Część I
Egzamin na studia
Egzaminy na medycynę piekielnie trudne. Marta wychowywana w rodzinie laborantki i robotnika w Hucie Warszawa marzyła o tym, aby wyrwać się z tego środowiska. Matka odradzała jej, ojciec powtarzał, że porywa się z motyką na księżyc.
Uparta Marta uczyła się dniami i nocami. W ostatniej klasie liceum była laureatem ogólnopolskiej olimpiady z fizyki. Rodzice, choć byli z niej dumni nie popierali wyboru studiów. Mit o tym, że medycynę kończą tylko bogaci i dzieci lekarzy był znany w kraju.
Przed egzaminem kalkulowała, że nie będzie źle, bo z fizyki jest niezła, z chemii również, biologia to jej konik no i punkty za pochodzenie też się przydadzą.
Siedziała przed uczelnią i czekała na wywieszenie listy osób przyjętych. Coraz więcej osób przychodziło, dyskutowało, miała wrażenie, że prawie wszyscy się znają.
Przed gablotą zaczęło robić się tłoczno. Wywiesili listę.
Marta podeszła do gabloty, jak już zrobiło się przy niej nieco luźniej. Popatrzyła na kartki i zaczęła czytać nazwiska zaopatrzone tytułem: Lista przyjętych kandydatów od litery P do Z.
Przefiltrowała oczami listę dwa razy, niestety nie znalazła swojego nazwiska.
Przeszła do listy osób, którzy zdali egzamin i nie zostali przyjęci. Tu także siebie nie znalazła.
Czyżby ojciec miał rację? O matko i córko, jak to możliwe, przecież wszystko mi tak dobrze szło.
Wycofała się i usiadła na ławce.
Co, jakiś problem?
Podniosła oczy, przed nią stał szczupły chłopak. Miał ciemne włosy i brązowe oczy. Był super ubrany.
Chyba problem wielki, nie ma mnie na liście przyjętych, ale też nie ma mnie na tej drugiej.
Tak kułam i wydawało mi się, że pokonam ten egzamin, zresztą nie był aż taki trudny.
Nie przejmuj się, podejdziesz do egzaminu za rok.
Za rok, za rok, ale mi perspektywa.
A ty jesteś przyjęty?
Jestem i to na tej pierwszej, z dziesiątką najlepiej zdanych egzaminów. Jestem na dziewiątej pozycji.
Zaraz, zaraz, a gdzie ta lista jest?
No na samym początku.
Nie widziałam tej listy, ale chyba tam nie mam co szukać.
Leon jestem, przedstawił się. Choć, może razem jeszcze raz przelecimy te listy, pomogę ci.
Marta Szymańska- odpowiedziała mu i lekko się uśmiechnęła.
Podniosła się z ławki i podeszła do gabloty, przy której było już niewiele osób.
Popatrz, Marta Szymańska jest na trzeciej pozycji. Marta nie dowierzała własnym oczom.
Aż podskoczyła z radości. Kurczę, jestem. Tak bardzo się cieszę.
A widzisz, zawsze trzeba mieć nadzieję, a nie zaraz się poddawać.
No więc moje gratulacje. Znowu podał jej rękę. Mój staruszek się ucieszy, jak mu powiem, że jestem na dziewiątej pozycji. Spojrzała jeszcze raz na listę i przeczytała nazwisko Leon Jasiński.
Mój- zamyśliła się Marta. Chyba nie uwierzy. On wie, że medycyna jest dla innych, nie dla dzieci robotników.
Jasiński? Ty może jesteś synem tego sławnego chirurga, który...
Który co? Dopytywał Leon.
Nie, nic, nic. Słyszałam to nazwisko w telewizji.
Niestety, to już wiesz. Mój ojciec jest chirurgiem a teraz Ministrem Zdrowia PRL. Administracja rządowa nie leży mu za bardzo, chyba chce wrócić na sale operacyjne.
Acha, przytaknęła mu. Teraz muszę lecieć do domu, jak rodzice wrócą z pracy, muszę podzielić się z nimi fajną wiadomością.
Jest dopiero 11:30, zapraszam cię do cukierni na herbatę i ciacho.
Dzięki, nie mam przy sobie pieniędzy.
Przestań, ja stawiam.
No dobra, może ja jakoś innym razem się odwdzięczę.
Pewnie, czekam na to już od teraz.
Przy herbatce rozmawiali o egzaminach, swojej nauce w liceach, aż w końcu zeszli na temat wakacji.
Co będziesz robiła w wakacje? Wyjeżdżasz gdzieś?
Nie wyjeżdżam, przez 3 miesiące będę pracowała jako salowa w szpitalu. Muszę trochę zarobić na książki i jakieś przybory szkolne.
Nie szkolne, tylko dydaktyczne, akademickie, medyczne. Zaczął się plątać.
O popatrz, chciałem się wymądrzyć, ale mi się nie udało.
A w jakim szpitalu będziesz pracowała?
Na Banacha, tam gdzie moja mama.
Mama jest lekarzem?
Nie,
Pielęgniarką?
Nie, jest laborantką w laboratorium..
OOOOO, to pewnie chemię masz opanowaną w małym palcu.
Może nie do perfekcji, ale w stopniu więcej jak dobrym.
Dzięki za herbatę i miłe towarzystwo.
Rozstając się próbował się z nią umówić, ale wykręciła się brakiem czasu.
No to do widzenia w październiku na inauguracji roku akademickiego.
Do października. Uśmiechnęła się i podbiegła do tramwaju. Wsiadając do tramwaju pomachała mu na pożegnanie ręką.
Marta wróciła do domu szczęśliwa. Opowiedziała mamie o spotkaniu z Jasińskim i o tym, że nie mogła ze zdenerwowania odnaleźć swojego nazwiska na liści.
Oj moja roztargniona gapo. Matka ucałowała ją i pogratulowała
Super są te opowiadania Pozdrawiam :-)
OdpowiedzUsuń