sobota, 4 stycznia 2014

Alicja Szymańska- Florczyk cz.6

Alicja kolejny raz pojechała do szpitala w Toruniu. Kolejny raz spotkała się z Leonem i Maksem Kellerem. Tym razem nie było z nią Beaty. Nie mieszkała w hotelu, lecz u Leona, bo o to prosiła  Beata  swojego ojca.
Wieczorem Leon poprosił, aby Alicja zjadła z nim kolację. Szczerze rozmawiali na tematy zawodowe. Gratulował jej habilitacji. Podziwiał za wytrwałość w nauce.
- Wiesz Ala, podpisując umowy zlecenia dotyczące usług medycznych, które wykonałaś  dla naszego szpitala, przeczytałem, datę twoich urodzin.  Przemyślałem dokładnie wszystkie za i przeciw oraz sugestie Elżbiety.
Twoja mama była na studiach moją dziewczyną. Była najlepszą studentką na roku. Strasznie się kochaliśmy, planowaliśmy wspólne dalsze życie. Potem nie wiadomo dlaczego Marta zrezygnowała ze studiów i zniknęła bez wieści.
Adam Szymański, twój ojciec według mnie to fikcyjne nazwisko  w akcie urodzenia. Myślę, że jesteś moją córką.
- Proszę? Alicja oniemiała.
Wszystkie gwiazdy na niebie i fakty na ziemi na to wskazują. Zastanawiam się, dlaczego Marta mi to zrobiła, dlaczego pozbawiła mnie bycia ojcem.
Pokazał jej zdjęcia, na których była jej mama. Takie same zdjęcia były w albumie rodzinnym. Rozmowa trwała do białego świtu. Obydwoje w szpitalu zjawili się zmęczeni i niewyspani.
- O, chyba pan ordynator balował całą noc, bo jest taki wczorajszy. Powiedział Wilecki.
- Dziecko, pewnie chciałbyś mieć takie  balety, jak ja miałem.
Alicja czuła się dziwnie. Nie wiadomo dlaczego wykręciła numer do Mariusza i zapytała go czy nie mógłby pociągiem przyjechać do Torunia.
- Mogę przyjechać samochodem.
- Nie, ja mam w Toruniu samochód, ale chyba nie będę w stanie dojechać sama do Warszawy. Jestem ogromnie zmęczona i źle się czuję.
    Po obchodzie i dokładnej analizie wyników pooperacyjnych, Alicja doszła do wniosku, że może    pacjenta zostawić pod opieką toruńskich lekarzy, będzie  w dobrych rękach.
Poszła z Leonem zrobić badania genetyczne.  Umówiła się z nim, że po wyniki badań pójdą razem, ona w tym celu specjalnie przyjedzie do Torunia.
Maks Keller zaprosił Alicję do Caffeterii na kawę. Chętnie się zgodziła. Pijąc kawę  rozmawiali o pacjencie, którego wczoraj operowali.
- Wiesz, dzisiaj  około szesnastej wyjeżdżam do Warszawy, więc mogę cię ze sobą zabrać.
- Znowu jedziesz do Warszawy?
- My prowincjonalni lekarze często jeździmy do stołecznych klinik i nie tylko.
- Acha, no tak. Ale dziękuję, mam swój samochód.
- To możemy jechać  na dwa samochody. Spotkamy się po drodze na kawie w jakimś przydrożnym zajeździe.
- Oczywiście, tylko, że ja czekam na swojego narzeczonego.
Alicja sama zdziwiła się, co powiedziała. Maks  Keller natomiast zrobił wielkie oczy.
- Myślałem, że po śmierci męża jesteś sama?
- Tak, jestem sama, to znaczy do zeszłego tygodnia  byłam sama, ale chyba teraz mam narzeczonego.
Maks spojrzał zdziwiony na  Alicję.
- Masz, czy nie masz? O tym się chyba wie.
- Chyba już mam, powiedziała niepewnie Alicja.
- Mnie zawsze polonistka powtarzała, że" chyba" to się łódka na jeziorze. Zaczął się śmiać.
- Acha, to prawda. Przepraszam, mam telefon.
Odebrała rozmowę od Mariusza. Za godzinę mam pociąg, będę około szesnastej.
- Świetnie. Czekam.
- Wyjadę z Torunia około siedemnastej, powiedziała do Maksa. Jak chcesz, możesz również jechać. Po Warszawie cię popilotuję,  znam ją jak własną kieszeń.
- Ok, to do zobaczenia o siedemnastej na parkingu przed szpitalem.
Mariusz pociągiem  przyjechał do Torunia około godziny szesnastej i taxi podjechał pod szpital. Alicja jeszcze rozmawiała z ordynatorem Jasińskim. Mariusz poszedł na chirurgię poszukać Alicji.
- Przepraszam, kogo konkretnego pan szuka?
- Doktor Alicję Florczyk, byłem z nią umówiony.
- Ja też czekam na doktor Alicję Szymańską - Florczyk, odpowiedział Maks, ubrany po cywilnemu. To poczekamy na nią  razem, teraz jest u ordynatora.
Po kilku minutach Jasiński wyszedł z Alicją odprowadzić ją na parking.
- O jesteś już, świetnie, podeszła do Mariusza i pocałowała go w policzek.
   To jest mój narzeczony, przedstawiła go Jasińskiemu i Kellerowi.
- Mariusz. Przedstawił  się imieniem.
- Jest również doktorem chirurgii, razem pracujemy.
- Miło mi pana poznać, powiedział Leon.
- Nie będę już schodził na dół, skoro jesteś w takiej asyście. Jak już wszystko będzie załatwione, zadzwonię  do ciebie i się spotkamy.
- Dobrze. Pożegnała się z Jasińskim, on  pocałował ją w czoło.
Maks był nieco zdezorientowany, o co w tym wszystkim chodzi i ten pocałunek ojcowski trochę go zdenerwował.
- Mariusz! Maks Keller jedzie do Warszawy. Pojedziemy razem, potem w Warszawie będziemy pilotować go  do hotelu, albo  tam, gdzie będzie chciał.
- Ok.
Wyjeżdżając z parkingu szpitalnego  Leon długo patrzył na oddalający się samochód Alicji.
Prawie przez całą drogę dwa samochody jechały jeden za drugim.

2 komentarze:

  1. Podoba mi się pomysł na to opowiadanie. Czekam na ciąg dalszy ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. zapraszam na bloga http://alicjazmaksem.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń