czwartek, 22 sierpnia 2013

Wiktoria cz. 6 Opowiadanie o Maksie i Alicji


 
 

"Lekarze": Na ich pocałunki czekaliśmy cały sezon
W szpitalu w Monachium Elżbiecie bardzo się podobało. Zanim dotarli do sypialni, w której leżała Alicja, swoim  menagerskim  spojrzeniem przefiltrowała oddział położniczy. 
-  No widzisz Leoś, nie musimy mieć żadnych kompleksów. Nasz szpital dorównuje standardom europejskim.
- Tylko dlatego, że ty jesteś dyrektorem. Pamiętasz w jakim stanie go przejęłaś.

Alicja dochodziła do siebie po cesarskim cięciu.  Spała czujnie. Obok niej na łóżku leżała maleńka istotka z rączkami wyciągniętymi do góry. Gdy tylko usłyszała kroki wchodzących do sypialni otworzyła oczy.
 - Tatuś, Ela?
Zakręciły jej się w oczach łzy. Były to łzy szczęścia, że  jest przy niej  ojciec i najlepsza przyjaciółka rodziny.
-Skąd wiedzieliście, że tutaj jestem?
- Mamy swoich informatorów zaśmiała się Elżbieta i twojego tatusia.
Leoś i Elżbieta zaczęli załatwiać formalności związane z zabraniem dziecka i matki do Polski. Musieli jechać do najbliższego konsulatu. Przede wszystkim kupili ciuszki dla dziecka, nosidełko, aby malucha można było przewozić w samochodzie, kocyk, pampersy.
Załatwianie formalności trwało trzy dni. Gdy już wszystko załatwili i mieli wychodzić ze szpitala, do sali wszedł przedstawiciel Ambasady Polskiej w Niemczech ze stewardesą, która opiekowała się Alicją w samolocie. Polskie linie Lotnicze LOT przekazały dla matki i dziecka  prezent i kwiaty.
W czasie jazdy samochodem w pozycji siedzącej  Alicja nie czuła się najlepiej  . Gdy tylko przekroczyli polską granicę zatrzymali się na nocleg w hotelu. Następnego dnia
Elżbieta wzięła sprawy w swoje ręce i załatwiła przez  NFZ karetkę, która wiozła Alicję z dzieckiem  w pozycji leżącej o Torunia. W karetce  z Alicją przez całą podróż była malutka i Elżbieta, natomiast Leon jechał swoim samochodem tuż za karetką, nie spuszczając nawet na chwilę jej z oka. Dziecko spało, budziło się tylko do karmienia.
około 80 km przed Toruniem Alicja zasłabła. Miała wypieki, co wskazywało na gorączkę. Leon zajrzał pod opatrunek, wszystko było zaczerwienione.
- Cholera, jakaś infekcja, tylko tego nam brakowało. 
 Po długich debatach  zdecydowali, że nie będą jechać do domu, tylko bezpośrednio  pojadą do szpitala na oddział ginekologiczno-położniczy do Wanata.
Alicji nie protestowała, było jej wszystko jedno, gdzie ją zawiozą. Choć ból i temperatura rosła nie chciała przyjąć doustnie żadnego lekarstwa przeciwbólowego. Leon pobiegł do pobliskiej apteki, zaopatrzył się w środki przeciwbólowe, przeciwzapalne, igły, strzykawki.
- Tato nie chcę, daj mi spokój, wytrzymam jeszcze te kilkadziesiąt kilometrów. Przecież jest już coraz bliżej.
- Nie ma mowy, nie możemy dopuścić do sepsy czy innej cholery.
Z karetki nadano informację na SOR do Szpitala Copernikus w Toruniu, że za chwilę przywiozą pacjentkę z powikłaniami porodowymi.  Kierowca karetki jechał jak mógł najszybciej, z włączonym sygnałem.
Lekarzem, który  wyszedł do karetki, aby przejąć pacjentkę był Mariusz Dąbrowski. Gdy zobaczył  ordynatora Jasińskiego i dyrektor szpitala trzymającą na rękach małe dziecko nie bardzo wiedział o co chodzi. Zajął się pacjentką, zlecił badania i kroplówkę. Na SOR przyszedł  Piotr Wanat, który dosłownie kilka minut wcześniej wyszedł z  sali operacyjnej.
- Alicja? Wróciłaś?
Wszyscy czekaliśmy na ciebie, jak  na królową.
- Dziękuję, tylko że ta królowa nie przyjechała karetą,  tylko karetką pogo..., nie dokończyła odpowiedzi, zamknęła oczy.
- No właśnie, nie karetą tylko karetką pogotowia, cholerna różnica pod nosem powiedział Piotr.
Alicja była tak osłabiona, że niewiele wiedziała co się wokół niej dzieje. Gdy dziecko zaczęło płakać otworzyła oczy i cicho wyszeptała.
- Moja córeczka, tatuś, daj mi ją tutaj.
- Ala, cichutko, mała jest z Elżbietą. Spokojnie, wszystko będzie dobrze.
Elżbieta poszła z dzieckiem na oddział noworodków. Kazała natychmiast założyć dziecku na rączkę polski identyfikator (opaskę z nazwiskiem  matki) i  prosiła o szczególna opieką nad dzieckiem. Zadzwoniła do pokoju anestezjologów z pytaniem, czy zastała Beatę Jasińską. Beata szykowała się już do domu.   Po telefonie od Elżbiety natychmiast pobiegła  na oddział noworodków.
- Beata, to jest córeczka Alicji, dopilnuj, aby natychmiast ją nakarmiano i nie spuszczaj jej z oczu. Ja muszę  iść na SOR.
- Córeczka Alicji? Powtórzyła zdziwiona Beata.
-  Boże, co tu jest grane, a gdzie Alicja.
- Nie pytaj, tylko rób co  ci każę.
Wieść o tym, że Alicja  Szymańska została przyjęta do szpitala rozniosła się bardzo szybko.
Maks jak szalony biegł po schodach a za nim Sylwia Matysik.
- Alicja, Ala, co ci jest.
- Spokojnie Maks, wszystko jest już opanowane powiedział Wanat. Kroplówka podana, badania w trakcie, za niedługo wezmę ją na oddział
- Na jaki oddział.
Sylwia stała za Maksem i patrzyła na swoją przyjaciółkę.
- Maks, idź natychmiast do ordynatora Jasińskiego powiedziała Elżbieta, która nie wiadomo kiedy zjawiła się przy łóżku Alicji.
- Tak, idę, choć nie  bardzo chciał odejść od łóżka Alicji.
-  Zaraz tu wrócę.
- Maks, jestem wykończony podróżą i tym wszystkim co przeżyliśmy  wioząc Alicję z Monachium. To chyba był zły pomysł, żeby zabierać ją tak szybko ze szpitala po takim ciężkim porodzie.
- Po, po ro dzie?????
Maks nie mógł wypowiedzieć tego słowa, zaczął mu się język plątać.
- Chłopaku, masz córkę. Zwalniam cię dzisiaj ze wszystkich obowiązków, biegnij na oddział noworodków i zobacz swoje dziecko.
Maks wybiegł z gabinetu Jasińskiego i nie czekając na windę pobiegł schodami na oddział noworodków. Po drodze o mało nie staranował profesora Micha, który rozmawiał z ordynatorem onkologii.
- Tym młodym zawsze gdzieś  się spieszy skomentował profesor.
Przy dziecku siedziała Beata i bawiła się jego paluszkami.
 Cicho, powoli, bo się obudzi.
Popatrzył na malucha, początkowo bał się go dotknąć.
- Mogę  wziąć    na ręce?
- Jak jej nie zrobisz krzywdy, to myślę, że możesz.
- Jesteś moja i tylko moja szeptał do niej. Po policzkach  popłynęły mu łzy.
- Jesteś taka piękna, jak twoja mama.
Dziecko zaczęło płakać. Maks oddał córkę  pielęgniarce, która  nakarmiła ją kolejny raz i zmieniła pampersa.
     Alicja otworzyła oczy. Nie wiedziała czy to sen, czy jawa. Przy łóżku na fotelu siedział Maks z ich córeczką. Na jego twarzy widać było zmęczenie i niewyspanie.
- Maks.
- Ciiii, nic nie mów odpoczywaj. Ja stąd nigdzie nie pójdę.
Elżbieta po porannych obchodach otrzymała wiadomość od ordynatorów jakie jest obłożenie chorych na oddziałach. Najwięcej wolnych miejsc było na ginekologii.  Kazała przygotować dwuosobowy pokój, do którego przewieziono Alicję.
Drugie łóżko było przygotowane dla Maksa. W żaden sposób nie dał się namówić aby pojechać do domu, odpocząć, ogolić się i umyć.
- Nie, nie ma mowy, nie jadę do domu. Będę siedział przy jej łóżku do dnia, w którym zostanie wypisana. Wtedy stąd wyjdę i zabiorę moje dziewczyny do siebie. 
Już nigdy ich nie zostawię na żadne pół roku, ani na miesiąc, ani na tydzień, bo one są moje i tylko moje.
Jasiński słuchając co wygaduje Maks zaczął obawiać się o jego psychikę. Jivan natomiast powiedział do Leona, że wszystko jest w porządku i pod kontrolą.
- Leoś spokojnie. Uspokajała go Elżbieta.
-  Pozwoliłam wstawić drugie łóżko dla Maksa, przecież musi kiedyś pospać, inaczej się wykończy. Nie ma mowy żeby wyszedł z sali, a nikt go stamtąd nie wyprowadzi siłą.
Po tygodniu Alicja dostała wypis. Maks   zabrał ją i córeczkę do siebie.  Przyjechali z nimi również Leon i Beata  . Jakże Leon był zdziwiony , gdy po wejściu do domu zobaczył urządzony  dziecinny pokój,  kołyskę w sypialni i wszystko co  jest niezbędne dla malucha. We flakonie stały róże
- Maks, jak to zrobiłeś, że wszystko jest przygotowane dla dziecka i mamy?  Zapytał Leon.
- Przecież  przez kilka dni nie wychodziłeś ze szpitala.
- Mam swoje sposoby.
Kątem oka spojrzał na Beatę, która pokazała mu sympatyczny gest podniesionego do góry kciuka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz