wtorek, 17 grudnia 2013

Siostra oddziałowa cz. 81

Mamo, powiedziała Wiktoria.
- W mojej klasie zdarzyła się tragedia. Marika razem z rodzicami zginęła w wypadku samochodowym. Jechali do szpitala odwiedzić młodszego braciszka.
Zgodziłam się zagrać  w kościele na ich pogrzebie.
     Alicję przez ciało przeleciał dreszcz.
- Tylko musisz  pojechać ze mną do kościoła i pomóc mi rozłożyć Keyboard .
Jeśli nie ja, to pojedzie z tobą tata.
Pogrzeb 3 osób  był bardzo smutnym wydarzeniem. Ksiądz bardzo ładnie mówił o kochającej się rodzinie, pomaganiu sobie wzajemnie, szkole, nauce i życiu wiecznym.
Wszystkich chwyciło za serce,  gdy ksiądz powiedział o braciszku Mariki, który zmaga się z choroba, a teraz na świecie pozostał sam, jedynie otoczony miłością Matki Boskiej.
Alicja z Maksem stali i wsłuchiwali się w treść kazania księdza i pochlipywaniem zgromadzonych w kościele.
- Dobrze, że razem przyjechaliśmy tu z Wiktorią. Zaraz po zakończeniu zabierzemy ją do domu, bo to pewnie ogromne dla niej przeżycie.
    Po skończonej ceremonii Maks zapakował w pokrowiec instrument i wyszli na zewnątrz.
Choć ojciec odradzał Wiktorii pojechanie na cmentarz, ona się uparła, że musi, że przecież to jej koleżanka ze szkoły. Nie było mowy, aby było inaczej.
Jadąc samochodem z rodzicami Maks powiedział, do żony, że mają już prawie dorosłą córkę, bo ona decyduje, a on jej ulega.
Po powrocie do domu Wiktoria płakała. Tłumaczenie rodziców, że takie jest życie, że nic nie da się odwrócić w żaden sposób jej nie przekonywało.
- Bo wiesz mamo, tam w szpital został  trzyletni Krzysio. Oni nie mieli żadnych dziadków, bo rodzice Mariki wychowywali się w domu dziecka.
- Historia lubi się powtarzać, zamruczała pod nosem Alicja.
Następnego dnia Wiktoria miała wysoką temperaturę. Przez cały czas majaczyła o małym trzyletnim Krzysiu, który został sam na tym świecie i pewnie będzie musiał iść do domu dziecka.
Intensywne leczenie i natychmiastowe podanie środków przeciwgorączkowych wpłynęło na szybkie dojście do zdrowia córki. Nie dawała jednak spokoju rodzicom i bez przerwy mówiła o Krzysiu.
- Wiktoria, a w jakim szpitalu leży Krzysiu.
- Podobno kiedyś leżał w Centrum Zdrowia Dziecka, a teraz od dwóch  tygodni  jest w Toruniu, albo w Bydgoszczy.
Maks poszedł do swojego gabinetu i zaczął dzwonić po wszystkich szpitalach. Okazało się, że Krzysio był przygotowywany do wypisania do domu, ale rodzice się po niego nie zgłosili i jeszcze leży w szpitalu w Bydgoszczy.
Po długiej, całonocnej naradzie Maks z Alicją zdecydowali, że jeśli tylko nie znajdzie się bliższa rodzina oni zabiorą Krzysia do siebie.
Pojechali do Bydgoszczy. Okazało się, że nie jest to łatwa droga do adoptowania dziecka.
Kilka miesięcy trwało, aby załatwić wszelkie formalności. Początkowo rodzinna Keller zabierała małego  do swojego domu raz na dwa tygodnie, później stworzyli dla niego rodzinę zastępczą, a dopiero po dwóch latach go zaadoptowali.
Wiktoria, choć miała natłok zajęć w szkole muzycznej i  gimnazjum była ogromnie szczęśliwa, że ma braciszka. jak tylko mogła organizowała mu czas, chodziła na spacery, czytała książki przed snem.
- Krzysio, chcesz uczyć się grać? Zapytała Wiktoria 6-latka.
- Chcę, ale ja lubię skrzypce, jak Janko muzykant, o którym mi czytałaś.
-  Jak zdasz egzamin w przyszłym roku, to rodzice kupią  ci instrument. Zresztą takie najmniejsze skrzypeczki wypożycza się ze szkoły.
- Kocham cię. Podbiegł do Wiktorii i zaczął ją ściskać i całować.
- A  potem jak urosnę, to stworzymy orkiestrę, tylko we dwoje.
Wiktoria zaczęła się śmiać.
- No we dwoje, to dopiero będzie mini, mini kameralna orkiestra.
Kellerowie byli przeszczęśliwi, że mają dwójkę dzieci. Krzyś po wszystkich dziecięcych chorobowych perypetiach czuł się świetnie.
Matka Maksa na początku nie była tym zachwycona, że zamierzają adoptować obce dziecko, ale po kilku miesiącach przekonała się do Krzysia i traktowała go jak własnego wnuka, nie tylko tego "na papierze".
Leon nareszcie doczekał się chłopaka w rodzinie, który razem z nim jeździł na ryby. Maks niestety nigdy nie pozwolił  dziadkowi Leonowi zabierać Krzysia samego, dlatego wyjeżdżali zawsze w trójkę, często nawet całymi rodzinami.
     Beata miała trudności zajść w ciążę, ale walczyła jak tylko mogła. Obwiniała się za swoją młodość, prochy, plastry antykoncepcyjne. Długa kuracja przyniosła rezultaty. Beata urodziła bliźniaki, dwóch chłopców. Początkowo chciała dać im imiona Filip i Maks, ale mąż jej zaprotestował.
- W kalendarzu nie ma innych imion?
O wyborze imienia spierali się już wówczas, kiedy Beata była w ciąży. Niestety, każdy miał inne zdania. Filip liczył się zawsze zdaniem żony, no ale w przypadku malutkiego Filipka i Maksika absolutnie nie mógł się zgodzić.
Po długich rozważaniach, sprzeczkach wreszcie doszli do jednomyślności. Chłopcy otrzymali imiona
Adam i Juliusz.
Leon czasami będąc w dobrym humorze  mówił, że w rodzinie ma cały przekrój elity:
Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Krzysztof Penderecki i Wiktoria ,królowa brytyjska lub
 błogosławiona katolicka z Madagaskaru.
Wiktoria wówczas dopowiadała, że jeszcze jest stan Wiktoria w Australii o największym zaludnieniu,  Jezioro Wiktorii (Lake Victoria) w Afryce, no i oczywiście rzymska bogini zwycięstwa.
Leon zawsze dopowiadał, popatrzcie jaka ta Wiki zrobiła się pyskata.
Leon emeryt uwielbiał wszystkie swoje wnuki. Choć Beata miała opiekunkę  do dzieci, Leon zawsze był w pobliżu, pilnował, nadzorował i czuł się najważniejszy.
Elżbieta z Krzysztofem  często odwiedzali Kellerów, spotykali się na wszystkich uroczystościach.
- Leon, pamiętasz siebie jak byłeś na studiach .
- No, pamiętam. Po rozstaniu się z Martą Szymańską od zawsze mówiłem, że żadnych żon, żadnych dzieci i żadnych wnuków.
Ale byłem młody i głupi. Rodzina jest najważniejsza,  kochana żona,  wspaniałe dzieci , no a wnuki to cudo i coś najlepszego, co może człowiekowi się przytrafić.
- Uwaga, uwaga, powiedziała Elżbieta.
- Ja.
- Nie ja, tylko MY będziemy też dziadkami, powiedział Krzysztof.
Wszyscy zaczęli bić brawo.
- Ja babcia? Nie, to chyba niemożliwe.
- Elu, taka jest kolej życia. To największe szczęście mieć wnuki.
- Babciu Elu, przyleci taki tam maluch i będzie mnie "przezywał".
- A ja czekam, żeby usłyszeć  - dziadzio Krzysio kocham cię.
Wszyscy zaczęli się śmiać.

2 komentarze: