czwartek, 2 stycznia 2014

Alicja Szymańska- Florczyk cz. 5

Do warszawskiej kliniki, na oddział chirurgii został przyjęty do pracy nowy lekarz. Był od Alicji trzy lata starszy. Wrócił z Madrytu, gdzie przez sześć lat pracował w szpitalu.
Po przywitaniu się ze wszystkimi pracownikami oddziału zagadnął Alicję.
- Znam pani publikacje.  Wszystkie pozycje książkowe zarówno pani, jak i wspólne z profesorem Florczykiem.
- Miło mi, że są lekarze, którzy je czytają.
- W  Hiszpanii są tłumaczone na hiszpański.
- Wiem, uśmiechnęła się Alicja.
- Proszę mi mówić po imieniu. Mam na imię  Alicja.
Podała mu rękę. Schylił głowę i pocałował  ją w rękę.
- Mariusz Malicki. Przedstawił się.
  Bardzo mi miło, że będziemy razem pracować. Będę się od ciebie uczył.
- A ja od ciebie. Uśmiechnęła się Alicja.
Już w tym samym dniu  opowiedziała Beacie o nowym chirurgu.
- Wiem, spotkałam go na SOR. Był niezwykle sympatyczny, przeszliśmy na ty.
   Opowiedział mi przez ten krótki czas  pobytu na SOR, że poznał Alicję Florczyk i zrobiła na nim ogromne wrażenie.
- Jakie wrażenie?
- O g r o m n e, tak powiedział. A mnie się wydaje, że nie tylko ogromne wrażenie jako lekarz, autor publikacji, ale jako    ko-bie-ta. Wysylabizowała.
- Nie wierzę żadnemu  mężczyźnie. Pewnie jakiś z odzysku, porzucony jak Maks Keller lub uciekinier od żony.
     Praca na oddziale chirurgii to jeden kierat. Można powiedzieć, że pacjentów się "przerabia". Operacja goni operację. Pacjentów po dwóch, trzech dniach odsyła się do macierzystych szpitali, z których zostali przywożeni, lub do domów. Czasami Alicji się zdawało, że pacjent to numer statystyczny i jednostka chorobowa, a nie człowiek, który oprócz ciała ma duszę.
Alicja obroniła habilitację. Po obronie Mariusz czekał przed uczelnią z ogromnym bukietem róż. Serdecznie jej gratulował i podziwiał.
- Róże? Dla mnie?
- Wiem, że każda kobieta kocha te kwiaty, a mężczyźni ofiarowują je kochanym kobietom.
- Alicja spojrzała wymownie na Mariusza? Komu ofiarowują?
- Ala, już pierwszego dnia, gdy cię zobaczyłem na oddziale poczułem coś w sercu. Minęło już tak dużo czasu, myślałem, że się domyślisz?
- Przepraszam, ale niczego się nie domyśliłam. Ja po śmierci mojego męża poza pracą i książkami nie wiedziałam nic, nawet, że jest zielona trawa.
- Proszę, wejdźmy do kawiarni  na kawę, może na kieliszek wina.
Alicja nie chciała pić wina, jedynie kawę i kawałek słodkiego ciasta. Mariusz też zamówił dla siebie kawę i lody.
Wcześniej wielokrotnie spotykali się na różnego rodzaju imprezach imieninowych, czy oficjalnych uroczystościach szpitalnych. Dzisiaj pierwszy raz tak sami, bez innych znajomych.
Początkowo  rozmawiali o egzaminie habilitacyjnym, potem o pracy.
- Dlaczego wróciłeś do Polski? Madryt to nie Warszawa.
- Od trzech lat jestem wdowcem.
Mój synek był niesłyszący, bo żona chorowała w czasie ciąży na różyczkę. Miał wszczepiony implant ślimakowy, był rewalidowany. Nawet fajnie mówił. Czasami żona mówiąc do niego wspomagała mowę werbalną językiem migowym. Najprawdopodobniej  to było przyczyną wypadku. Pewnie coś do niego migała, puściła kierownicę, albo patrzyła jak on miga i spowodowała wypadek.
Wjechała pod TIR-a.
Trudno było mi się z tym pogodzić, że mam niesłyszące dziecko. Walczyliśmy z żoną o  to, żeby już w okresie niemowlęcym było zaimpalntowane.  Mozolna praca nad  rozumieniem dźwięków, rozwijaniem mowy przynosiła sukcesy.
A potem ten wypadek, w którym straciłem dwie najbardziej kochane  osoby.
Początkowo wydawało mi się, że muszę bez nich żyć, że sobie poradzę. Ale daleko od rodziny nie potrafiłem normalnie funkcjonować. Rodzice namówili mnie, abym przyjechał  do Polski. Wróciłem do rodziców. Mieszkam w Aninie, gdzie mają duży dom. Jestem jedynakiem, więc jestem ich oczkiem w głowie. Na razie oni mnie wspierają, ale kiedyś przyjdzie taki czas, że to ja im będę potrzebny.
- Wiem co to znaczy stracić  współmałżonka i dziecko. Popłynęły jej po policzkach łzy. Wiem, wiem, wiem.
    

1 komentarz: