niedziela, 16 lutego 2014

Miłość silniejsza niż... cz. 12

- Maks, jestem pod wrażeniem twoich opowieści o Koperniku.
- No cóż, Mikołaj Kopernik oprócz tego, że był Astronomem, był medykiem, jak my.
- My jesteśmy lekarzami, chirurgami, a on był zwykłym medykiem.
- Spoko, spoko, nie takim zwykłym. Leczył najwyższych duchownych w kraju. A nas dopuścili by do leczenia na przykład Prymasa. No może ciebie tak, mnie pewnie nie.
- Oj głuptasie, głuptasie. Pocałowała go w usta.
A ja nie będąc ci dłużna skoczę do innego wieku i opowiem ci rozmowę  Ignacego Krasickiego z J.U. Niemcewiczem.
Pewnego razu, gdy Krasicki, zwany "księciem poetów polskich" podejmował na zamku J.U. Niemcewicza, ten zauważył, iż usługuje im bardzo brzydka służąca i zażartował: "Kto z brzydką grzeszy, dwa razy grzeszy, bo i Boga obraża i ludzi śmieszy". Biskup oczywiście nie pozostał dłużny i odrzekł: " Kto z brzydką grzeszy, duszę swą zbawia, bo grzesząc jednocześnie pokutę odprawia".
- O! Alicja, widzę, że z polskiego byłaś w szkole najlepsza.
Zadzwonił telefon Maksa.
- Tak mamo, dobrze, Będę za godzinę w hotelu.
Maks nieco się zdenerwował. Zawsze rodzice robią  mu niespodzianki. Nigdy nie zadzwonią wcześniej, że mają zamiar przyjechać, lecz wtedy, kiedy już są w Toruniu.
- O dobrze, że jestem u siebie, a nie w twoim mieszkaniu.
Moi rodzice nie przychodzą do mojego mieszkania. Zawsze spotykamy się w hotelu. Wynajmują  apartament i tam mieszkają, tyle ile chcą.
Mój ojciec jest bogatym człowiekiem. Jeśli go o coś poproszę, zawsze mi daje forsę. Ale  jedno, jak i drugie mieszkanie kupiłem za własne pieniądze, więc oni są na to obrażeni i nie chcą być w nich intruzami.
Maks kolejny raz zapytał Alicję, czy mogą dzisiaj iść kupić  pierścionek zaręczynowy. Jest okazja, żeby zorganizować zaręczyny, bo są rodzice. Będą w Polsce około 10 dni.
Alicja wyraziła zgodę, ale pod warunkiem, że będzie niewielki, niedrogi i  taki, jaki jej się będzie podobał.
- Przecież to ty masz sobie go wybrać. Gdybym ja chciał, już dawno bym kupił.
Po powrocie Maksa od rodziców, poszli do jubilera. Wybór był niesamowity. Alicja wybrała wyjątkowo skromny, ale Maks się nie zgodził.
- Ala, nie. Moja narzeczona nie może nosić miniaturowego pierścionka, którego nie widać na palcu.
Nie jestem ubogi, nie jestem sknerą i bardzo cię  kocham. Błagam zlituj się nade mną i nie dręcz mnie.
Pani, która stała za ladą uśmiechała się. Pokazywała różne wzory, w bardzo różnych cenach.
Wreszcie Alicja wybrała sobie pierścionek z białego złota z diamentem.
- Maks, ale. Chciała powiedzieć, że ale chyba za drogi.
Zamknął jej usta pocałunkiem.
- Proszę zapakować w jakieś ładne ozdobne pudełeczko.
Wracając do domu mało rozmawiali. 
Maks jedynie zapytała, gdzie chce aby odbyły się zaręczyny. W restauracji, w moim domu, w twoim domu, czy u Leona.
- Mnie wszystko jedno gdzie, byle nie u mnie. Albo nie, najlepiej będzie w restauracji. Zamówimy kolację i będzie dla wszystkich neutralny grunt.
Maksowi nawet to się spodobało. Mniej podobało się Leonowi, jak również matce Maksa.
     Kolacja była wystawna. Gustaw Keller zadeklarował się, że to on sfinansuje swojemu jedynakowi tą uroczystość.
Rozmowa  poza oficjalnymi przemówieniami, praktycznie była monotematyczna. Wszyscy byli lekarzami. Nawet matka Maksa, choć nie pracowała jako lekarz, była nim z wykształcenia. Oprócz pierścionka Alicja dostała łańcuszek, aby wtedy, gdy będzie operowała zawieszała go sobie na szyi.
     Rano Maks nachylił się nad śpiącą Alicją. Uśmiechał się i patrzył na nią, jak smacznie śpi zanurzona w pościeli. Jest cudowna, pachnie miłością, ich wielką miłością.
- Czy kiedyś ktoś cię tak szalenie kochał jak? Szeptał patrząc na nią.
Musnął ją lekko ustami, otworzyła oczy.
- Wstawaj, zjemy śniadanie i idziemy do pracy.
- Znowu do pracy. Co za życie, Ciągle praca i praca.
    Mariolka pracująca w rejestracji pierwsza zauważyła u Szymańskiej pierścionek zaręczynowy. Zaraz wiadomość  przekazała swojej koleżance, a później to już metoda łańcuszkową wieść się rozniosła.
- A kto jest jej narzeczonym praktycznie nikt nie wiedział, poza  Leonem i Elżbietą.
Po dwóch dniach Jivan medytując wspólnie z Maksem w tajemnym miejscu szpitala zapytał Maksa, czy to jest prawda, że Alicja nosi pierścionek zaręczynowy.
- No, widziałem pierścionek na łańcuszku, jak wisiał jej na szyi. Przecież wiesz, że operatorzy  nie noszą biżuterii  na rękach.
- Jak ona to robi, że nikt nie wie kim jest jej facet. Podobno często jeździ do Bydgoszczy, pewnie tam ma kogoś.
- A ja słyszałem w rejestracji, że jakiś warszawiak kupił jej torebkę  za 20 tys. zł.
- O cholera, to musi ją kochać.
Maks przytaknął głową i nic nie odpowiedział. Sprawiał wrażenie zamyślonego, może nawet przygnębionego.
- Jak to Maks kiedyś mówiłeś? Nie dla psa kiełbasa?
- No mówiłem tak.
Jivan klepnął Maksa w rękę i powiedział, że wszyscy mają swoje przeznaczenie.
- Wiem, gdzieś w kosmosie jest zaprogramowane kto dla kogo jest przeznaczony. Odpowiedział Maks.
W pracy Alicja i Maks zajmowali się tylko sprawami służbowymi. Operowali, konsultowali. Leon układał im tak grafik, aby oddzielnie wychodzili z pracy.
Maks zadziwiał co prawda wszystkich, ponieważ diametralnie się zmienił. Z wesołka, w poważnego lekarza. Wszyscy jednak przypisywali mu tęsknotę za byłą dziewczyną.
     Alicja siedząc w swoim mieszkaniu usłyszała, że ktoś wkłada klucz do zamka. Początkowo myślała, że to Maks. Chciała nawet podejść do drzwi i je otworzyć, ale na klatkę  schodowa wyszła sąsiadka mieszkająca naprzeciwko.
-  Przepraszam, ale pan Maks już tu nie mieszka.
- Nie mieszka? A  gdzie mieszka.
- Nie wiem, wyprowadził się prawie rok temu. Chyba mieszkanie sprzedał, bo są  zmienione zamki.
- Dobrze, że mi pani powiedziała, bo dobijałabym się do obcych ludzi, odpowiedziała kobieta i zeszła po schodach na dół.
Alicja stanęła przy oknie i popatrzyła zza firanki. Do samochodu, który miał kierownicę z innej strony, niż mają samochody polskie zmierzała wysoka blondynka, ubrana w bardzo kusą spódniczkę.
Wsiadała do samochodu i odjechała.
Alicja zadzwoniła do Maksa i przekazała mu, że wysoka blondyna dobijała się do drzwi mieszkania.
- Przepraszam  cię kochanie, ale jeśli taka jak mówisz, to Iwona.
Za godzinę  przyjadę do ciebie.
Wchodząc na klatkę  schodową spotkał sąsiadkę.
- Dzień dobry pani Zosiu. Jak zdrowie?
- Dobrze panie doktorze, zawsze będę panu wdzięczna za to, że namówił mnie na tą operację i ją zrobił. Już nie cierpię. Tylko, że lekarstwa mi się skończą niedługo i znowu będę musiała iść i czekać  w kolejce.
- Pani Zosiu, nie ma takiej potrzeby. Jak będę w przychodni, wyciągnę pani kartę i wpiszę jeszcze te same leki. Przywiozę pani receptę, albo pani doktor Alicja, która mieszka w tym mieszkaniu co kiedyś ja mieszkałem.
- A wie pan, przybliżyła się do |Maksa i cicho, aby nikt nie słyszał powiedziała. Była tu ta Pana blondyna, ale powiedziałam, że pan sprzedał to mieszkanie.
- Dobrze pani powiedziała, bo sprzedałem dla doktor Alicji.
Maks zapukał do drzwi, co prawda miał klucze, ale przy sąsiadce nie otwierał sam, czekał aż mu otworzy Ala, jego ukochana Ala.





1 komentarz: