sobota, 28 grudnia 2013

Alicja Szymańska - Florczyk. cz. 2

Beata wychodząc następnego dnia do pracy zatelefonowała do ojca.
- Tato, zmieniłam mieszkanie. Mieszkam u Alicji Szymańskiej - Florczyk.
- Nie lepiej było ci w hotelu lekarskim?
- Tato, tu jest super. Alicja to jedna z najlepszych lekarzy chirurgów klinice, gdzie pracuję.
Nie rozmawiała długo z ojcem. Nie był przecież szczęśliwy, że jego jedyna, najukochańsza córeczka nie chce wrócić do Torunia.
W szpitalu Beata nie próżnowała. Miała dwie operacje, a poza tym sporo pracy na OIOM. Po powrocie do domu, nie zastała Alicji.
- Gdzie ona poszła, obiecała, że będzie odpoczywała w domu. Trochę się  zaniepokoiła o swoją przyjaciółkę.
Zrobiła sobie kawę. Zadzwoniła do Alicji.
- Gdzie jesteś. Miałaś siedzieć w domu i odpoczywać.
- Spokojnie, już wracam. Jadę windą i prawie jestem pod drzwiami.
Alicja weszła do mieszkania. Miała w siatce zakupy.
- Ala, umawiałyśmy się, że nie będziesz dźwigała. Razem  miałyśmy chodzić po zakupy, przynajmniej przez pierwsze tygodnie.
- Tak, musiałam załatwić sprawy. Pojechałam na cmentarz.
- Jak trafiłaś na grób.
- Poszłam do biura cmentarza i pracownik mnie tam zaprowadził.
- Tam, to znaczy gdzie?
- Tam, gdzie jest złożona urna Krzysztofa. Jest tam jeszcze miejsce dla mnie.
Beata nie ciągnęła wątku cmentarza, nie chciała, aby Alicja płakała. Słuchała jedynie tego, co sama mówi.
- Załatwiłam również sprawy w ZUS-ie. Muszę rozliczyć się z tymi, co zorganizowali pogrzeb mojemu mężowi.
- Nie musisz. Profesor Florczyk, jako zasłużony profesor został pochowany przez Gminę Warszawa.
Była to ładna uroczystość, władze miasta, ogromna ilość studentów, pracowników naukowych, lekarzy i chyba pacjentów.
Alicja znów zaczęła płakać.
- Było pięknie, cudownie, tylko najbliższej osoby, własnej żony tam zabrakło.
- Ala, przestań. Wiadomo dlaczego ciebie tam nie było. Najważniejsze, że jesteś tu, z nami.
- No nie wiem, co by było lepsze.
Beata przytuliła ją do siebie.
- Chyba wezmę lewe zwolnienie lekarskie i będę się tobą opiekować. Nie możesz sama zostawać w domu. Proszę, nie rób nic sama, ja ci naprawdę pomogę.
A na sobotę i niedzielę możemy pojechać do Torunia. Zresztą za dwa tygodnie będzie pierwszy maja, potem trzeci maja. Poproszę ordynatora, może  da mi wolne na kilka dni, więc pojedziemy do mojego taty.
- Ty jesteś stażystką, więc nie proś o żadne wolne.
- Spokojnie, już z nim rozmawiałam. Powiedziałam, że chcę cię zabrać do Torunia. Przecież już niedługo musisz wracać do pracy i musisz zapomnieć o swoich dolegliwościach.  Zna mojego ojca, więc się już wstępnie zgodził.
30 kwietni Alicja z Beatą późnym popołudniem  dojechały do Torunia. Ojciec czekał na córkę i jej przyjaciółkę.
Przy uroczystej kolacji, którą zorganizował ojciec Leon Jasiński zapoznał Alicję ze swoimi przyjaciółmi.
- Elżbieta Bosak, moja najlepsza przyjaciółka i dyrektor szpitala Copernicus.
- Janek, syn Elżbiety Bosak.
Janek jako dobrze wychowany chłopak nie wiadomo, czy cieszył się, czy tylko udawał, że jest zaproszony na kolację.
Alicja po tym co wcześniej przeszła, tu w Toruniu czuła się bardzo dobrze. Leon był bardzo sympatyczny, chociaż ze dwa razy krytycznie wyrażał się na temat kobiet chirurgów.
Alicja śmiała się, że z tego o czym mówił ojciec Beaty, lecz z tego, w jaki sposób reagowała Elżbieta.
- Alicja, on na punkcie lekarzy - kobiet ma obsesję.
  Nie wiem dlaczego mnie toleruje jako lekarza i jako jego szefa.
- Alicja, nie ujmuję twoich zasług dla chirurgii, ale kobieta chirurg, to ani kobieta, ani chirurg.
- Tato, już przestań.
- Ja wiem swoje, dlatego w moim zespole nie ma żadnej kobiety. Rozczulają się, płaczą ze swoimi pacjentami, nie wytrzymują na sali operacyjnej.
- Może ja nie jestem kobietą, bo zachowują zimną krew zarówno na sali operacyjnej,  również na SOR-ze, jak również na sali chorych w stosunku do pacjentów.
Leon chyba zrozumiał, że trochę przeholował, więc zaczął tłumaczyć, że przecież od każdej reguły są wyjątki.
     Zadzwonił telefon ze szpitala, że potrzebują pomocy lekarza chirurga. Wybuch gazu w budynku mieszkalnym.
    Wszyscy, oprócz Janka zareagowali spontanicznie.
- Jedziemy do szpitala. Alicja i Beata jedziecie z nami. Taką decyzję podjęła Elżbieta.
Alicja poczuła się pewnie i bardzo  potrzebna.
Na SORZE było kilka poważnych przypadków.
- Maks Keller będzie operował z Alicją Szymańską, Łukasz Wilecki z Tadeuszem Gułą, ja zostanę na SOR.
Maks Keller popatrzył na Alicję. Nie był bardzo szczęśliwy, że przydzielono mu do pracy kobietę, której nie znał. Dowiedział się w locie, że jest z Warszawy i ma tytuł naukowy doktora.
Głównym operatorem był Maks, Alicja jego pomocnikiem.
Po kilkutygodniowej nieobecności na sali operacyjnej Alicja nie czuła skrępowania. W czasie zabiegu obserwowała lekarza. Nie wtrącała się, wykonywała jedynie polecenia.
- Ja bym zrobiła skośne zespolenie.
Maks popatrzył na Alicję.
- Tak, ma pani rację, też o tym myślałem.
Dzięki, że utwierdziła mnie pani w moim myśleniu.
- Mam na imię Alicja. Nad pacjentem podali sobie ręce.
- Maks. Miło mi.
Po zakończonej operacji i przewiezieniu pacjenta na OIOM poszli do pokoju lekarskiego. Pijąc kawę rozmawiali na temat przebiegu operacji, czekali na lekarzy, którzy jeszcze kończyli operację na drugiej sali.
Około północy wrócili do domu. Alicja była zachwycona szpitalem, panującymi tam warunkami materialnymi oraz sympatyczną atmosferą.
- Alicja, mój lekarz Maks powiedział mi, że jesteś niezłym lekarzem.
- Dziękuję bardzo. On też.
- On pewnie obejmie po mnie ordynaturę, jest naprawdę niezłym i bardzo zaangażowanym lekarzem.
Następnego dnia Beata zaproponowała Alicji spacer po Starym Mieście. Nieco zmęczone weszły do kawiarni.  Zamówiły kawę. Beata również zamówiła sobie eklerka.  Uwielbiała objadać się słodyczami.
Alicja podziękowała Beacie, za to, że wyciągnęła ją do Torunia.
- Dziwię się, że nie robisz stażu w Toruniu. Szpital Copernicus jest na poziomie europejskim. Byłam w Belgii, Danii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych i innych krajach. Taki szpital jak Copernicus jest chyba jedyny w Polsce, ale jest taki sam jak szpitale w krajach zachodnich. Elżbieta jest super menagerem.
- Tak, bo przez naście lat pracowała w Belgii, miała męża Belga. Jest rozwiedziona i dlatego wróciła do Polski.
- Taka fajna babeczka i rozwiedziona. Oj faceci, faceci. Nie rozumiem ich. Mój Krzysztof był taki fajny, szkoda, że już go nie ma.
Pierwszy raz mówiąc o Krzysztofie nie poleciały jej łzy.
- Nie będę już ryczeć, bo płacz do niczego nie prowadzi. Wrócę do pracy, zajmę się sobą i będę normalnie żyła.


1 komentarz: