niedziela, 16 marca 2014

Miłość silniejsza niż... cz. 22

Leon Jasiński odwiózł Alicję do rodziców Irka. Przez dwa dni  gościł u nowych przyjaciół. Z ojcem Irka łowił ryby, a wieczorem czyścił je,  patroszył i grillował. Uwielbiał to.
Przed odjazdem poprosił panią  Hanię o szczególną opiekę  nad  jego córką.
Leon szybko zaprzyjaźnił się z Hanią i jej mężem oraz synem. Wcześniej nigdy nie schodził do kaplicy szpitalnej, teraz prawie każdego dnia.
Kolejna wizyta Jasińskiego na Mazurach była bardzo oczekiwana przez Alicję.
Ojciec przekazał jej swoje przemyślenia, że rezygnuje ze stanowiska ordynatora. Ma już dosyć, teraz chce normalnie pracować i odpoczywać nad jeziorami.
- Kto zostanie ordynatorem?
- Kiedyś mówiono o Maksie, albo o tobie.
Elżbieta już rozpisała konkurs. Zgłosiło się wielu chętnych, nikt z naszego szpitala. Największe szanse ma syn Karkoszki.
- Tego naszego Karkoszki, od studentów?
- Właśnie tego, ma wielkie parcie na to stanowisko.
- Nie chcę oceniać jego umiejętności zawodowych, ale myślę, że nie ma takiego samego infantylnego sposobu bycia jak jego ojciec.
Jasiński popatrzył na swoją córkę. Pierwszy raz słyszał od Alicji słowa krytyki o kimkolwiek. Zdanie na temat seniora Karkoszki miał już wyrobione, chyba niczym nie różniło się od opinii Alicji.
Gdy Alicja wychodziła za Maksa, Leon  nie czuł się komfortowo. Był zazdrosny o swoją córkę. Pragnął jej szczęścia, ale nie był pewny czy to szczęście Maks potrafi jej dać. Później okazało się, że są  wspaniałym, kochającym się małżeństwem. Alicja mogła liczyć zawsze  na swojego męża. Pomagał jej wówczas, kiedy walczyła z chorobą, wspierał ją w pracy, dbał  o jej rozwój zawodowy i naukowy. Pragnął aby jak najszybciej się habilitowała. Wszystkim powtarzał, że wiedza, którą posiada Alicja nie może się zmarnować.
     Miłość, która łączyła tych  dwoje była ogromna. Dlaczego trwała tak krótko? Takie pytanie powtarzali  wszyscy, którzy ich znali.
Maks po ślubie, diametralnie się zmienił. Z wesołego bawidamka w statecznego męża i przyszłego ojca. Czasami niektórzy zazdrościli tego uczucia, przede wszystkim młode dziewczyny.
Mariolka od wielu lat platonicznie kochała się w Maksie Kellerze. Nienawidziła natomiast wszystkie kobiety, którymi Maks był zainteresowany. Szczególną nienawiść miała do Alicji Keller. Rejestracja szpitalna była wylęgarnią plotek, a na temat młodych Kellerów szczególnie.
     Po śmierci Maksa, Mariolka powiedziała swojej przyjaciółce, że była w szpitalnej kaplicy u młodego księdza Ireneusza wyspowiadać się.
- Ty Mariolka u spowiedzi? Przecież zawsze byłaś kryształowa, tylko wszyscy inni be.
- Miałam powody. Przede wszystkim wyspowiadałam się z zawiści i zazdrości o doktora Maksa.
Kochałam go, ale  on nie zwracał na mnie uwagi. Dla niego najważniejszy był intelekt, nie uroda.
- To fakt, to fakt. Skomentowała wypowiedź koleżanka.
   A jaką dostałaś pokutę?
Mariolka popatrzyła na koleżankę nie wiedząc co odpowiedzieć.
- Ksiądz Ireneusz kazał mi kupić dwa znicze, pójść na cmentarz, zapalić je i zmówić wieczny odpoczynek.
- Dlaczego dwa?
- No nie wiem. Chyba dlatego, że zawsze na grobie stawia się parzystą liczbę świeczek i chyba dlatego, aby to był dialog mój z Maksem.
Holem przechodziła dyrektor Bosak, więc Mariolka i jej koleżanka przestały rozmawiać i zajęły się swoją pracą.
     W szpitalu odbył się konkurs na stanowisko ordynatora oddziału chirurgii. Wiedzą medyczną i organizacyjną młody Karkoszka przewyższał innych kandydatów.  Choć wcześniej Elżbieta Bosak była nastawiona na nie, w tym momencie musiała powiedzieć tak. Dla niej liczyła się fachowość, nie protekcja. Młodemu Karkoszce nic nie można było ująć, jedynie postawy jego ojca, która  wcześniej szukał wstawiennictwa. Wiedza przyszłego ordynatora chirurgii w Copernicusie nie potrzebowała żadnej protekcji, żadnego protegowania czy poplecznictwa.
    Odejście Leona było bardzo uroczyste. Były kwiaty, przemówienia. Wieczorem przyjęcie zorganizowane przez Leona w restauracji. Na nim zjawiła się Alicja w asyście rodziców Ireneusza, którzy byli szczególnymi gośćmi. Irka natomiast nie było, nie uczestniczył w takich spotkaniach.
Były toasty, wspomnienia, opowiadanie anegdot związanych z ordynatorem Leosiem. Ordynatorzy innych oddziałów wykonali  skecz, który był tematycznie związany z osobą ordynatora. Najbardziej wszystkim podobały się teksty, typu : "baba chirurg, to ani chirurg, ani baba", "zrób coś z sobą, rozpocznij specjalizację chirurga",  "chirurg leczy ciało, duszę leczą inni specjaliści", " to będzie najlepszy szpital w Polsce", "... to Elżbieta, nie my..."
- W tym sympatycznym towarzystwie brakuje  jedynie  Maksa Kellera. Powiedział profesor Mich do Wanata.
- Szkoda, że go nie ma z nami, to była naprawdę przyszłość  polskiej chirurgii.
Alicja następnego dnia  poszła na cmentarz, uroniła  sporą ilość łez i jak najszybciej chciała wrócić na Mazury. Tu czuła się świetnie. Miejscowi polubili ją, czasami gdy ją widzieli na spacerze rozmawiali, pytali o samopoczucie oraz zadawali różne pytania z dziedziny medycyny. Młoda nauczycielka biologii z miejscowej szkoły, która mieszkała w pobliżu  często przychodziła do Alicji pogawędzić, wypić razem herbatę. Przynosiła ze sobą słodkości i wypieki wykonane przez  jej matkę.
      Spacerując nad brzegiem jeziora poczuła skurcze. Wiedziała, ze coś się z nią dzieje. Do terminu porodu było jeszcze trzy tygodnie. Zaniepokoiła się i natychmiast poszła do przychodni, do Hani.
Ta wezwała karetkę pogotowia. W tym samym czasie zadzwoniła do Leona.
Lekarz pogotowia zdecydował przewiezienie jej do Szpitala do Olsztyna. Do Torunia było zbyt daleko.
Leon pobiegł do Elżbiety, by wziąć kilka dni urlopu.
- Spokojnie. Wykonam telefon do mojej koleżanki, która jest dyrektorem w Szpitalu Miejskim w Olsztynie.
Elżbieta natychmiast połączyła się ze szpitalem. Rozmowa trwała krótko, ale była rzeczowa.
Karetka zamiast do szpitala wojewódzkiego, została skierowana do szpitala miejskiego. W tym szpitalu oddział ginekologiczno-położniczy jest jednym z nielicznych szpitali w Polsce, który może pochwalić się certyfikatem  "Rodzić po ludzku" nadanym przez Ministerstwo Zdrowia.
     Leon pojechał do domu by się przygotować do wyjazdu. Za chwilę otrzymał telefon od Elżbiety, że Alicja jest już w Olsztynie i ona z nim tam jedzie.
- Chcesz jechać ze mną?
- Pewnie, będę również miała okazję odwiedzić moją koleżankę.
Po kilku godzinach spokojnej jazdy zajechali pod szpital, na ulicę Mariańską. Gdy weszli do części ginekologiczno-położniczej Elżbieta była pod wrażeniem. Myślała, że jej szpital jest na wysokim poziomie. Ale to co zobaczyła ją bardzo zdziwiło. Oddział, wyposażenie, kadra lekarska i  niższego personelu medycznego było na bardzo wysokim poziomie. Gdy przedstawili się, że chcą odwiedzić Alicje Keller pielęgniarka poinformowała ich, że pacjentka o takim nazwisku  w tej chwili jest na sali operacyjnej. Ma  zabieg cesarskiego  cięcia .
W tej samej chwili na oddziale zjawiła się dyrektor szpitala. Powitań nie było końca. Z Bosakową widywały się często na różnych naradach dyrektorów szpitali.
- Poznajesz Leona?
- O cholera, Leoś, nigdy bym cię  nie poznała np. na ulicy. Tak się zmieniłeś.
- No,  od naszych studiów minęło już około 35 lat.
- Alicja Keller, to twoja córka?
- Tak.
- To dlaczego przyjechałeś ty a nie jej mąż?
- Ona od niecałych dwóch miesięcy jest wdową.
- Ups. Przepraszam.
- Keller to znane nazwisko. Kiedyś był to znakomity chirurg, później podobno pracował w Szwajcarii.
- Tak, to teść mojej córki. Jej mąż miał na imię Maks, świetnie zapowiadający się chirurg.
- Zapraszam was do siebie, nie będziemy tak przecież stali na holu.
- Pani dyrektor, to może proszę do mojego gabinetu, zaproponował ordynator oddziału, który właśnie zszedł z sali operacyjnej.
- Tak, świetnie. Dyrektor przedstawiła ordynatora swoim gościom.
- Pani Keller jest po zabiegu. Omówił szczegółowo przebieg operacji, stan pacjentki i nowo narodzonego chłopca.
- Panie ordynatorze, wypijemy u pana kawę, a później, jak pacjentka zostanie przewieziona na oddział, to ją odwiedzimy.  Dyrektor szpitala była już po pracy, więc nigdzie się nie spieszyła.
Po przewiezieniu Alicji do jednoosobowej sali zraz wszyscy udali się, by ją odwiedzić.
- Osłabiona upływem krwi Alicja była blada. Nie wierzyła, że jest w Olsztynie jej ojciec i Elżbieta.
Leoś był zauroczony swoim wnukiem. Zrobił komórką zdjęcie i wysłał je Beacie do Anglii. Nadał również sms do Hani.
- Zabierzecie mnie do Torunia? Zapytała Alicja.
- Ala, w swoim czasie. Przyjedziemy do ciebie jak już cię wypiszą, zarejestrujesz dzieciątko w USC i pojedziemy do Torunia.
Leon, Elżbieta i dyrektor olsztyńskiego szpitala wieczorem spotkali się w restauracji na kolacji.
Następnego dnia odwiedzili Alicję Hania  z mężem. Przekazali pozdrowienia od Irka oraz znajomych, z którymi Alicja już się przyjaźniła.
Hania przywiozła jej pampersy, kaftaniki, pieluchy tetrowe, kocyk, chusteczki higieniczne dla niemowlaka, śpiochy, dwie czapeczki, mydełko, oliwkę i wszystko co powinno znaleźć się w wyprawce dziecka.
- Skąd ty tego tyle nabrałaś?
- Zgromadziłam to wcześniej dla mojego "przyszywanego wnuczka" z uśmiechem odpowiedziała Hania.
Alicji zakręciły się łzy w oczach. Kolejny raz Hania dała dowód swojej sympatii dla Alicji. Nie tylko mówiła o tym, że traktuje ją jak córkę, ale zawsze to potwierdzała  drobnymi czynami.
- Przywiozłam ci jeszcze soki własnej roboty, ciasto i nawet pieczonej cielęciny. Musisz być silna i szybko dojść do siebie.
- Kocham cię Haniu, jak własna matkę.
- A ja ciebie jak córkę. Malucha będę kochała jak własnego wnuka, już to wiem.




4 komentarze:

  1. nie moglabys ztobic to jako sen ????

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieje ze maly bedzie mial na imie Maks :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super Info zmieniłam adres bloga http://ala-maks-razem.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo ładnie napisane. Wiadomo jest, że przed rozpoczęciem serialu Lekarze Olsztyn też był brany pod uwagę. Podobno zauroczyła producentkę panią Chamczyk hala, w której obecnie jest szpital Copernicus i to przeważyło, że serial kręcony jest w Toruniu. W Olsztynie pewnie też nie byłoby najgorzej, bo to bardzo piękne miasto, szczególnie latem.

    OdpowiedzUsuń