" lecz z wykształconą kobietą. Pani miejsce jest w łóżku, jak  każdego innego pacjenta.
Maks próbował stanąć  w jej obronie, ale też usłyszał kilka mocnych słów.
Alicja wycofała się i poszła do swojej sali. Leon przechodząc do kolejnej sali chorych pod nosem mruczał, że i on i ona zachowują się jak dzieci. Pozostali lekarze i pielęgniarki spoglądali tylko po sobie.
- Chyba ordynator dzisiaj ma zły dzień, skoro jest taki niemiły. Powiedziała  Sylwia do Guły.
On to usłyszał i skarcił ich wzrokiem.
Po obchodzie Maks szybko pobiegł do Alicji. Zastał ją przygnębioną.
- Przestań, wszyscy zauważyli, że Leon ma zły dzień. Nie martw się. Jutro chyba wyjdziesz do domu. Dzisiaj jeszcze zrobimy wszystkie potrzebne badania, zdejmiemy szwy. Zaczął ja przytulać i całować dodając otuchy.
- Kolego Maks, pan się chyba zapomina. Pan jest w pracy a nie na randce.
Obydwoje oniemieli. Za ich plecami stał Leon.
- Tato. Chciała powiedzieć coś Alicja, ale on w tym momencie tego sobie nie życzył.
- Tatuś  i dziadziuś jest w domu. Tu jestem ordynatorem oddziału i muszę  dbać  o porządek na oddziale.
- Pa kochanie, jak się obrobię  to wpadnę pogadać.
- Kolego Maks, proszę dodać, że wpadnie pan do swojej kobiety po pracy.
- Tak oczywiście. Alu, wpadnę do ciebie po pracy, no chyba, że wcześniej z lekarzem prowadzącym, by przygotować P A N I Ą do wyjścia do domu. Wychodząc przesłał jej buziaka, ale tak by ordynator tego nie widział.
Maks z Leonem wyszli, Alicja położyła się  i zasnęła.
Po około godzinie dotarło do dyrektora szpitala, że Leon był na porannym obchodzie bardzo niesympatyczny.
- Leoś, czemu opieprzałeś lekarzy?
- Jak im się należało to i opieprzałem. Wszystkich. A tym najbliższym dostało się najbardziej. Każdy musi wiedzieć, gdzie jest ich miejsce.
- Och, jaki jesteś wojowniczy.
- Nie wojowniczy, ale znam swoje obowiązki i na oddziale chirurgii w Copernicusie musi być porządek.
- Tak jest ordynatorze, powiedziała dyrektor szpitala.
   A tak po koleżeńsku to muszę koledze przypomnieć, że nie można stresować pacjentów, ani pracowników, którzy potem wykonują zadania ratujące życie innym.
Leon  popatrzył na swoją panią  dyrektor.  Chciał jej coś powiedzieć, ale przemilczał. Podobno z przełożonymi się nie dyskutuje. Wyznawał zasadę, którą wcielał w życie. Teraz  sam poczuł się nieswojo, pewnie tak samo, jak na rannym obchodzie jego córka i jej partner.
Po pracy wpadł do córki zapytać się o jej stan zdrowia. Odpowiadała lakonicznie, że  może być, oby nie było gorzej. Jeszcze ciągle czuła żal do ojca.
- Aluś, przecież wiesz, że musiałem, żeby inni lekarze nie mówili, że córce ordynatora wszystko wolno. Przepraszam, jeśli zrobiłem to obcesowo.
- Ok. Przeprosiny przyjęte odpowiedziała i przytuliła się do ojca.
W takiej sytuacji zastał  ich Maks, który wszedł do pokoju chorych, a zaraz za nim pani Sabinka i Andrzejek.
- Pax, Pax. Widzę, że pogodziliście się. Bardzo się cieszę -  powiedział Maks.
Andrzejek rzucił się na łóżko do mamy i stęskniony od wczorajszego dnia zaczął się do niej przytulać.
- Mamusiu, podobno jutro już będziesz w domku.
- Tak syneczku, jak wrócisz ze szkoły mama będzi już w domu.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Co ja mam teraz zrobić? cz. 38

Alicja operując trzustkę  u otyłego pacjenta zasłabła.
- Pani doktor, co pani jest,  zapytał  asystent.
- Nic, ale poproście Maksa lub Leona. Nie dam rady do końca.
Alicję przewieziono do izolatki. Czuła się źle, bolał ją brzuch, miała wrażenie, że zaraz dopadną ją torsje.
    Doktor Guła, który był wolny,  natychmiast udał się do izolatki  zbadał pacjentkę.
Alicja była tak obolała, że nie potrafiła rozmawiać z lekarzem. Syczała z bólu .
Natychmiast zlecił zrobienie TK i innych podstawowych badań. Zadzwonił do oddziałowej o przygotowanie sali operacyjnej. Podłączył jej kroplówkę ze środkami znieczulającymi.
Po zakończonych przygotowaniach do  operacji wpadł  do sali Leon, a zaraz potem Maks.
Wszyscy kolejno ją jeszcze raz badali, oglądali rtg i badania TK, które robione były na Cito.
- Cholera, to przecież wyrostek się  rozlał.
Natychmiast przewieziono Alicje na salę operacyjną. Maks i Leon patrzyli na działania lekarzy z  galerii. Wyznawali zasadę, że najbliżsi a tym bardziej  spokrewnieni nie operują.
Operacja nie była łatwa. Trzeba było wszystko zrobić, aby nie doprowadzić do zapalenia otrzewnej.
W tej zawierusze wszyscy zapomnieli o Andrzeju.
- Andrzej, co ty tutaj robisz? Zapytała dyrektor szpitala chłopca siedzącego na holu w szpitalu.
- Nikogo nie ma w domu, nie wiem co się dzieje, gdzie mama, nie ma babci Sabinki ani dziadka Leona. Nie mogę dodzwonić się do wujka Maksa.
- Chodź.
Wzięła chłopca za rękę i zaprowadziła do szpitalnianego bufetu. Kupiła mu obiad i poprosiła właścicielkę,  aby zwróciła na chłopca uwagę.
Dyrektor musiała rozeznać się,  co dzieje z mamą i dziadkiem chłopca.. Dopiero co weszła do szpitala i jeszcze nic nie wiedziała, że jej lekarka  jest na stole operacyjnym.
     Z bloku operacyjnego  Alicję przewieziono na OIOM, ponieważ miała problemy z oddychaniem.
Maks został przy niej a Leon kierował się w stronę  gabinetu dyrektorki. Spotkali się na korytarzu.
- Co jest z wami? Wasz grafik przestał  działać? Mały jest w bufecie i szuka "opiekuna".
W tym momencie Leonowi przypomniało się, że to on miał po szkole zająć się chłopcem.
- Cholera jasna.
Opowiedział pokrótce dyrektorce, co się wydarzyło i szybko zbiegł  do bufetu. Uregulował należności za napój i sałatkę  owocową, którą dodatkowo zamówił Andrzej.
- Wnusiu, jak to się stało, że dotarłeś do szpitala.
- No wiesz, przywiózł mnie tata tej dziewczynki, co mnie kiedyś uderzyła. Powiedziałem mu, że mama jest w pracy i dziadek też i wujek też.
Dziadku, nie musisz mnie pytać , czy mu podziękowałem, bo to zrobiłem.
Przytulił chłopca do siebie.
- Pewnie, jesteś dobrze wychowanym dzieckiem.
Leon opowiedział mu, że mama jest po operacji, ale jeszcze nie można jej odwiedzać. Dzisiaj zabierze go do siebie, bo Maks będzie miał  24-godzinny dyżur.
     Następnego dnia chłopiec poprosił dziadka aby nie wysyłał go do szkoły, tylko zawiózł do mamy.
- Martwię się o nią. W szkole może będę obecny, ale nie będę myślał. Bo teraz jedyne myśli są przy mamie.
Dziadek początkowo nie chciał o tym słyszeć, ale skonsultował to  telefonicznie  z Maksem.
- Alicję przewieziemy za chwilę na chirurgię, czuje się lepiej. Może  Andrzej przyjechać do mamy, ona tego chce.
Widząc mamę leżącą na łóżku powstrzymywał płacz. Niewiele mógł powiedzieć, trzęsła mu się broda.
Wtulił się do niej i szeptał.
- Kocham cię, będę tu z tobą przez cały dzień.
Nie odpowiadała. Głaskała go po głowie i płakała.
Wieczorem Maks zabrał Andrzeja  do domu. Pani Sabinka przygotowała kolację, ale ani jeden ani drugi nie miał apetytu.
- Wujek. Lekarze też chorują?
- Są  takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni.
- A ja myślałem, że chirurg nigdy nie jest operowany a dentysta ma wszystkie swoje zęby.
Maks jednak wmusił w chłopca jedną kanapkę. Przypilnował  żeby umył zęby i się wykąpał. Gdy mały poszedł spać,   długo rozmawiał z lekarzem dyżurnym w sprawie samopoczucia jego kobiety.
A gdy sam wtulił się do poduszki ,zasypiając  szeptał.. Choć zmarnowałem tyle  lat, to jednak warto było czekać i teraz mieć swoją Alicję  i wspaniałego chłopaka, przyszywanego synka.





wtorek, 17 lutego 2015

Co ja mam teraz zrobić? cz. 37

Alicja została powiadomiona przez nauczycielkę  o wypadku jej syna.  Skontaktowała się z bazą pogotowia ratunkowego, która przekierowała jadącą karetkę do szpitala , w której pracowała.
Natychmiast zbiegła na  SOR. Zdążyła przed przyjazdem karetki.
Dyżurnym lekarzem na SOR-ze był Maks. Bardzo zdziwił się, gdy zobaczył wbiegającą jak rakieta Alicję.
- Co się stało, nie dzwoniliśmy na chirurgię po pomoc lekarską.
- Wiozą Andrzejka z urazem głowy.
Alicja zaczęła płakać i wtuliła się w ramiona Maksa.
- Jego ojciec też miał uraz głowy i przez to zmarł.
Pod szpital wjechała karetka. Maks z Alicją biegli  by przejąć małego pacjenta.
- Mamusiu, tylko trochę boli mnie głowa.
- Spokojnie odpowiedział Maks. Zrobimy wszystkie badania i zobaczymy z czym mamy do czynienia.
Zlecił wszystkie potrzebne badania, przede wszystkim TK.
- Gdzie jest Alicja, zapytał Leon.
- Pobiegła na SOR, bo jej syn uległ wypadkowi odpowiedziała siostra przełożona.
Leon nic wcześniej nie wiedząc, odwrócił się na pięcie i szybko schodami pobiegł zobaczyć co z małym.
Rana okazała się niezbyt duża.  Maks założył mu kilka szwów. Wszystkie badania były w normie. Stwierdzono lekkie wstrząśnięcie mózgu, więc Maks skierował dziecko na oddział chirurgii dziecięcej.
Po  kilku godzinach mały zasnął. Dziadek na przemian z Alicją siedzieli przy jego łóżku.
Po dwóch dniach pobytu w szpitalu wypisano chłopca do domu.
     Kiedyś siedząc razem z Maksem przy komputerze zapytał go, czy nie byłoby dla niego lepiej wprowadzić się do ich domu.
- Wychodzisz od nas tak późno. Nie boisz się chodzić po nocy?
- Trochę się boję. Najbardziej przed moim blokiem, tam zawsze jest pełno hałaśliwej młodzieży.
- To zamieszkaj z nami. Chciałbyś?
Maks popatrzył na Andrzejka i cicho mu szepnął.
- Ja bym chciał, ale to musi zaproponować mi twoja mama. Sam ot tak sobie nie mogę tu zostać na stałe.
- Spoko, masz to załatwione. Wpłynę na nią. Z rycerską dumą odpowiedział Andrzej.
Myślał może dwa, a może trzy dni jak zagadać mamę w tym trudnym temacie.
- Mamo, mam fajną propozycję.
- A jaką?
- No właśnie taką, aby wujek Maks zamieszkał razem z nami. Będzie nam raźniej, nie będzie musiał  przychodzić na noc dziadek jak będziesz pracowała w nocy. Wiesz przecież, że babcia Sabinka jest już coraz starsza.
Alicja zamyśliła się. Nie wiedziała co ma odpowiedzieć synkowi.
- Ok. To powiem wujkowi, żeby powoli się do nas sprowadzał. Przecież nie musi wszystkiego przewozić w jeden dzień.
Alicja uśmiechnęła się.
- Jesteś sprytnym chłopakiem, ale.
- Nie ma żadnego ale, już będąc w toalecie  nadałem mu SMS-a.
     Maks bardzo był zadowolony z obrotu sprawy. Wiedział, że być może kiedyś to nastąpi, ale wypadek Andrzejka przyspieszył sprawę.
Maks zajął gabinet, w  którym nikt nie urzędował. Tu przewiózł swoje książki i różne ciekawe rzeczy. W układaniu w szafie ubrań pomógł mu Andrzejek.
Przy kolacji wszyscy byli bardzo rozmowni.
- No tak.
Andrzej wstał od stołu.
- Nareszcie cała rodzina w komplecie. Idę więc spać.
Pożegnał się z mamą oraz z  Maksem i poszedł do swojego pokoju.
    Po zwolnieniu lekarskim Andrzej wrócił do szkoły. Omijał szerokim łukiem krewką koleżankę, pomimo, że już wcześniej go przeprosiła i nawet przyniosła do szpitala słodycze.
     Alicja zdecydowała się jechać z Maksem do Szwajcarii. Dziadek Leon namówił Andrzeja, żeby ich zostawił w spokoju i na ten czas zamieszkał u niego.
- To ile dni ich nie będzie?
- Sześć albo siedem, najwięcej dziesięć.
-Sporo, ale dam bez nich radę. Przecież jestem już sporym facetem.
W czasie pobytu mamy w Szwajcarii, codziennie z nią się komunikował telefonicznie. Pytał o Maksa, a jeśli gdzieś był blisko Alicji, również z nim rozmawiał.
- Tęsknię za wami, już wracajcie.



piątek, 6 lutego 2015

Co ja mam teraz zrobić? cz.36

- Tato, co ja mam teraz z robić? Zapytała Alicja Leona.
- Rutynowe badania, a jak kwalifikuje się na operację, to operujemy.
- Nie o to mi chodzi.
Alicja zaczęła się  śmiać. Chodzi mi o Maksa.
- A. O Maksa. To chyba ty wiesz najlepiej. Facet kocha ciebie, twoje dziecko. Nie widzi  poza nim świata, więc nie musisz czekać na podpowiedzi. Musisz zrobić to coś, co ci dyktuje serce.
Do pokoju lekarskiego wszedł Maks. Chciał się początkowo wycofać widząc rozmawiających, ale Leon go zawołał.
- Wiesz? Alicja ma problem.
-  Oj tato.
- Ma problem z tym pacjentem spod ósemki. Ja nie mam siły  dzisiaj kolejny raz stanąć przy stole operacyjnym. Zastąp mnie.
- Oczywiście. Nie mam nic innego do roboty. Papiery uzupełnię później.
Alicja miała wrażenie że uchodzi z niej powietrze. Była przekonana, że Leon będzie  paplał coś  na temat ich związku.
Sylwia na sali operacyjnej patrzyła na nich z podziwem. W powietrzu widać było, że miedzy nimi iskrzy, lecz stoicki spokój nadawał rytm pracy. Praktycznie operowali bez słowa, każdy wiedział co do niego należy. Uzupełniali się. Czasami ich zakrwawione chirurgiczne rękawice spotykały się nieznacznie o siebie muskając. Także czy od czasu do czasu przenikały w głąb duszy partnera.
      To kiedy zapraszacie? Zapytała jak zawsze wesoła Sylwia?
- Gdzie?
- No nie wiem gdzie.
Albo rzeczywiście nie zrozumieli, w co bardzo wątpiła  instrumentariuszka, albo nie chcieli rozwijać rozmowy.
- Ok. Milczymy, milczymy. Milczymy  i iskrzymy. Milczymy i wszystkich frustrujemy. Milczymy i udajemy. Milczymy i całe otoczenie wkurzamy.
- Co tam mamroczesz pod nosem?
- Nie, nic, milczę tak sobie mrucząc.
Po operacji kilkakrotnie jeszcze zachodzili do pacjenta, by przed wyjściem do domu upewnić się, że  jest stan stabilny i nie będzie żadnych powikłań.
Alicja pobiegła do domu, Maks pojechał zrobić przegląd samochodu. Już niedługo będzie jechał do Szwajcarii na uroczystości rodzinne, więc chce aby jego auto dojechało do celu bez problemu.
- Mamusiu, pani w szkole mnie zapytała, czy nie zrobiłabyś dzieciom szkolenia z zakresu pierwszej pomocy przedmedycznej.
- Zrobię, ale jak będę miała czas.
- To może pan Maks?
- Pan Maks nie jest twoją mamą. Postaram się  znaleźć czas i zrobię  wam to szkolenie.
Wieczorem Alicja zatelefonowała do znajomego ratownika medycznego z pytaniem, czy gratisowo nie wspomógłby ją  w prowadzeniu kursu. Wiedziała, że ratownicy mają fantomy i inne przedmioty niezbędne do szkolenia.
Alicja na drugi dzień skontaktowała się  z nauczycielką i poinformowała ją, że przeprowadzi z dziećmi takie  szkolenie. Dowiedziała się jednak, że szkolenie ma być dla większej liczby dzieci, niż liczy klasa Andrzejka.
- Tak, oczywiście. Poproszę  kogoś jeszcze i  przeprowadzimy szkolenie.
- Cholerna oświata, na nic nie ma pieniędzy. Państwo chce nauczać, tylko  nie ma za co. Wszystko gratis, gratis, gratis.
Zakręcona pracą Alicja zapomniała wcześniej rozeznać się, kto mógłby jej pomóc w  szkoleniu, prócz ratownika.
Na ostatnią chwilę poprosiła ojca, ale  ten wykręcił się nadmiarem  pracy.
Na zaproszonej kolacji u Leona Maks zapytał.
- Alicja, słyszałam, że szukasz szkoleniowca? Przecież wiesz, że mam do tego uprawnienia, przez kilka lat szkoliłem ekipy ratownicze wyjeżdżające na misje do Afryki.
- No tak, kiedyś mi o tym mówiłeś. Nie chciałam jednak wykorzystywać cię. Ciągle przecież cię  o coś proszę.
-  Rzeczywiście, ciągle mnie o coś prosisz. A ja ciebie nigdy i  o nic.
Przyklęknął przed nią na kolana i zapytał.
- Mogę cię  prosić o rękę?
Wyjął z kieszeni pudełeczko z pierścionkiem.
Leon Uśmiechnął się.
- Cholera, nareszcie. Długo moja córka musiała czekać na ten dzień.
Alicja przyklękła naprzeciwko Maksa.
- Tak zgadzam się.
Andrzejek doskoczył do nich.
- Mamo, to pan Maks będzie moim tatą? Marzyłem o tym.
- Synku. Tata jest tam, wskazała na zdjęcie stojące na komodzie. Pan Maks może być jedynie twoim
przyjacielem, no ewentualnie jak się  zgodzi to i wujkiem.
- To mogę na niego mówić wujek?
- Możesz, odpowiedział szczęśliwy Maks i uściskał chłopca.
    Szkolenie pierwszej pomocy przedmedycznej było niezmiernie ciekawe. Uczniowie nie chcieli rozejść się do domu, ciągle o coś pytali.
Kolejnego dnia w gazecie regionalnej  ukazał się spory artykuł na temat współpracy lekarzy z młodzieżą. Było wiele zdjęć. Andrzej w klasie pokazywał swoim kolegom i mówił jak który lekarz się nazywa. Moja mama- Alicja, ratownik Tomasz i Beata, lekarz p. Guła i mój wujek Maks.
Jedna z koleżanek natychmiast zapytała Andrzeja, dlaczego na wycieczce rowerowej nie mówił do tego pana wujek, tylko panie Maksie.
- Bo na wycieczce rowerowej- chciał powiedzieć, że Maks nie był jeszcze jego wujkiem ale zamyślił się. No bo, no bo nie chciałem mówić, że jedzie mój wujek, żebyście nie myśleli, że jestem  taki  mami syneczek, że musi ze mną jeździć mama albo ktoś inny z rodziny.
- Wiadomo, że nikt by tak nie pomyślał, przecież zawsze na wycieczce potrzebna jest apteczka i ktoś dorosły. Odpowiedziała wścibska koleżanka.
- Pewni nikt oprócz ciebie by nie powiedział.
Wściekła koleżanka doskoczyła do Andrzejka i zaczęła go okładać pięściami. gdy chciał zrobić unik, pośliznął się i uderzył głowa o ławkę  szkolną. Zaczął mocno krwawić. W  tym czasie weszła do klasy wychowawczyni. Pogotowie udzieliło pierwszej pomocy i zabrało chłopca do szpitala.



sobota, 31 stycznia 2015

Co ja mam teraz zrobić? cz. 35

Maks Keller nie angażował się w żadne romanse z pielęgniarkami, lekarkami jak również innymi kobietami. Miłość do Alicji była niezmienna, trwała i coraz silniejsza. Sam nie wie, jak to robił, że wewnętrznie ze sobą walczył i w żaden sposób nie był namolny. Gdy  tylko potrzebowała jego pomocy prawie jak uskrzydlony pędził, by zbyt długo nie czekała.
Kiedyś siedząc w bibliotece akademickiej zapytał  ją, jak długo się znają?
- Maks. Nie przypominaj mi, ile mam lat. I tak  coraz bardziej to przeżywam, że się starzeję.
- Nie starzejemy się, tylko dojrzewamy, albo wchodzimy w inną młodość.
    Moi rodzice mają rocznicę ślubu, zaprosili mnie, z osobą towarzyszącą.
    Nie chciałabyś ze mną  jechać do Szwajcarii.
Alicja o mało nie udławiła się własną śliną.
- Ja? Do twoich rodziców?
Powiedział jej, że oni już  od dawna wiedzą, że wrócił do  Torunia i  razem pracują.
- Wielokrotnie telefonicznie opowiadałem mamie o tobie i twoim synku.
Zamknęła szybko książkę, podeszła do bibliotekarki i za kilka chwil wyszła z czytelni.
- Ala, o co chodzi.
- Nie o nic, tylko w czytelni nie wolno rozmawiać, więc wolałam wyjść na zewnątrz.
  Maks, czy twoja propozycja jest prawdziwa, czy tylko próbujesz ze mnie zadrwić?
  Jako kto mam jechać z tobą do Kellerów, tzn. do twoich rodziców.
Rozmowa trwała jeszcze w drodze powrotnej do Torunia. Alicja wysłuchiwała argumentacji Maksa, która jej w  żaden sposób nie przekonywała.
     Kiedy przejeżdżali w pobliżu zajazdu, wywinął na jezdni rogala  i zaprosił ją na kawę.
- Chodź, przy kawie porozmawiamy. Początkowo protestowała, ale nie miała innego wyjścia. Była skazana na samochodowy transport Maksa. Najpierw wysiadł on, nim Ala się rozpięła z pasów, otworzył jej drzwi. Gdy stanęła na ziemi i próbowała zamknąć za sobą drzwi, złapał jej twarz w swoje ręce i zaczął całować.
- Kocham cię już ponad dwadzieścia lat. Dłużej nie mogę udawać, że nic się we mnie nie tli, że jestem jedynie bezdusznym  robotem. Próbowałem uciekać przed tą miłością, do Wrocławia, Szwajcarii, niestety bezskutecznie. Nawet gdybym uciekł na koniec  świata, zawsze będziesz w moim sercu, duszy, mózgu i w każdym zakamarku mojego ciała.
     Alicja wcale nie opierała się, słuchała co do niej mówi i odwzajemniała jego pocałunki. Może nie była tak wylewna jak Maks, ale czuła w sobie przypływ gorąca, bicie serca i coraz to szybszy puls.
Jak długo trwało wyznawanie miłości  tego nikt nie wie.
- Maks, ludzie patrzą. Chodź już, albo na kawę,   albo wracajmy do domu.
Wsiedli  do samochodu i odjechali w kierunku Torunia.
Zatrzymali się na kolejnej stacji benzynowej, by się napić  prawdziwej, czarnej kawy, która i tak nie ostudziła ich namiętności. Znów się zaczęli całować, znów Maks mówił jej ciepłe, z serca płynące wyznania.
- Maks, muszę jednak wracać do domu, mam obowiązki.
- Wiem. Gdybyś jednak chciała, bym je z tobą dzielił, jestem już od teraz gotowy.
Zadzwonił telefon.
-Halo, Maks. Jeśli jesteś w  Toruniu , przyjeżdżaj do szpitala. Potrzebujemy lekarzy, dużo rannych z wypadku.  Szukamy też Alicji, również  jej ręce nam są potrzebne . Gdybyś ją gdzieś namierzył, niech szybko przyjeżdża na do szpitala. Nie mogę się do niej dodzwonić, mówił szybkim głosem profesor Florczyk.
 Maks nacisnął na gaz i w kilka minut przejechali trasę, którą trzeba by pokonać w ciągu około 35-40 minut.
Przed szpital podjeżdżały kolejne karetki pogotowia. Alicja z Maksem wpadli na izbę przyjęć, w mgnieniu oka  się przebrali i zaczęli swoje rutynowe, chirurgiczne działania.
Było już około godziny 22-giej.
Alicja zadzwoniła do domu. Od opiekunki dowiedziała się, że Andrzejek śpi a siostra Sylwia też pojechała do szpitala.
- Alicja spokojnie, dam sobie radę z małym, rano nakarmię go i wyprawię do szkoły. Przecież wiesz, ze to mój "jedyny, kochany wnuczek".
- Wiem babciu Steniu,  wiem i dziękuję.
Stenia wiedziała co stało się na moście i nie miała żadnych złudzeń, że Alicja do domu nie wróci  tej nocy. Zdarzały się już takie przypadki, ze nawet 36 godzin była w szpitalu ratując ludzkie życia.

niedziela, 25 stycznia 2015

Co ja mam teraz zrobić? cz.34

Dni ciągle były do siebie podobne. Odprawy, diagnozy, operacje, czytanie wyników badań i czasami wyjątkowe sytuacje.
Kiedyś w pokoju lekarskim ktoś wspomniał, jak szalony mąż chorej kobiety zaatakował Alicję i trzymał ją w odosobnieniu z pistoletem przy skroni.
Maks otworzył i tak już swoje duże oczy.
- Naprawdę?
- Nie wiedziałeś. We wszystkich wiadomościach gadali o tym, w jakich trudnych warunkach pracują polscy lekarze.
- Być może byłem gdzieś  na wyjeździe, poza  granicami kraju.
Maks tak się przejął, że przez kolejne dni wracał do tematu i do jej psychicznego samopoczucia po tym, co się stało.
- Dobry kolega, Przemek wymienił się za mnie.
Byłam mu niezmiernie wdzięczna. Może nie tak bardzo żałowałam tego, że mogę stracić  swoje życie, ale tego, że mój synek zostałby sierotą.
- Jesteś bohaterką. Zresztą zawsze cię taką postrzegałem i postrzegam.
Popatrzyła zdziwiona na kolegę.
- Dlaczego? Jestem normalnym lekarzem, nic specjalnego nie robię, tylko to, co wszyscy inni.
- Tak, tak, tak. Jesteś jak zawsze skromna. Pomruczał sobie Maks pod nosem.
Po kilku tygodniach Maks załapał się na "dyżur" przy Andrzejku. Zawiózł go na basen. Nawet mu się to podobało, bo  też sobie popływał. Pewnie samemu nie za bardzo chciałoby się  jechać po pracy na basen.
Następnego dnia szepnął  Leonowi, że "takie dyżury" to on nie tylko lubi, ale uwielbia.
Andrzejek lubił znajomych swojej mamy, ale pana Maksa polubił szczególnie.
     Maks wymyślał mu różne atrakcje. Nie ma na świecie chyba  dziecka, które nie skorzystałoby z takich propozycji.
     Kiedyś w parku linowym tak się zabawili, że schodzili z niego jako ostatni.
- Panie Maksie, dlaczego pan nie ma dzieci?
- A kto powiedział, że nie mam?
- Ups, przepraszam. Nie powinienem zadawać takich pytań. Mama nie byłaby zadowolona ze mnie.
- Spokojnie, nic nie powiem o naszej rozmowie.
     Kiedyś Andrzejek przyniósł kartkę od wychowawczyni z prośbą, aby Alicja uczestniczyła w wycieczce rowerowej, jako opiekun i lekarz.
Alicja przewertowała swój kalendarz i niestety, nie miała wolnego terminu.
Andrzejek bardzo się zasmucił.
- Wiesz, jak nie będzie opiekuna i lekarza albo pielęgniarki, wychowawczyni nie zorganizuje nam tej wycieczki.
Alicja odpowiedziała, że jej smutno, ale pomyśli nad rozwiązaniem problemu.
Następnego dnia opowiedziała o sytuacji w szpitalu i dwóch  lekarzy z chirurgii, którzy w  dniu wycieczki syna Alicji  nie pracowali zaoferowali swoje usługi.
     Maks pojechał do szkoły i porozmawiał z nauczycielką, że zastąpi mamę Andrzeja.
- A może jechać z nami jeszcze jeden lekarz?
- Będzie mile widziany, odpowiedziała nauczycielka Maksowi i od razu zastrzegła, że nie może im zapłacić, bo szkoła nie ma na takie cele funduszy.
- Oczywiście, wiemy. My tylko chcemy pomóc pani w formie wolontariatu, przede wszystkim robimy to dla Andrzejka i jego mamy.
Nauczycielka była niewiele młodsza od Maksa . Znaleźli od razu wspólny język. Nawet ucieszyła się, że dwóch lekarzy będzie jednocześnie opiekunami klasy na wycieczce rowerowej.
- W trójkę ogarniemy "rowerzystów".
Wycieczka odbyła się w zaplanowanym terminie. Dzieciaki były wyjątkowo posłuszne. Panowie przydali się, oprócz zrobienia opatrunku otartej nogi, również do założenia  łańcucha, który spadł w jednym z rowerów.
Żegnając się z lekarzami,  dzieci z nauczycielką zapraszali ich na uroczystości klasowe, połączone ze wspólnym ogniskiem.
- Przyjdziemy, oczywiście, że przyjdziemy. I postaramy się również pojechać z wami na kolejną wycieczkę. Odpowiedzieli chirurdzy.

sobota, 17 stycznia 2015

Co ja mam teraz zrobić? cz. 33

W poniedziałek rano na odprawie byli wszyscy. Ci co przyszli rano do pracy i ci, co już ją skończyli.
Leon przekazał grafik operacji, porozmawiali o trudnych chorobowych przypadkach o poszli na obchód. Ci po nocnym dyżurze pożegnali się. Maks chodząc  po rannym obchodzie praktycznie zawsze stawał przy łóżku pacjenta za Alicją. Niewiele mówił, czasami tylko odpowiadał na zadawane mu przez ordynatora pytania.
    Leon na obchodzie dawał dyspozycje do wykonania tylko dla  niektórych pacjentów kolejnych badań.
Na pierwszej operacji  rozpoczynającej  tydzień był Leon w asyście Maksa i młodej stażem, aczkolwiek nie młodej wiekiem lekarki. Przypatrywała się Maksowi. Leon jeden raz zwrócił jej uwagę, aby współpracowała a nie gapiła się na "nowego" lekarza.
- Tak, przepraszam panie ordynatorze.
Alicja po otrzymaniu  jeszcze ciepłych wyników badań pacjentki, skonsultowała się z dr Gułą i poszli na salę operacyjną. Operacja tętniaka nie należała do najłatwiejszych, ale przebiegła pomyślnie.
Po operacji spotkała Maksa w gabinecie lekarskim. Właśnie kończył sobie parzyć  kawę.
- Zrobić  ci kawy?
- Tak, poproszę. Od niepamiętnych czasów niby setki razy podobnie  robiony zabieg, ale  dzisiaj 
   wyjątkowo mnie zmęczył.
- Znam to i od pewnego czasu coraz częściej mam podobne odczucia zmęczenia. Chyba "materiał" się zużywa. Uśmiechnął się sam do siebie.
     Nic mu nie odpowiedziała. Popijała kawę i patrzyła w teczkę kolejnego pacjenta.
- Niby mamy możliwość robienia coraz więcej badań, ale czasami nie wiadomo, jaką postawić
  diagnozę. No i oczywiście, co człowiek zastanie, jak rozkroi pacjenta.
Przytaknął jej i też zajął się oglądaniem zdjęć rentgenowskich i wynikami badań USG.
- Co robisz po pracy?
- Jak skończę o normalnej porze, to jadę do biblioteki akademickiej do Bydgoszczy. Sprowadzili mi książkę, muszę ją odebrać.
- A mały?
- Sylwia zaprowadzi go na angielski a potem będzie z nim odrabiać lekcje. Myślę, że przed
  wieczorem wrócę.
- Aha. To rzeczywiście sprawnie działa  ta pomoc. Początkowo myślałem, że sobie ze mnie
  żartujecie.
- Jak masz wolne i chce ci się  jechać ze mną do Bydgoszczy, to proszę bardzo. Będzie mi raźniej na drodze.Pogadamy. Chętnie posłucham o pracy wrocławskiego szpitala, w którym pracowałeś.
Maks nie dowierzał  temu, co usłyszał.
- Jesteś pewna, że chcesz, abym z tobą  pojechał.
- Jak nie chcesz, nie namawiam.
- Nie, oczywiście, z przyjemnością. Nawet mogę zaoferować mój transport. Ma większy bagażnik.
Alicja zaczęła się śmiać.
- A po co mi większy bagażnik. Dwie książki wezmę  pod pachę.
Ale jak już tak się upierasz, to możemy jechać twoim, pod warunkiem, że teraz swoim podjadę  do swojego garażu, zabiorę  coś z domu, a ty po mnie przyjedziesz.
Maks przyjechał o umówionej godzinie. Gdy podjechał pod dom, wychodziła z bramki.
Rzeczywiście, w drodze  jedynym tematem były przypadki medyczne, stawianie diagnoz,terapia, wymiana doświadczeń.
W bibliotece nie zabawiła długo. 
- Zapraszam cię do kawiarni, tej co kiedyś do niej przyjeżdżaliśmy.
- Niestety, już jej tam nie ma.  Zburzyli ją i wiele budynków obok. Postawili ogromny kompleks handlowy.
     W drodze powrotnej Maks miał chęć zapytać, jak to się stało, że została wdową i ciągle jest sama, ale nie miał odwagi. Może i dobrze, bo pewnie Alicji  by się to nie spodobało. Praktycznie z nikim o tym nie chciała rozmawiać. Nie chciała rozdzierać zabliźnionych  po stracie męża ran.
- Tej naszej lekarce wpadłeś w oko. Już ktoś zauważył i gada.
- Będzie musiała udać  się do okulisty.  Ja jej w tym nie pomogę.
- Do okulisty? Zastanowiła się Alicja.
- Po co do okulisty?
Maks z poważna miną odpowiedział, że na zabieg wyciagnięcia tego "paprocha".
Dopiero w tym momencie Alicja zaskoczyła i też zaczęła się śmiać.









niedziela, 11 stycznia 2015

Co ja mam teraz zrobić?. 32


Przemek prawie każdego dnia, drogą internetową komunikował się   z Alicją. Dzielił  się wszystkim, opowiadała o pracy, aparaturze, która wykracza poza XXI wiek,  o zawartych znajomościach, relacjach między pracownikami, nie tak przyjacielskimi jak w Copernicusie.  Wypytywał o Andrzejka.
- Mam całe dnie zajęte, a pomimo to tęsknię za Polską, za Hanką i za Wami.
Alicja pocieszała go, że czas szybko zleci, a z czasem powoli będzie zapominał o tym, co zostawił  w Polsce.
- Poznasz bogatą Amerykankę i pewnie zostaniesz, śmiała się Alicja.
- Takiej wspaniałej kobiety jak ty, nie ma  nawet na drugiej półkuli świata.
- Och, są  i to nie tylko takie.
Biegnąc korytarzem, by się nie spóźnić do pracy Alicja zobaczyła Maksa rozmawiającego z Leonem.
- Cześć wam, śpieszę się.
- Ok. Zaraz i my tam dojdziemy.
Za kilka minut rzeczywiście Maks z Leonem pojawili się w pokoju lekarskim.
-Od poniedziałku nasz, wszystkim znany  kolega będzie pracował w naszym zespole. Mamy wolny etat, więc dyrektor Bosak nie ogłaszała konkursu tylko  przyjęła Maksa.
- Po ilu latach wróciłeś?
- Minęło tylko 10 lat.
- Sylwia dodała, że przez 10 lat w szpitalu się wiele zmieniło, oczywiście poza personelem, który jedynie się trochę postarzał.
Alicja z Sylwią i dr Gułą wyszli, mieli planową operację. Maks jeszcze trochę pogadał z Leonem i pobiegł do laboratorium zrobić niezbędne badania. Bez tego  nikt go przecież nie dopuści do stołu operacyjnego.
     Wieczorem zadzwonił dzwonek do drzwi. Alicja nie oczekiwała żadnego gościa. Mały był już po kąpieli i szykował się do spania.
Spojrzała w wideodomofon.
- Sylwia? O tej porze?
- Mam bardzo ważną sprawę.
Alicja otworzyła bramkę na posesje  i drzwi wejściowe.
Sylwia nie była sama. Do domu wparowało jeszcze kilka innych osób, w tym Maks.
- Proszę się rozgościć, ale nie mówię, że podskakuję z radości.  Moglibyście mnie wcześniej uprzedzić, coś bym przygotowała do jedzenia.
- Nie ma żadnego problemu, za około 20 minut dowiozą  catering.
     Alicja synkowi  powiedziała, że ma gości, więc może trochę pograć  na komputerze, a  potem grzecznie iść spać. Ucałowali się jak zawsze przed snem.
   Wanat z Sylwią przejęli obowiązki gospodyni. Zaprosili wszystkich do salonu. Za kilka minut przyjechał catering z wybornym jedzeniem. Alkohol przynieśli ze sobą.
     Ucztowanie trwało wiele godzin. Alicja niewiele piła, bo z soboty na niedzielę   ma dyżur. Maks praktycznie wypił jedynie jedną lampkę  koniaku
- Kto zostaje z małym jak idziesz do pracy?
- Ja.
- I ja.
- I ja. Zaczęli się przekrzykiwać.
Sylwia, Wanatowie, Janek Bosak  i Leon   kolejno zostawali z małym, pomimo, że Alicja zatrudniała opiekunkę. Może raczej gosposię, tę samą co pracowała u Leona. Ona praktycznie stała się częścią ich rodziny a Andrzejek traktował ją jak prawdziwą babcię.
- Tak już nam zostało, od kiedy.... Tu urwała Sylwia. No to znaczy my chcemy i lubimy pomagać Alicji. Czasami się kłócimy kto ma z nim iść na obiad, basen, angielski czy do biblioteki.
- Maks, jak chcesz być przyjacielem Alicji, to też musisz się zadeklarować do niesienia  pomocy.
- Och Sylwia, przestań gadać głupoty.
- Nie, no oczywiście. Zawsze będę do dyspozycji. Jestem samotnym człowiekiem, po pracy mam mnóstwo wolnego czasu, więc oczywiście, zawsze  do dyspozycji i usług.
- Leon, od następnego miesiąca, a to będzie już w  poniedziałek musisz wpisać w "nasz" grafik Maksa Kellera.
- Już zrobiłem grafik, więc może go gdzieś wcisnę od następnego tygodnia.
      Goście pożegnali się   około godziny pierwszej w nocy. Zamówili dwie taksówki. U Alicji został jedynie Leon, nie chciało mu się wracać do domu.
- Czyj to był pomysł?
- Córeczko, przepraszam, ale to był mój pomysł.  Zadzwonił Wanat, że spotyka się cała paczka w restauracji, więc chciałem, abyś i ty była z nami.
- Acha. Ty lubisz mi robić takie niespodzianki, choć dobrze wiesz, że ja tego  nie lubię.
- Wiem córeczko i przepraszam. Wiem również, że nie możesz ciągle siedzieć w książkach, nie jesteś przecież molem książkowym.















czwartek, 25 grudnia 2014

Co ja mam teraz zrobić? cz.31

Andrzejek z Mamą byli pierwsi w kawiarni. Pan Maks nieco się spóźniał. Alicja była pewna, że nie przyjdzie, że tylko kurtuazyjnie zaprosił ich na ciastko i lody.
- No trudno, z poważną miną powiedział mały Andrzej. Sami zjemy ciastka i lody. Też będzie fajnie.
Gdy praktycznie już kończyli konsumpcję, do kawiarni wszedł Maks.  Od razu zauważył ich przy stoliku obok okna.
- Przepraszam, ale zawodnik skręcił nogę i to nie na zawodach, tylko wychodząc z restauracji, gdzie jedliśmy spóźniony  obiad.
- Myślałem, że pan zapomniał, że się z nami umówił.
- Nie, skąd. Tylko tak niefajnie wyszło.
Przepraszał kilkakrotnie.
- Zamówił sobie kawę i takie samo ciastko, jakie jadł Andrzejek.
Rozmawiali o pogodzie, dzisiejszych zawodach sportowych i z małym powspominali Chorwację.
- Mamo, mogę iść na chwilę pojeździć sobie na symulatorze?
- Pewnie, będę cię widziała. Nic tam nie zepsuj, graj zgodnie z instrukcją.
- Co tam u ciebie Maks. Jak czuje się synek po przeszczepie, jak ty funkcjonujesz z jedną nerką.
No tak jakość się porobiło byle jak. Nie doszło do tego, żebym był dawcą, rozchorowałem się. Synek otrzymał nerkę  od innego dawcy.
- Uporządkowałeś sprawy rodzinne.
Opowiedział jej,  że nie. Dziecko nadal nosi inne nazwisko i tak naprawdę nie wie, że wujek Maks jest jego ojcem. Matka nie powiedziała tego nawet swojemu partnerowi, który dał dziecku nazwisko., że to on  jest jego ojcem. Spotyka się z synem jako wujek, wtedy, kiedy jego  przyszywany ojciec jest w pracy lub gdzieś na wyjeździe. Tak naprawdę chłopiec jest już coraz starszy  i już praktycznie  nie jest mu potrzebny wujek, ma swoich kolegów.
- Czuję się we Wrocławiu obco, myślę o wyjeździe gdzieś do innego miasta.
- Wracaj do Torunia. Jeden z kolegów wyjechał na staż   do USA, więc w trybie natychmiastowym będzie  potrzebny nowy chirurg.
Maks się zastanowił nad tym bardzo poważnie. Mieszkanie, w którym kiedyś mieszkał stoi puste. Przez kilka miesięcy w roku wynajmował mieszkanie, a raczej wynajmowali jego rodzice  dla gości ze Szwajcarii. Sami, jak przyjeżdżali do Polski w nim mieszkali.
     Nie chciał rozmawiać na temat kontaktów ze swoimi rodzicami. Dopiero po  jakimś czasie dowiedzieli się, że pracuje we Wrocławiu, ale nigdy nie dowiedzieli się, że ma tam syna. Chcieli kiedyś do niego przyjechać, ale nie wyraził zgody. Spotykał się z nimi w Toruniu.
- To przyjeżdżałeś do Torunia?
- Wielokrotnie.
- Dlaczego nigdy nie odwiedziłeś nas w szpitalu?
Maks opowiedział jej, że przyjeżdżając do Torunia spotykał się z Jivanem i jego rodziną oraz z Piotrem Wanatem. Wie o tym, że spotkała ją tragedia, że jest samotną matką wychowującą dziecko, że jej mąż wiele lat walczył o życie.
- Czytam twoje artykuły medyczne i tą ostatnią książkę, którą wydałaś. Nawet ją mam, bo kiedyś otrzymałem ją na konferencji w Warszawie. Podziwiam cię, że po tym wszystkim co przeszłaś, jesteś taka zorganizowana.
Odpowiedziała mu, że jest to odskocznia od tego co ją spotkało. Praca naukowa daje jej wiele satysfakcji i zapomina o tragedii, która ją spotkała, a przede wszystkim spotkała jej syna.
      Alicja zauważyła, że rozmawia z Maksem jak za dawnych lat, kiedy każda rozmowa trwała bez końca. Teraz też pewnie też tak by było, tylko, że już robiło się późno.
- Musimy wracać do domu. Jutro mały idzie na 8-mą do szkoły, a ja na poranną zmianę.
Żegnając się z Maksem powiedziała, że jeśli będzie w Toruniu, to niech da znać, no  i oczywiście niech pomyśli o powrocie do Copernicusa.
Maks pożegnał się z Andrzejkiem i  zapewnił, że pozdrowi jego wrocławskich kolegów.
Wracając do domu Andrzejek powiedział, że  fajny jest Pan Maks i już tam w Chorwacji go polubił.
- Fajny, fajny.
      W poniedziałek w rozmowie z Sylwią opowiedziała jej o spotkaniu z Maksem.
- Nie! To niemożliwe! Keller w Toruniu?
- Podobno  przyjeżdża tu  kilka razy w roku i nawet spotyka się z Jivanem i Wanatami.




Na pożegnanie  powiedziałam mu, aby zastanowił się nad przyjazdem do Torunia. Na pewno w Copernikusie będzie mile widziany.
I co?
- No nie wiem co. Nie udzielił mi odpowiedzi.











niedziela, 21 grudnia 2014

Co ja mam teraz zrobić? cz. 30

Przemek pomagał Alicji jak tylko potrafił najlepiej.  Nie dawał jej propozycji matrymonialnych, bo wiedział, że z tą kobietą tak się pewnych spraw nie załatwia. Andrzejek lubił wujka Przemka, czasami chodził  z nim na mecze motokrosowe. Później opowiadał mamie o tym co było na meczach, jak również o ich relacjach.
- Alicja, dostałem propozycję wyjazdu na stypendium do  USA.
- To jedź.
- Jak to jedź, tak po prostu?
- A jak inaczej?  Tak po prostu. Z takich propozycji trzeba korzystać.
- A ty? Dasz sobie sama radę?
Spojrzała na niego dziwnym wzrokiem.
- Przecież daję sobie sama radę. No oczywiście dziękuję za pomoc,  którą mi wyświadczasz. Ale upewniam cie, że dam sobie radę.
Będziemy w kontakcie internetowo-telefonicznym.
Przygotowania do wyjazdu, załatwiania formalności, w tym wizy trwało około 2 miesięcy.
Przemek ciągle się wahał. Wiedział, że gdyby Alicja powiedziała, aby nie jechał, dla niej by to zrobił.
Razem z Hanką odwiozły go na lotnisko do Warszawy.
Po odlocie samolotu nie wiedząc dlaczego popłynęły jej po policzkach łzy.
- Czemu płaczesz? Za przyjacielem? Zapytała Hanka.
- No tak jakoś mi się zebrało na płacz.
Alicja chyba zrozumiała, że w jakiś tam sposób kocha Przemka. Niestety, nigdy tego uczucia  nie okazywała. Raczej starała się być nie tylko powściągliwa, ale wręcz oschła. Bała się pokazywać jakiekolwiek uczucie kolejnemu mężczyźnie. Ciągle była przeświadczona, że wisi nad nią fatum.
Popatrzyły na odlatujący samolot.
Wracając samochodem do Torunia odebrała MS-a. Nadany był przed startem samolotu.
- Kocham cie i zawsze kochałem.  Byłem zazdrosny o Andrzeja, ale nic nie zrobiłem, aby coś w moim i twoim życiu zmienić.
Będę za tobą i Andrzejkiem bardzo tęsknił. W podpisie Przemek.
 Alicja czytała wiadomość raz, potem drugi i kolejny.
Zatrzymały się przy pierwszej stacji benzynowej.
- Hanka, muszę odpocząć i ochłonąć. Chodźmy na kawę.
Kilka razy jeszcze czytała ten sms.
- Mogę poprowadzić auto, jeśli jesteś zmęczona.
- Nie, spokojnie, wypije kawę i pojedziemy dalej.
W dalszej drodze niewiele rozmawiały.
W Toruniu zawiozła Hankę do mieszkania Przemka. Sama wróciła do domu Leona, aby zabrać Andrzejka.
Mały już spał.
- Wiesz, płakał, jak dowiedział się, że Przemek wyjeżdża na tak długo.
  Powiedział, że nie ma taty i nie ma wujka.
- Ale ma przecież dziadków i mnie.
- Ma, ale dla dzieciaka ojciec jest bardzo ważny.
Noc  przespała u Leona. Jutro jest niedziela więc nie ma dyżuru w szpitalu. Będzie miała czas na spędzenie go z synem.
Rano, po śniadaniu  Andrzejek ze smutkiem powiedział mamie, że są zawody motokrosowe.
- Super, to pójdziemy razem.
- Ty i Ja? Upewniał się mały.
- No, przecież ja czasami tam bywam, jak mam dyżury stadionowe jako lekarz.
Andrzejek skoczył mamie na szyję i wydawał radosne okrzyki.
W południe poszli razem na Motoarenę. Wchodząc przez bramkę wejściową Andrzejek na chwilę oddalił się od mamy. Podbiegł do pana, którego poznał w Chorwacji.
- Dzień dobry? Pamięta  pan mnie  z |Chorwacji?
- Pewnie.
- A co Pan robi w Toruniu?
- Przyjechałem z wrocławskimi zawodnikami na zawody. Jestem ich lekarzem.
- Andrzejek odwrócił się i zauważył idącą w jego stronę mamę.
- Mamo, mamo, już wracam.
Maks obejrzał się i zobaczył Alicję.
- Ta pani jest twoją mamą?
Podeszła do syna i oniemiała z wrażenia.
- Maks? Co ty tutaj robisz? Znasz mojego syna?
Maks również miał zdziwioną minę. Podał Alicji rękę i ją ucałował.
- Czasami przyjeżdżam do Torunia z naszymi zawodnikami.
Alicja wpatrywała się w Maksa a on w nią.
Mały nie wiedział co się dzieje.
- Andrzejku, ja znam pana Maksa Kellera. Razem pracowaliśmy, a potem wyjechał. Nasza znajomość się urwała.
- Do Wrocławia wracamy z drużyną  jutro, więc około 17-tej zapraszam was na lody.
- Mamo, proszę, proszę, nie odmawiaj.
- Dobrze, umówili się  na Starówce w kawiarni, gdzie dawno temu Alicja z Maksem spotykali się na kawie.

sobota, 13 grudnia 2014

Co ja mam teraz zrobić? cz. 29

Alicja wielokrotnie myślała co ma teraz zrobić ze sobą, ze swoim życiem.
Kiedyś zakochana do szaleństwa w Maksie nie wyobrażała sobie bez niego życia.
Potem wielka miłość do Andrzeja, czego owocem jest mały Andrzejek. Miłość przerwana tragedią i utratą na zawsze kochanego mężczyzny.
     Koleżanki, czasami w przypływie dobroci namawiały ją na złączenie się z Przemkiem.
Lubiła go, szanowała, ale bała się. Była przekonana, że  nad nią  zawisło jakieś  fatum.
      Siostra Przemka skończyła stomatologię. Była wdzięczna Alicji, że namówiła ją na wybranie właśnie takiego kierunku studiów. Rodzice Andrzeja często kontaktowali się ze swoim wnukiem. Zabierali go czasami do siebie. Wyjeżdżali z nim na wczasy.
Kiedyś na plaży w Chorwacji   8-letni Andrzejek usłyszał polską mowę i dołączył się do grupy dzieci
grających w piłkę. Początkowo tylko słuchał  i obserwował.
- Graj z nimi, właśnie zabrakło dzieciakom jednego zawodnika.
- A mogę?
- Pewnie. Tylko najpierw powiedz  swoim rodzicom, że będziesz grał w piłkę.
- Jestem z babcią i dziadkiem. Pobiegnę im powiedzieć i zaraz wrócę.
- Babciu, będę tam z chłopcami grał w piłkę. To są Polacy.
W czasie meczu poznał imiona chłopców. Po meczu rozmawiał z panem, który go zachęcił by przyłączył  się do wspólnej gry.
- Skąd jesteś?
- Z Torunia.
Mężczyźnie błysnęły oczy.
- Znam Toruń. Kiedyś tam mieszkałem i pracowałem.
- Co pan robił?
- Jestem lekarzem chirurgiem, leczyłem ludzi.
- O, to tak samo jak moja mama. Jest lekarzem i robi ludziom operacje.
- W jakim szpitalu?
Rezolutny Andrzejek odpowiedział, że w najlepszym toruńskim Copernikusie.
- Wie pan, moja mama jest najlepszym chirurgiem w Toruniu, tak pisali o niej w gazetach.
- Kobiety są  super chirurgami. Znałem taką jedną panią chirurg, miała na imię Alicja. Była naprawdę najlepszym lekarzem w szpitalu.
- To miała na imię tak samo, jak moja mama. Pewnie wszystkie Alicje pochodzą z krainy czarów i dlatego są najlepsze.
- Pewnie tak, odpowiedział smutnym głosem.
Pożegnali się i umówili na najbliższy dzień.
- Jutro dzieciaki z naszego pensjonatu też będą grali w piłkę, tu na plaży. Jak chcesz, to przyjdź jutro po południu i przyłącz się do nas.
- Pewnie, poproszę dziadków, by pozwolili mi też grać w piłkę, jak dzisiaj.
Andrzejek opowiedział dziadkom o rozmowie z panem, który zachęcił  go do przyłączenia do wspólnej zabawy na plaży. Poprosił również, aby jutro mógł przyjść i pobawić się z chłopcami.
Babcia odpowiedziała, że rano wyjadą na wycieczkę, a jak wrócą, to oczywiście przyjdą nad morze.
     Przez kilka kolejnych dni Andrzejek bawił się z poznanymi chłopcami.
Dzień przed odjazdem rodzice dzieciaków zaprosili go razem  z dziadkami na wieczorne, pożegnalne spotkanie przy ognisku.
Wieczór był niezwykle miły. Dzieci, jak również dorośli śpiewali polskie piosenki.
Na pożegnanie  wymienili swoje adresy e-mailowe.
- Pozdrów swoją mamę od Maksa Kellera, lekarza, który kiedyś też pracował w Toruniu.
- Oczywiście, powiem, że poznałem  Pana i  pozdrowię.
     Po powrocie do Torunia Andrzejek opowiadał mamie, jakie miał fajne wczasy. Jak poznał polskich kolegów  i jak zawsze się ze sobą bawili.
Po kilku dniach, przy obiedzie przypomniało mu się, że miał pozdrowić mamę od wujka Bartka.
- Mamo, pozdrawia cię pan Maks Keller.
- Kto?
- No wujek Bartka, Maks Keller.
- Jakiego Bartka? Znam go?
- Bartek, to kolega, którego poznałem w Chorwacji.
  On jest Polakiem i mieszka we Wrocławiu.
-AAAAAAAAAAAA. Teraz rozumiem.
- Dziękuję.
Alicja nie dopytywała Andrzejka o pana Maksa, ani też o Bartka.  Znała swojego syna i wiedziała, że jeśli coś będzie chciał jej powiedzieć na temat pana Kellera, to zrobi to w swoim czasie.
Niestety, Andrzejek niewiele mówił o dorosłych poznanych w Chorwacji, natomiast o swoich kolegach tam poznanych praktycznie jazgotał bez przerwy.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Co ja mam teraz zrobić? cz.28

Alicja konsultowała stan zdrowia swojego męża ze wszystkimi znajomymi lekarzami w kraju. Neurolodzy rozkładali ręce i mówili, że trzeba czekać, ale nie dawali żadnej nadziei.
      Kiedyś rodzice Andrzeja zaproponowali, że zabiorą go do siebie. Tłumaczyli, że jest młoda, musi się rozwijać zawodowo i wychowywać synka. Początkowo nie chciała o tym słyszeć, ale po kilkunastu podobnych rozmowach uległa.
    W domu bez Andrzeja, bez opiekunek, przewijających się rehabilitantów było pusto. Nawet mały Andrzejek to zauważył. Zaczął inaczej funkcjonować, stał się bardziej spokojny zarówno w dzień, jak również w nocy.
Prawie dwuletnie dziecko, choć jeszcze  nie mówiło, jednak dawało do zrozumienia, że w domu jest cicho i nieco inaczej. Zaglądał  do pokoju, gdzie wcześniej leżał tata.
Alicja nocami  płakała nad losem Andrzeja i swojego syna. Nie użalała się nad sobą, bo wiedziała, że nic to nie da.
Przemek, jak zawsze serdeczny i bardzo pomocny, niejednokrotnie dawał Alicji do zrozumienia, że musi zmienić swoje życie.
- Nie możesz ciągle siedzieć w książkach i w domu. Musisz wychodzić do ludzi.
  Dla człowieka nie jest tylko ważna praca.
Choć świetnie o tym wiedziała, nie potrafiła zmienić swojego życia.
- Alicja, bierzemy rowery i jedziemy na wycieczkę.
- My, a synek?
- Andrzejka zabierze dzisiaj Leon, wszystko z nim obgadałem.
- Za moimi plecami?
- Tak, bo inaczej się nie dało.
Po namyśle zgodziła się.
Leon zabrał malucha do siebie a Alicja z Przemkiem pojechali na wycieczkę poza Toruń.
Przez całą drogę niewiele ze sobą rozmawiali. Alicja skupiona była na jeździe.  Przemek czasami ją zagadywał. Otrzymywał zawsze lakoniczne odpowiedzi.
     Hanka cieszyła się, że jej przyjaciółka zaczęła normalnie funkcjonować. Dopingowała swojemu bratu, który był od lat w Alicji zakochany po uszy.
     W szpitalu zauważono, że czasami na twarzy  Alicji pojawia się uśmiech. Nawet zaczęła się lepiej ubierać, zakładać  spódnice,  sukienki i modne spodnie.
     Leon jak tylko mógł pomagał Alicji.  Nie finansowo, bo tego nie potrzebowała, ale przy małym Andrzejku, którego kochał  ponad życie.
Rozpieszczał wnuka, jak tylko mógł. Kupował mu przeróżne zabawki. Kolejkami elektrycznymi mogli bawić  się w nieskończoność. Nie wiadomo było, komu ta zabawa lepiej się podobała, czy dziadkowi, czy wnukowi.
     Alicja przynajmniej raz w tygodniu jeździła do Bydgoszczy do swoich teściów. Stan zdrowia męża nie poprawiał się. Po obejrzeniu ostatnich wyników badań doszła do wniosku, że pogorszył się.
Po spotkaniu z profesorem neurologii dowiedziała się, że poprawa najprawdopodobniej  nigdy nie nastąpi. Przybita taką wiadomością Alicja wróciła do Torunia. Podzieliła się tym  z ojcem i Przemkiem. Ani jeden, ani drugi nie próbowali jej pocieszać. Wiedzieli, że nie ma najmniejszego sensu.
Po półrocznym pobycie u swoich rodziców w Bydgoszczy stan zdrowia Andrzeja pogorszył się na tyle, że zabrano go do szpitala. Zdiagnozowano guz mózgu, który prawdopodobnie budował się po urazie głowy.
Operacja przebiegała początkowo normalnie, ale wycieńczone chorobą serce nie wytrzymało. Andrzej zmarł na stole operacyjnym.
     Alicja nie mogła uwierzyć w to co mówił jej lekarz prowadzący. Była pełna nadziei, że ta operacja pomoże mu wyzdrowieć i wrócić do normalnego życia.
     Po  śmierci Andrzeja nie mogła dojść do siebie. Chociaż wiedziała, że musi żyć dla swojego syna, niejednokrotnie myślała, że również jej życie powinno się skończyć.
Leon wprowadził się do domu Alicji, aby nie  zostawiać jej tam samej. Był jednak bardzo rad, gdy przychodził Przemek.
Mały Andrzejek poszedł do przedszkola. Dyżury, kto dziecko zaprowadza, kto przyprowadza z przedszkola były rozpisywane przez Leona. Robienie grafików miał we krwi.
Maluch był również emocjonalnie związany z gosposią Leona. Inaczej na nią  nie mówił, jak tylko babciu.







czwartek, 27 listopada 2014

Co ja mam teraz zrobić. cz. 27





  Dwa tygodnie przed rozwiązaniem  Alicja czuła się wyjątkowo dobrze.  Andrzej pracował, bo jak sam mówi, musi zarobić na rodzinę. Któregoś dnia długo nie wracał do domu. Zdenerwowana Alicja próbowała się do niego dodzwonić, ale bezskutecznie.
Zadzwoniła do Leona, ale ten akurat w tym czasie jeszcze nie   wrócił z pracy do domu.
Zatelefonowała do Przemka.
- Oczywiście, że ci pomogę. Zaraz u ciebie będę.
Gdy podjechał na posesję, przed bramą wejściową stał radiowóz policyjny. Wbiegł szybko po schodach do domu Alicji.
Rozdygotana wtuliła się w niego.
- Andrzej, Andrzej w szpitalu.
Niewiele zrozumiał co mówiła. Była rozdygotana i cały czas płakała, wręcz łkała.
- Musimy do niego pojechać, jest w Copernikusie.
- Tak, oczywiście.  Również zdenerwował się tą wiadomością.
Policjanci zaproponowali, że ich do szpitala podwiozą, bo akurat tam jadą.
Leon Krzysztof i Bosakowa na widok Alicji zamilkli.
- Kto jej powie?
- Ja. Jestem przecież jej ojcem.
Leon zabrał Alicję do swojego gabinetu i powiedział, że Andrzej jest w krytycznym stanie, bardzo się wykrwawił  po ciosach nożem. Ma również rany głowy, prawdopodobnie nabyte upadkiem na twarde podłoże.  Winowajcę już znaleźli. To podobno jego pacjent niezrównoważony psychicznie i emocjonalnie.
Alicja osunęła się na podłogę.
Obok niej rozpływała się czerwona plama krwi. Zaczęła rodzić. Natychmiast z łóżkiem zjawił się sanitariusz. Przewieziono ją na porodówkę.
W szpitalu trwało ogólne poruszenie. W wieczornej ciszy, bez pacjentów chodzących po holu szpitalnym słychać było tylko przemykanie szybkimi krokami  pracujące pielęgniarki  i lekarzy.
Piotr, który również dowiedział się o całej sytuacji zjawił się natychmiast na oddziale.
Poród choć nie bez małych komplikacji dobiegł  końca. Alicja wycieńczona spała. Przy jej łóżku czuwał Przemek na przemian z Wanatem i Leonem.
     Rano przywieziono jej synka. Pomimo wcześniejszych ustaleń o imieniu dziecka, gdy teraz go zobaczyła od razu zdecydowała, że będzie miał na imię  Andrzej.
W południe zjawili się rodzice i siostra Andrzeja. Nie chcieli zamartwiać Alicji, więc nie opowiadali o nim i o toczącym się śledztwie.  Choć sami potrzebowali wsparcia i pomocy po tym co spotkało ich  syna, nie dawali przy synowej tego okazać, udawali, że są ludźmi twardymi.
Widok maleństwa bardzo ich ucieszył, a wybór imienia dla dziecka jeszcze bardziej.
- Wiemy, że go kochasz. On ciebie ponad życie. Tak bardzo kocha swoje dzieciątko, które miało się narodzić. Tak bardzo pragnął widzieć cię jako szczęśliwą mamę. Teraz jest w takim stanie, że nie kontaktuje ze światem. Leży pod respiratorem.  Mamy nadzieję, że wyjdzie z tego.
My też cię kochamy za wszystko, a najbardziej za to, że nasz syn jest przy tobie taki szczęśliwy. No i oczywiście za wspaniałego wnuka.
Alicja wypłakała już wszystkie łzy, nie miała czym płakać. Bała się  stracić pokarm, którego i tak miała mało. Gdy ona  była spokojna, dzieciątko również spało. Jeśli tylko zaczynała płakać, dziecko również kwiliło.
- Dlaczego, dlaczego Bóg mnie tak każe, nie oszczędza mojego męża  i chce mi go zabrać..
Spojrzała w sufit, jakby tam szukała odpowiedzi. Niestety znikąd jej nie otrzymała.
     Leon każdą wolną chwilę spędzał przy córce i wnuku. Bał się jednak o nią. Krwotok, który miała osłabił ją do tego stopnia, że musiała otrzymać dwie jednostki krwi.
Po dwóch dniach Hanka przyszła w odwiedziny do Alicji. Początkowo nie wiedziała jak z nią rozmawiać. Wiedziała, że pocieszanie na nic się nie zda.
Wanat nie chciał jej wypisać  do domu. Wiedział bowiem, że tu w szpitalu odpocznie i w obecności przyjaciół, którzy bez przerwy do niej zachodzili będzie dochodzić do sił. Nie pozwolił jej również na chodzenie na OIOM, by patrzeć jak o życie walczy jej mąż i ojciec jej dziecka.
     Śpiączka, w której był Andrzej niepokoiła lekarza prowadzącego. Uważał bowiem, że po kilku dniach powinien się z niej wybudzić. Niestety, ciągle taki stan się utrzymywał.
     Po dziesięciu dniach Alicja wróciła z dzieckiem do domu. W nocy bała się  zostawać sama w domu. Nawiedzały ją koszmary. Leon, jak również rodzice Andrzeja na zmianę pomieszkiwali z nią. W południe odwiedzał ją Przemek, często wpadała Hanka, jego siostra oraz inni przyjaciele. Wszyscy starali się jej pomagać, jak tylko potrafi najlepiej.
    Po trzech tygodniach Andrzej wybudził się ze śpiączki, co wcale nie oznaczało, że wyzdrowiał. Początkowo nikogo nie poznawał, nawet swojej żony. Pokazanie mu przez szybę dziecka nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Patrzył na nie obojętnie, bez emocji. Alicja nie mogła zrozumieć, że  jej ukochany mąż, pragnący dziecka i nie mogący się na niego doczekać,  teraz patrzy na nie z obojętnością.
- Andrzej, to przecież twój, nasz synek.
- Twój, nasz synek, powtórzył i odwrócił głowę w drugą stronę.
Kontakt jego ze światem polegał na niewyraźnym powtarzaniu zdań i  pytań, którzy mu zadawali lekarze. Nie potrafił odpowiadać na nie, nie myślał logicznie. Nie poznawał nikogo, ani żony, ani  nawet swoich rodziców.
Alicja konsultowała wszystko z neurochirurgami nie tylko w Toruniu. Nie wiadomo, czy nikt nie wiedział, czy po prostu nie dawali Alicji nadziei na jego wyzdrowienie.
Wielomiesięczna rehabilitacja nie przynosiła żadnych rezultatów. Bywało, że stan się pogarszał, potem powracał do stanu przed pogorszeniem. Nie było  widocznych oznak poprawy.
Po wielomiesięcznym pobycie w szpitalu wrócił do domu. Niestety, nie mógł sam funkcjonować. Przez 24 godziny na dobę potrzebna była opieka pielęgniarska. Alicja przyzwyczaiła się do  sytuacji. Choć wszystko robiła, aby pomóc mężowi, to jednak większość swojego czasu poza pracą spędzała ze swoim synkiem. Była mniej obciążona, kiedy Andrzej przebywał na oddziale rehabilitacji. Kiedy wracał, wówczas musiała jakoś pchać  ten kierat do przodu.









czwartek, 20 listopada 2014

Co ja mam teraz zrobić? cz. 26

Co ja mam teraz zrobić. Zapytał kiedyś Przemek swojej siostry.
- Z czym, lub kim?
- Z tym wszystkim.
Nie za bardzo rozumiała swojego brata.
- Może mi podpowiesz, bo nie jarzę o co ci chodzi.
- Ok. Trudno, musisz jeszcze do tego dorosnąć.
- Bracie, ja mam już 20 lat. Ty ciągle  uważasz, że jestem za młoda. Jestem już na 2 roku stomatologii.
Jeszcze wspomniała, że wybór studiów także zawdzięcza Alicji, która podpowiedziała jej co ma po maturze dalej ze sobą zrobić.
   Alicja  początkowo  ciążę znosiła  nie najlepiej. Dopiero w piątym miesiącu wszystko się ustabilizowało i mogła bez problemu pracować. Nie stawała do stołu operacyjnego, ale przyjmowała pacjentów w przychodni, dużo czytała.
- Alicja, mam problem.
- Znowu?
Zawsze, gdy Przemek chciał porozmawiać z Alicją wymyślał problemy i do niej przychodził, aby pomogła mu rozwiązać. Początkowo myślała, że rzeczywiście powinna mu pomóc, ale później doszła do wniosku, że  z każdym medycznym przypadkiem  świetnie sobie radzi.
- Ściemniasz. To ja w tej chwili powinnam uczyć się od ciebie. Jesteś super fachowcem i stawiasz nieomylne diagnozy. Niektórzy ci zazdroszczą i  mówią, że masz konszacht  z diabłem, bo niemożliwością jest być nieomylnym.
     Gdy zbliżał się termin porodu, ustalili, że ojcem chrzestnym będzie Przemek, a matką chrzestną siostra Andrzeja.
Na tą wieść Przemek o mało nie spadł z krzesła, na którym właśnie siedział.
- Ja? Ja  ojcem chrzestnym waszego dziecka? Powtarzał z niedowierzaniem.
- Jeśli nie chcesz, to powiedz.
- Chcę, chcę, ale czym sobie zasłużyłem?
- Przyjaźnią, odpowiedział narzeczony Alicji.
Zamyślił się i w duchu powiedział. Dla ciebie tylko i jedynie przyjaźnią. A ja tak bardzo ją kocham.
Siostra Przemka również cieszyła się, że brat będzie ojcem chrzestnym jej wspaniałej przyjaciółki.
Ustalili, co kupią na ta wspaniałą uroczystość. Poczekają jednak do rozwiązania, aby nie zapeszyć.
     Prywatna praktyka Andrzeja coraz bardziej go pochłaniała. Początkowo przypuszczał, że może wybierać  w pacjentach. Z tygodnia na tydzień praca pochłaniała go coraz bardziej. Miał sukcesy terapeutyczne i w związku z tym, przybywało mu pacjentów. Czasami nie chciał, czasami nie potrafił odmówić. Każdy dodatkowy pacjent, to dodatkowe pieniądze.
     Alicja wzięła kilka dni wolnych. Wyjechała z narzeczonym nad morze. Przechodząc obok Urzędu Stanu Cywilnego w Ustce, zdecydowali, że wezmą tam ślub.
Kierownik Stanu Cywilnego widząc kobietę  w zaawansowanej ciąży przychylił się do udzielenia im  ślubu bez  oczekiwania. Umówili się za trzy dni. Nie myśląc wiele zaprosili na swoich świadków właścicieli pensjonatu, w którym mieszkali. Alicja kupiła sobie nową sukienkę  i bardzo strojny szal.
W prezencie ślubnym  właściciele pensjonatu wydali weselną kolację dla wszystkich gości. Było również trochę muzyki.
Szczęśliwi małżonkowie wrócili po kilku dniach do domu, po drodze zajeżdżając do rodziców Andrzeja.
- Mamo, tato, jesteśmy po ślubie.
- Co, dlaczego?
- A tak nas wzięło w tej Ustce, że zdecydowaliśmy zalegalizować nas związek, aby dzieciątko bez problemu miało nazwisko taty.
Rodzice nie bardzo byli zadowoleni, że zrobili to tak bez ich udziału. Jednak szybko sobie wytłumaczyli, że lepiej tak, niż ten związek bez legalizacji ciągnąłby się w nieskończoność.
    Alicję pochłaniały książki, referaty, publikacje. Andrzeja praca.
   -   Przemek, jeśli masz dzisiaj po południu czas, możesz wpaść do mnie. Przyjdzie fachowiec od centralnego ogrzewania. Ja nie mam pojęcia, a Andrzej ma napięty grafik.
- Oczywiście, że przyjdę. Dla ciebie mam zawsze czas. Nawet jak nie miałbym, to i tak bym go znalazł.
Alicja uśmiechnęła się i podziękowała.
- Wiedziałam, że na ciebie mogę liczyć.
Hanka, siostra Przemka była zafascynowana swoim bratem. Chwaliła się przed koleżankami, jaki jest wspaniały, uczynny i mądry. Ubolewała, że nie ma swojej dziewczyny, tylko kocha się w kobiecie zajętej i na dodatek będącej w ostatnich tygodniach ciąży.




   





wtorek, 11 listopada 2014

Co teraz mam zrobić. cz. 25

Aby nie kusiło Maksa kontaktowanie się z Aicją,  po wyjeździe do Wrocławia wykasował numer jej telefonu. Również na  Skype wykasował jej profil. Rozstanie, zmiana pracy bardzo niekorzystnie wpłynęła na jego samopoczucie. W dniu, kiedy miał być dokonany przeszczep Maks dostał wysokiej temperatury. Operację odwołano. Stan dziecka był na tyle poważny, że zaczęto w trybie natychmiastowym szukać dawcy niespokrewnionego. Udało się znaleźć. Chłopiec dostał nerkę od młodego chłopaka, który zginął w wypadku samochodowym.
Przeszczepiona nerka przyjęła się, nie było odrzutu. Maks od chwili przeprowadzenia się do Wrocławia miał systematyczny kontakt ze swoim synem.  Matka dziecka nie była z tego powody szczęśliwa. Nawet żałowała, że przyznała się Maksowi do tego, że  jest biologicznym ojcem jej dziecka.
     Alicja wspólnie z Andrzejem i architektem projektowali wnętrze domu. Znalazło się miejsce na gabinet psychologiczny. Namawiał ją, aby również otworzyła prywatna praktykę chirurgiczną, ale ona wolała pracować w szpitalu.
- Alicja, może weźmiemy ślub. Leci miesiąc za miesiącem a my tak ciągle  bez ślubu.
Odpowiedziała mu, że w tej chwili nie ma czasu o tym myśleć bo pochłania ją nauka.
     Dobrze wiedział, że nie może często  wracać   do tego tematu, bo nic tym nie osiągnie. Jemu osobiście taki związek,  jaki tworzyli  w ogóle nie przeszkadzał. Natomiast rodzice Andrzeja i jej ojciec ciągle pytali, kiedy, za ile, czy w końcu się pobiorą.
Odpowiadali,  że wszystko w swoim czasie.
     Przemek, jak się okazało był świetnym fachowcem. Praktyka w pogotowiu nauczyła go bardzo wiele. Spotykał się w swoim życiu z różnymi przypadkami chorobowymi, od zawałów, zatorów, złamań poprzez ataki astmy, woreczka żółciowego i inne,  aż do stwierdzania zgonów.
Czasami zaskakiwał  wszystkich swoimi trafnymi diagnozami, a przede wszystkim analizowaniem wyników badań i układanie ich w logiczne ciągi.
- Jestem pod wrażeniem. Czasami słyszał takie słowa od swojej mentorki, co bardzo go podnosiło na duchu.
Gdy był pytany dlaczego jeszcze do tej pory nie zrobił żadnej specjalizacji zawodowej odpowiadał, że jakoś właśnie tak ułożyły się jego życiowe losy.
    Alicja z kolegami często zastanawiali się nad tym tematem. Nie był przecież bawidamkiem, hulaką czy rozrabiaką.   Był spokojnym mężczyzną, raczej domatorem, uwielbiał biegać i jeździć rowerem, pasjonował  się motorami, choć sam nie miał żadnego.
     Po dwóch latach nienagannej pracy, Przemek zrobił upragniony staż z chirurgii. Duet operatorów
Alicja Szymańska i Przemysław Karski znany był zarówno w szpitalu jak również poza nim. Przez ten okres poza pracą i nauką siostra Przemka, dotąd niesforna nastolatka zaprzyjaźniła się z Alicją. Często przychodziła do jej domu, jak również korzystała z usług psychologa Andrzeja. On nauczył ją mądrego pojmowania ekologii i wytłumaczył, że zadymy, rozboje, czy niszczenie futer eleganckich kobiet to nie walka o środowisko naturalne  a wandalizm.
- Andrzej, czy nie uważasz, że powinniśmy mieć dziecko?
   Lata lecą, inni mają już spore dzieciaki, a my sami się tylko starzejemy.
Andrzej nie mógł uwierzyć w to co mówi jego partnerka. Przecież on od samego początku tego pragnął.
- Wszystko zależy od twojej decyzji- odpowiedział.
Niezbyt była zadowolona z jego odpowiedzi. Myślała, że będzie szalał ze szczęścia jak małolat.
Rzeczywiście, na zewnątrz był powściągliwy w swoich wypowiedziach, natomiast w duszy czuł  ogromną  radość.
Po kilku miesiącach odstawienia leków antykoncepcyjnych  Alicja zaszła w ciążę. Obydwoje byli szczęśliwi, początkowo nie mówiąc nikomu, by nie zapeszać. Dopiero przed rozpoczęcie czwartego miesiąca, oznajmili to rodzicom.
- No wreszcie- powiedział  Leon. Myślałem, że już nigdy nie zostanę dziadkiem.
Aby to uczcić pojechał do Bydgoszczy do rodziców Andrzeja, by świętować tą wspaniałą wiadomość.
Przemek co prawda pogratulował Alicji i Andrzejowi, że będą rodzicami, ale jakoś dziwnie się zasmucił. Podkochiwał się w Alicji od kiedy została jego opiekunem stażu. Miał przez ten cały czas nadzieję, że ich związek przecież i tak się rozpadnie.
- Młody, co cię trapi? Zapytał kiedyś ordynator Guła.
- Nic,  nic. Jestem tylko ciut poważniejszy, bo jestem wyspecjalizowanym chirurgiem i za kilka tygodni obronię doktorat.
- Kochasz Alicję? Zapytała go siostra.
- A jak uważasz?
- Od samego początku to wiedziałam. To dla niej zrobiłeś specjalizację i doktorat.
- Nie dla niej, tylko ona mnie do tego namawiała, pomagała, wspierała. Nie wypadało się wymigiwać.
Odpowiedziała, że może tłumaczyć jak chce, ale ona swoje wie. Przez cały czas przecież była na miejscu,  zauważała pozytywne zmiany i dopingowała bratu.
- Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Zobaczysz, jeszcze się zakochasz i tylko będziesz wspominał zauroczenie docent Szymańską, czy jak wolisz profesor Szymańską.
Przemek tylko  cicho powiedział.
- Obyś siostra miała rację.



poniedziałek, 3 listopada 2014

Co teraz mam zrobić? cz. 24


    Chociaż ich status się zmienił, niewiele  zmieniło to w ich życiu. Kellerowie wyjechali, więc Alicja wróciła do swojego mieszkania. Andrzej bardzo często do niej przychodził,  czasami zostawał na noc.
     Kiedyś kupił bardzo drogie wino i zaprosił ją gdzieś, jak sam powiedział w "nieznane"
Podjechali na  osiedle domków jednorodzinnych. Alicja była przekonana, że chce ją zapoznać z jakimiś przyjaciółmi. Okazało się, że dom był właśnie nowym nabytkiem Andrzeja.
- To dla nas. Nie możemy tułać się po stancjach.
Znowu ją zaskoczył.
- Przyrzeknij mi, że jak kiedyś się pobierzemy, będziemy wspólnie decydować o wszystkim.
- Tak, przyrzekam. Podniósł dwa palce do góry i powtórzył, że przyrzeka.
 Powiedział  jej również, że domek kupiła mu babcia. Jest osobą bardzo, ale to bardzo zamożną
 i u schyłku swojego życia robi wnukom pokaźne prezenty. Co prawda mówiła, że wolałaby, aby jej wnuk mieszkał  w Bydgoszczy a nie w Toruniu, ale skoro jego serce musi tu zostać, więc wyraziła zgodę na to miasto i właśnie zafundowała mu ten dom.
- Wowwww. Też chciałabym mieć taką babcię.
     Andrzej wręcz błagająco poprosił ją, aby pomogła urządzić mu gniazdko dla ich dwojga.
- Ja? Ja się na tym najmniej znam. Mnie do życia tak naprawdę potrzebne jest łóżko, łazienka i szafa z ubraniami.
- W takim razie pójdę do architekta wnętrz, może zrobi jakiś projekt.
- To jeśli pozwolisz, pójdźmy tam razem.
Andrzej był zachwycony jej propozycją. Zresztą był w niej tak zakochany, że na wszystko się zgadzał, wszystko akceptował. Gdyby mógł uchyliłby jej gwiazdkę z nieba.
     Po kolejnej operacji, zauważyła, że jej jeden z pacjentów coś szkicuje.
- Co pan rysuje?
- Nic, dostałem zlecenie na zaprojektowanie wnętrza domu. Jestem architektem.
- Ma pan biuro projektów?
- Mam i sporo klientów.
- Fajnie, a mogę po pana rekonwalescencji zgłosić się do pana o zaprojektowanie wnętrza nowego domku.
- Pewnie. Dla pani doktor zrobię wyjątek i postaram się  aby długo pani nie czekała. Dał jej swoją wizytówkę.
Następnego dnia młody architekt zagadnął doktor Szymańską na temat wczorajszej rozmowy.
Odpowiedziała mu, że jak wyzdrowieje i wyjdzie do domu, ona się do niego zgłosi. Na terenie szpitala nie chce rozmawiać na prywatne tematy.
- Będę czekał.
Czasami siedząc przy komputerze myślała o Maksie. Włączała komunikator Skype i patrzyła w ekran, jakby czekała, aby Maks do niej zagadnął. Sama nie miała odwagi, zresztą zawsze     jego profil był zamknięty.
Była ciekawa  jak przebiegła operacja, jak czuje się jego synek.  Czy może potrzebuje jakiejś pomocy, a może po prostu przyjacielskiej rozmowy.
- Ala, siedzisz przy komputerze i sprawiasz wrażenie, jakbyś  się do niego modliła.
- Jest noc, cisza, pacjenci śpią, więc tak sobie siedzę. Odpowiedziała swojej przyjaciółce.
- Tęsknisz?
- Za czym, za kim?
- Ja nie wiem odpowiedziała Sylwia. Sprawiasz wrażenie jakbyś na coś czekała, czasami jesteś nieobecna.
Odpowiedziała jej, że to nieprawda. Ma ogrom obowiązków i interpretacji wyników badań. Ufa radiologom, ale sama musi jeszcze raz wszystko obejrzeć, przeczytać, zinterpretować.
- No chyba, że tak. Choć wydawało mi się, że się  gdzieś  oddalasz, szukasz bratniej duszy, którą straciłaś.





środa, 29 października 2014

Co teraz mam zrobić? cz. 23

     - Alicja, a może na urodziny mojego ojca przyjechałby twój tata?
- Mój ojciec? A po co. Nie zna twoich rodziców.
- Jak nie zna, przecież zna. Kiedy mój ojciec dochodził w szpitalu do zdrowia, to na nocnym dyżurze grywali razem  w szachy.
- Tak? Naprawdę?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Żaden z nich  mi się nie chwalił.
Andrzej doszedł do wniosku, że zabiorą Leona do Bydgoszczy, oczywiście jego ojciec wcześniej oficjalnie go zaprosi.
W sobotę poinformował Alicję,  że Leon przyjedzie do Bydgoszczy , bez ich pomocy. To tylko dwie godziny drogi.
- Przecież wiem, ciągle tam jeździmy, a mój ojciec od wielu lat dojeżdża do akademii medycznej na wykłady.
Atmosfera w domu rodziców Andrzeja była super. Alicja poznała siostrę i jej męża oraz dwójkę  ich dzieci. Leon czuł się u nich jakby już tam bywał.
- Tato. Zapytała Alicja.
- Czy kiedyś byłeś już u rodziców Andrzeja?
Leon zaczął się śmiać.
- Pewnie, szachy nas połączyły i wyśmienite jedzenie Małgosi.
Alicja poczuła się nieswojo. Oni się od kilku miesięcy odwiedzają, a ona o niczym nie wie.
Siostra Andrzeja nie była lekarzem, lecz prawnikiem. Rodzice również byli z wykształcenia prawnikami.
To podobało się Alicji, bo przynajmniej na tym przyjęciu nie było tematów lekarskich, rzucanie jednostkami chorobowymi i stawiania diagnoz.
    Po gorącym posiłku, Andrzej wniósł do salonu bukiet czerwonych róż i wręczając go Alicji zapytał, czy zechciała by zostać jego żoną. Była lekko oszołomiona, a gdy odpowiedziała tak, wyjął z pudełeczka pierścionek i włożył jej na palec.
Wszyscy zaczęli  bić brawo, a dzieciaki od zaraz zaczęły do niej mówić ciocia Ala.
Gdy wyszli razem na taras, Alicja zapytała, dlaczego to wszystko zachował  w tajemnicy.
Nie w tajemnicy. Wiedział  o tym twój tata, moi rodzice, twoja siostra i moja siostra.
- Wszyscy, oprócz mnie. Ha-ha-ha.
    Ale ci wybaczam, bo cię bardzo kocham. Zaczęli się namiętnie całować o czym dzieciaki natychmiast poinformowali zebranych w salonie.
     Sylwia jako pierwsza zauważyła pierścionek zaręczynowy.
- Pokaż, pokaż. Nic się nie chwaliłaś.
- Bo sama nic nie wiedziałam. I może lepiej. Gdybym wiedziała, pewnie zastanawiałabym się kilka miesięcy, czy warto, czy należy, czy wypada.
- Gratuluję. Ucałowała swoją przyjaciółkę  i pobiegła na blok operacyjny przygotowywać salę do  kolejnego zabiegu.
Andrzeja dzisiaj w szpitalu nie było. Powiedział Alicji, że ma spotkanie w innym szpitalu z hipochondrykiem.
Wieczorem gdy się spotkali nie mogli się sobą nacieszyć. Przecież od sobotniego wieczoru ich status się zmienił. Byli narzeczonymi.