środa, 19 marca 2014

Miłość silniejsza niż... cz. 23

Alicja wróciła do Torunia. Początkowo we wszystkim pomagał jej Leon. Często w odwiedziny przyjeżdżała pani Hania. Jak później się wydało, były to wizyty umawiane przez Leona. Kiedy on wyjeżdżał do Bydgoszczy, przyjeżdżała, niby w odwiedziny do Irka . Zawsze zatrzymywała się na kilka dni u Alicji.
Mały Keller został zapisany w USC jako  Maciej-Maks. Imię  Maciuś do niego bardzo pasowało.
Ireneusz, jeśli tylko Alicja potrzebowała, zawsze służył pomocą. Czasami nawet na jej telefoniczne prośby robił  zakupy i przywoził do domu. Ona wówczas coś pichciła i razem jedli kolacje lub obiady.
- Alicja, jesteś katoliczką, dlaczego jeszcze nie ochrzciłaś  synka?
- No tak, nie pomyślałam o tym, nie mam czasu myśleć.
- Ja ochrzczę małego, tylko musisz mieć  chrzestnych.
- No pewnie, wiem.
Wieczorem zadzwoniła do Beaty z zapytaniem, czy nie zechce być matką chrzestną. Siostra bardzo się ucieszyła i powiedziała, że jak najszybciej postara się przyjechać do Polski.
- A kto będzie ojcem chrzestnym?
- Jeszcze nie wiem, ale  na pewno znajdę odpowiedniego kandydata.
Po kilku tygodniach Beata przyjechała do Polski i razem z Jivanem, najlepszym przyjacielem Maksa doprowadzili do tego, aby  mały Keller z poganina przemienił się w prawdziwego katolika.
Uroczystość nie była skromna. Byli dziadkowie Kellerowie i Jasiński, Beata z narzeczonym, Elżbieta z synem, Irek i jego rodzice, Jivan z żoną i trójką dzieci, Krzysztof Florczyk, Sylwia z Ordą, pani Sabinka.
Przyjęcie odbyło się w domu Jasińskiego. Dziadkowie Kellerowie na spółkę z Jasińskim opłacili catering i wszystkie inne opłaty związane z tą uroczystością. Maluch otrzymał pokaźne prezenty, w tym konto bankowe w Szwajcarii.
Kellerowie, jak zawsze mieszkali w hotelu, nie chcieli niepokoić swoją obecnością  synowej.
    Urlop macierzyński Alicji dobiegał końca. Przy pomocy Jivana znaleźli bardzo dobrą opiekunkę  do dziecka, byłą położną.
Kilka dni przed rozpoczęciem pracy, Alicja poszła załatwić formalności związane z podjęciem na nowo stanowiska lekarza chirurga.
W gabinecie dyrektora szpitala miała przyjemność spotkać się z ordynatorem oddziału.
- Michał Karkosza. Przedstawił się ordynator.
- Jeśli w połowie jest pani taka dobra jak o pani mówią, już jestem zadowolony z pani pracy.
- Alicja Keller. Przedstawiła się Ala.
Jeśli w połowie nie jest pan taki, jak o panu mówią, to myślę, że jest pan bardzo dobrym lekarzem, ordynatorem  i człowiekiem.
- No widzę, że wymieniliście uprzejmości. Powiedziała  Elżbieta.
- Uważam panie ordynatorze, że powinien pan teraz iść na oddział z panią Keller i przedstawić jej grafik na następny tydzień i pana warunki  pracy.
Wyszli z gabinetu dyrektor Bosak. Wszyscy napotkani lekarze i pielęgniarki miło witały się z Alicją.
- Przygotowujemy się do operacji przeszczepu nerek, tzw. "domino".
- Tak, kiedyś będąc na praktyce w Ameryce uczestniczyłam w takiej operacji. Jest to ogromne przedsięwzięcie panie ordynatorze.
- Tak. Wiem, że oddział transplantologii jest dzieckiem dyrektor Elżbiety Bosak. Przyszedł czas na zdanie matury.
Będzie to pierwsza taka operacja w Polsce i wiem, że zakończy się sukcesem. A my wpiszemy się na karty historii polskiej transplantologii.
- No tak, zawsze musi być ten pierwszy raz.
     Alicja bardzo szybko wpadła w rytm pracy oddziału chirurgicznego. Nie zawsze podzielała zdania kolegów odnośnie  krytyki ordynatora. Była przekonana, że jego działania są spowodowane podniesieniem jakości pracy na oddziale i podniesienie warunków opieki nad chorymi.
Nowy ordynator przyglądał się pracy wszystkich lekarzy, również pracy Alicji Keller.
Praktycznie do wszystkich miał mniejsze, czy większe uwagi, natomiast praktycznie nigdy do Alicji. Liczył się z jej zdaniem. często konsultował z nią  przypadki medyczne. Jedynie co się jemu nie podobało, to fakt, że praktycznie zaraz po skończonej pracy biegła do domu, do swojego synka.
- Pani doktor Keller, musi być pani bardziej dyspozycyjna. Powtarzał.
- Jestem dyspozycyjna w miarę możliwości, ale mam obowiązki matki. Zresztą cóż pan na ten temat może wiedzieć, skoro pan nie ma dzieci.
- No tak. Cóż ja mogę na ten temat wiedzieć, skoro pani wie, że ja nie mam dzieci. Odpowiedział.
Po kilku tygodniach współpracy Karkoszka zaproponował Alicji objęcie stanowiska wice ordynatora.
- Nie, dziękuję. Nie mam teraz czasu, mam inne obowiązki na głowie. Może kiedyś tak, ale teraz nie.
- W takim razie nie będę rozpisywał konkursu na to stanowisko, będę czekał na panią.
Alicja spojrzała pytająco na ordynatora.
- Ale w moim przypadku nie będzie to wkrótce.
- Będę czekał. Na razie sam daję radę. A pani niech wie, że zarówno ja, jak również to stanowisko czeka na odpowiednią, odpowiedzialną osobę.
- Dziękuję za zaufanie panie ordynatorze.
- Może będziemy mówili sobie po imieniu.  Jestem Michał.
 Alicja wyciągnęła dłoń.
-  Alicja. Miło mi.
W pracy rzadko mówili do siebie po imieniu. Ordynator miał zasadę, że najzdrowszym układem w pracy nie jest mówienie sobie po imieniu, co nie wpływa na spoufalaniu się pracowników.
     Operacja domino, pomimo małych zawirowań dawców i biorców udała się. Gazety w Polsce, a przede wszystkim lokalna Gazeta Toruńska rozpisywały się o zespole lekarz, którzy  jednocześnie operowali 6 osób, trzech dawców i trzech biorców.
Elżbieta Bossak była dumna ze swoich pracowników i z ich dokonań.
     Michał Karkoszka bardzo lubił operować z Alicją. Rozumieli się bez słów, uzupełniali się Tworzyli niezwykle zgrany chirurgiczny duet.
     Alicja z synkiem często chodziła na cmentarz. Paląc świeczki przy grobie opowiadała swojemu maleńkiemu synkowi o tym, jakiego miał wspaniałego ojca, który tak samo jak mama był lekarzem.
     W niedzielę, wychodząc z cmentarza spotkała Michała, który prowadził za rękę  małą dziewczynkę.
- Dzień dobry, co za spotkanie?
- Marysiu, przywitaj się z panią doktor. Ta pani pracuje z tatusiem.
   To jest moja córka.
- Nie wiedziałam, że masz córkę.
- Ile masz lat? Zapytała dziewczynkę.
- Pięć i pół. Odpowiedziała Marysia.
- Och to już jesteś duża.
- A pani dziecko ile ma lat.
- Za kilka dni będzie miał jeden roczek. Jesteś od niego starsza.
- Maciuś, zobacz, to jest Marysia.
 Chłopczyk wesoło zaczął trzepotać rączkami, jakby prosił, aby z nim również się przywitano.
- To co teraz robicie? Zapytał Michał Alicję.
- Pojadę  trochę do parku pospacerować.
-  Zapraszam cię  do kawiarni. My wypijemy kawę a dzieciaki zjedzą  po ciachu.
Na sąsiedniej ulicy była przesympatyczna mała kawiarenka. 
Pijąc kawę Michał otworzył się przed Alicją.
- Mieszkałem w Warszawie prawie całe moje życie. Poznałem kobietę z Torunia  i mam z nią  dziecko. Nie chciała się ze mną  ożenić. Kiedy zmarła na raka, przeprowadziłem się do Torunia, by być jak najbliżej córki.
W czasie jej  choroby Marysią  opiekowali się dziadkowie. Po śmierci matki nie chciałem im na siłę zabierać wnuczki, więc się tu przeprowadziłem. Kupiłem duży bliźniak, gdzie teraz razem mieszkamy.
Niewiele nam z tymi ludźmi do czynienia. Jestem jednak szczęśliwy, że wychowują moją córkę.
Kiedy jestem w pracy ona jest u dziadków. Staram się jednak jak najwięcej czasu spędzać z nią.
- Jakie to życie jest dziwnie zagmatwane. Powiedziała Alicja.
- Myślałam, że tylko mnie imają się nieszczęścia, ale okazuje się, że tak nie jest.
Atmosfera w kawiarni była bardzo miła. Michał z Alicją nie rozmawiali o sprawach zawodowych, lecz o swoich dzieciach, młodości.
- Ciociu?  Na pożegnanie zapytała Marysia.
- A kiedyś się jeszcze spotkamy. Chciałabym się kiedyś pobawić z Maciusiem.
- Jeśli tylko twój tata będzie chciał, pewnie, że tak.
- Tatusiu, będziesz chciał. Chwyciła ojca za szyję i zaczęła całować.
- Powiedz, że tak, powiedz.
- A mogę przyjść do domu Maciusia?
- Marysia, spokojnie. Pani Alicja nie ma czasu.
- Pewnie, jeśli tylko  kiedyś będziesz chciała przyjść do Maciusia, będziemy na ciebie czekać.
 Maciuś  ma sporo zabawek, ale nie ma lalek, więc musisz ze sobą przynieść.
Mała Marysia na pożegnanie pocałowała Maciusia i  wyciągnęła ręce do Alicji, aby się przytulić.
- Ciocia, lubię cię. I tata mi powiedział, że na pewno się jeszcze spotkamy.
- Ja też bardzo cię  lubię. Odpowiedziała Alicja.
Michał na pożegnanie podał rękę  Alicji.
- Ja też cię  lubię powiedział na pożegnanie i serdecznie się do niej uśmiechnął.
-Pa.





5 komentarzy:

  1. Masz fajne pomysły. Podoba mi się

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie podoba mi sie ta historia. To opowiadanie to jakiś przewodnik i jeszcze ten wątek z kościołem ..... Żenujące :( ale inne opowiadania były fajne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. e tam przewodnik. Fajne opowiadanie. W filmie też była wzmianka o kościele a potem ślub kościelny. |Myślałem, że Alicja będzie miała romans z |Irkiem, też by było niezłe.

      Usuń