Alicja wchodząc na oddział została poinformowana, że ktoś na nią czeka w gabinecie lekarskim.
Rzeczywiście w gabinecie lekarskim siedział młody człowiek.
- Dzień dobry, czy mam przyjemność z Panią Florczyk .
- Tak, Alicja Szymańska - Florczyk, podała rękę nieznajomemu.
- Moje nazwisko Arnold Florczyk. Jestem synem Krzysztofa.
- Krzysztof nigdy nie mówił o panu. Nikt ze znajomych również nie mówił, że profesor Florczyk miał syna.
- Wie pani, ja przyjechałem jedynie załatwić sprawy spadkowe po moim ojcu.
- Jakiego spadku?
- No, mój ojciec pewnie miał jakiś majątek, zresztą jego publikacje też będą dawały jakieś pieniądze.
- Chyba nikomu nie zapisał swoich praw autorskich
- Muszę pana rozczarować. Minął już rok, sprawy spadkowe są już dawno załatwione.
- Beze mnie?
- Nikt o panu nie wiedział, mąż nigdy o panu nie mówił.
- Nie będę z panem rozmawiała sama, jedynie poprzez mojego adwokata.
- Pewnie, wyrzekł się mnie jeszcze przed urodzeniem.
Widzi pani, czasami ojcowie odchodzą jeszcze przed narodzeniem dziecka, potem dla ochłapu dają swoje nazwisko i znikają. Ale skąd pani może to wiedzieć.
Proponuję pani załatwienie sprawy ugodowo, bez sądu, będzie taniej. Da pani część mi należną np. tzw. zachowek i będzie po sprawie.
- Jak powiedziałam, tylko będę na te tematy rozmawiała poprzez mojego prawnika.
Wyjęła z torebki wizytówkę i podała mężczyźnie.
- Dobrze. Spotkamy się w sądzie.
A przy okazji, to muszę powiedzieć, że "tatuś" miał gust i znalazł sobie ładną żonę.
Pożegnał się z Alicją i wyszedł.
Wyjęła z kieszeni komórkę i wykręciła numer do swojego prawnika. Umówiła się z nim po pracy.
Po dwóch operacjach czuła się zmęczona, ale wypiła kawę i poszła na umówione spotkanie.
Jeszcze raz wspólnie przeczytali testament, w którym wyraźnie jest napisane, że jedyną spadkobierczynią jest Alicja Szymańska - Florczyk i że nie ma innej rodziny. Zresztą, wyrok sądu odnośnie spadku jest dawno uprawomocniony.
- Proszę się nie obawiać, wszystko jest ok. Poczekamy na pozew z sądu. Według mnie, takiego nie będzie.
Pani Alicjo, a ten człowiek się wylegitymował?
Nie, tylko przedstawił się z imienia i nazwiska.
Bardzo proszę, aby pani z nim więcej nie rozmawiała. Dobrze pani zrobiła, że natychmiast do mnie zadzwoniła.
Czasami są naciągacze np. na wnuczka, na babcię, na porzucone dziecko. A ludzie płacą, a później płaczą.
Mijały miesiące, Arnold Florczyk nie dawał znaku życia.
Alicja jednak ciągle myślała o tym człowieku. Zastanawiała się, dlaczego Krzysztof, który był dla niej nocą i dniem, słońcem i księżycem, mentorem i mężem nigdy nie mówił o swoim synu. Może to nie naciągacz, a prawdziwy syn?
Próbowała poradzić się Beaty co ma o tym myśleć.
Niestety, nie dostała od niej żadnej odpowiedzi.
W długiej nocnej rozmowie doszły jednomyślnie do wniosku, że zaczną szukać swoich rodziców. A może przy okazji znajdą jakieś rodzeństwo przyrodnie. Zaczęły się chichotać, jak gimnazjalistki.
Wcześniej Beata wielokrotnie pytała ojca o swoją matkę, ale on zawsze ją zbywał.
Kiedyś wyprowadzony przez córkę z równowagi wykrzyczał, żeby zajęła się nauką a nie szukaniem kogoś, kto jej nie chciał.
Innym razem Beata zmieniła taktykę i będąc wyjątkowo miła pytała ojca, jak wyglądała jej mama.
- Była ładna, jakie miała włosy?
- Była ładna, ale głupia.
- Jak głupia?
- Bardzo, bardzo, bardzo.
- To dlaczego zadawałeś się z głupią kobietą.
- Była głupia, ale łatwa.
Beata po tym co usłyszała coraz rzadziej pytała ojca o swoją matkę.
Koleżankom ze szkoły mówiła, że matka zginęła w wypadku samolotowym nad Trójkątem Bermudzkim. Nigdy tego samolotu nie odnaleziono.
Elżbieta Bosak przesłała do kliniki chirurgii w Warszawie pismo, z prośba o oddelegowanie lekarza na operację tętniaka. Pacjent nie nadawał się do transportu.
Ordynator, bezpośredni przełożony Alicji poprosił ją, czy nie może jechać do Torunia. Bez problemu wyraziła zgodę.
Beata, jak się o tym dowiedziała, załatwiła sobie zamiany koleżeńskie i obie zjawiły się w Toruniu.
Leon Jasiński z jednej strony ucieszył się na widok córki i jej przyjaciółki, z drugiej zaś strony nie za bardzo był szczęśliwy , że tym specjalistą jest kobieta i to o wiele młodsza od niego, a tylko ciut starsza od jego córki.
Trzeba było u pacjenta wykonać dodatkowe badania, co przedłużyło pobyt Alicji w Toruniu o kolejne dwa dni.
Operacja była bardzo skomplikowana. Zarówno Leon, jak również Maks Keller i Tadeusz Guła stwierdzili, że doktor Szymańska- Florczyk ma Boskie ręce.
W dniu operacji Leon miał urodziny. Była to wręcz okazja do wydania uroczystej kolacji, na którą zaproszona została Alicja.
Zjawiła się więc cała śmietanka Copernicusa.
- Alicjo, od kiedy cię pierwszy raz zobaczyłem miałem wrażenie, że kogoś mi przypominasz.
- Tak Leoś, mnie również. Martę, naszą koleżankę ze studiów.
- Moja mama miała na imię Marta.
- A tata?
- Tata miał na imię Adam, Adam Szymański.
Alicja tego wieczoru nie wypiła ani jednej kropli napoju wyskokowego. Jeszcze w nocy zamierzała wpaść do operowanego pacjenta, a jutro po obchodzie porannym wyjedzie do Warszawy.
Maks siedział obok Alicji. Praktycznie tego wieczoru nie odstępował jej ani na krok. Adorował ją.
- W przyszłym tygodniu będę w Warszawie, możemy się spotkać?
- Jeśli będę miała czas, to z przyjemnością.
Maks bardzo się ucieszył. Jedzie na sympozjum dla młodych chirurgów, więc będzie miał również okazję po wykładach spotkać się z piękną panią chirurg.
Jakże był zdziwiony, gdy na sympozjum naukowym spotkał Alicję.
- Co tutaj robisz? Umówiliśmy się przecież wieczorem.
- Mam wykład na temat zabiegów chirurgicznych kobiet w ciąży. Ty nie mówiłeś, że przyjeżdżasz na sympozjum, lecz do Warszawy.
Ale świetnie się składa, nie musimy się nigdzie umawiać, bo wieczorem jest bankiet, więc się na nim również spotkamy.
- Maks nie był tym zachwycony, wolałby gdzieś indziej, ale oczywiście się zgodził.
Wieczór był wyjątkowo udany. Alicja po śmierci swojego męża po raz pierwszy była na bankiecie, gdzie było ponad sto osób. Maks tak jak na spotkaniu w restauracji w Toruniu, dzisiejszego wieczora nie odstępował Alicji. Nie szczędził się komplementów. Nie tańczyli, przez cały czas ze sobą rozmawiali. Maks wyjątkowo dobrze czuł się w jej towarzystwie, ona też nie była spięta.
Zwierzył się Alicji, że jest wolny, bo zostawiła go żona i wyjechała z innym mężczyzną do Danii.
- Jak to zostawiła?
- Powiedziała, że wyjeżdża i wyjechała.
- To pewnie wróci.
- Nie chcę takiej kobiety, co oświadcza, że wyjeżdża bez wcześniejszych uzgodnień.
- No tak. Ale to wasza sprawa. Nie chcę na ten temat rozmawiać.
Maks nie ciągnął rozmowy, chociaż czuł taką potrzebę, aby komuś się wygadać. Szpital, w którym pracował był szpitalem plotkarskim. Wszystko roznosiło się w kosmicznym tempie. Alicja natomiast potrafiła słuchać i nie komentować.
- Chyba łatwiej zostać wdowcem, niż porzuconym facetem.
- Nie wiem, nie jestem porzuconym facetem. A śmierć współmałżonka jest naprawdę czymś strasznym i trudnym do pogodzenia się.
Po bankiecie odwiozła swoim samochodem Maksa do hotelu.
- Trudno się żegnać z tak urocza kobietą. Zobaczymy się jeszcze?
- Może służbowo tak. Prywatnie nie mam czasu. Muszę dokończyć książkę, którą zaczęłam pisać razem z mężem. Muszę wykonać jeszcze sporo badań i je przeanalizować. Przyda się studentom.
- Rozumiem. Taki lekarz jak ty, przydałby się w naszym szpitalu. Pewnie nasza pani dyrektor zatrudniłaby cię z otwartymi rękami.
- Dyrektor może tak, tylko ordynator ma uczulenie na lekarski stojące przy stole operacyjnym.
Dobranoc.
Chciał na pożegnanie pocałować ją przynajmniej w policzek, ale nie miał odwagi.
Idąc po schodach w hotelu myślał o Alicji. Doszedł do wniosku, że jest to chyba jedyna kobieta, przy której zachowuje się inaczej, poważnie, z respektem.
- Jest przecież wolna, młoda, muszę, muszę z nią się jeszcze spotkać, a może na zawsze z nią być?
Alicja pojechała do domu. Beata gdy usłyszała zgrzyt klucza w zamku obudziła się.
- Wiesz, widziałam się z Kellerem. Przyjechał na sympozjum. Podobno zostawiła go żona.
- Super. Podoba mi się. On zawsze zostawiał dziewczyny,
Kiedyś, odszedł od ołtarza, bo na ślub przyszła jego kochanka. No wiesz, ta obecna jego żona.
- Ta co go teraz zostawiła?
- Acha.
- To mu dobrze. Powiedziała Alicja.
- Jest wyluzowany, zmieniał dziewczyny jak rękawiczki. Super chirurg, ale kawał drania.
- Beata, spojrzała na przyjaciółkę. Ty chyba go nie lubisz.
Beata zastanowiła się co ma odpowiedzieć.
- Teraz to mnie Keller ani grzeje, ani ziębi. W klasie maturalnej chodziliśmy ze sobą. To znaczy ja chodziłam do liceum, a on przyjeżdżał z Bydgoszczy na staż lekarski. Zobaczył mnie w szpitalu, jak byłam u ojca i od razu wpadłam mu w oko. Był ze mną na studniówce. Dziewczyny mi zazdrościły, byłam w nim zakochana. Potem wyjechał i napisał , że jestem super laską i koniec.
A po maturze ja przyjechałam do Warszawy na studia. On natomiast rozpoczął pracę w Toruniu. Podobno pytał o mnie, ale moja miłość do niego minęła. Zmieniał dziewczyny jak dama mitenki, potem związał się z tą swoją. Mieli dziecko, które podobno bardzo kochał. Po kilku latach małżeństwa przyznała się, że to nie jest jego dziecko. Rzeczywiście, zrobili badania i okazało się, że dziecko nie jest jego, tylko tego, z którym wyjechała.
- To miał facet pecha.
- Dobrze mu tak. Powiedziała Beata. To za wszystkie porzucone dziewczyny i tą pozostawioną przy ołtarzu.
Alicja często chodziła na cmentarz. Informowała Krzysztofa o ukończeniu książki, czy ukazaniu się nowej publikacji.
Każdą wizytę przy grobie kończyła słowami. Dziękuję ci za wszystko, teraz to procentuje, byłbyś ze mnie dumny. Wracając do domu wycierała łzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz