niedziela, 8 września 2013

Siostra oddziałowa 16

Beata nie chciała uwierzyć w to co mówił  ojciec. Dopiero, kiedy dowiedziała się, że Alicja będzie dawcą  próbowała nawiązać z nią bliższy  kontakt. Po operacji, w czasie której  nie obyło się bez komplikacji, Beata na przemian z Sylwią czuwały przy jej łóżku. W czasie pracy Maks, każdą wolną chwilę spędzał z Alicją. Po pracy siedział przy niej bez przerwy. Kontrolował wszystkie parametry, dbał o to, żeby wszystko przy jego ukochanej było robione perfekcyjnie. Dochodziło czasami do słownych utarczek między tą trójką, kto powinien przy niej być.
     Po wypisaniu do domu,  Alicja nadal mieszkała u Sylwii. Beata namawiała ją, by wprowadziła się do ich domu, ale ona chciała po staremu. Tu zgodnie rozpisały dyżury opieki nad Alicją i pilnowanie jej aby nie biegała, nie wyszukiwała sobie pracy i nie chodziła sama na spacery. Gdy jej stan się poprawił na tyle, że mogła wychodzić z domu, zawsze wychodziła w towarzystwie drugiej osoby.
     Sylwia uwielbiała Alicję. Nigdy nie miała  siostry, więc od chwili kiedy lekarka zamieszkała u niej w domu, czuły się jak rodzina.
     Maks podziękował Sylwii i Beacie  za opiekę nad jego dziewczyną, co miało oznaczać, ze teraz tylko i wyłącznie on ma do niej prawo.  A gdy wchodził do mieszkania Sylwii, obydwie natychmiast niezadowolone znikały mu z pola widzenia. Były o Alę zazdrosne.
     Maks nie mógł sam uwierzyć, że potrafi kochać. Zawsze uważał, że jest przystojniakiem i każda dziewczyna może być jego. Nigdy nie angażował się uczuciowo, bo niby po co. Dziś ta, jutro tamta a w następnym miesiącu jeszcze inna.
Gdy pierwszy raz  w szpitalu zobaczył Alicję, sam nie potrafił zrozumieć co się z nim dzieje.
Wielogodzinne  rozmowy  z Jivanem i Sylwią jeszcze bardziej utwierdzały go w przekonaniu, że jest zakochany.
     Do Sylwii przychodził jak do wróżki, matki, przyjaciółki razem wziętych. Ona nigdy nie wykręciła się brakiem czasu czy innymi ważnymi sprawami.. Czuła się  dowartościowana i potrzebna.  Kto nie znał bliżej stosunków Maksa i Sylwii mógłby pomyśleć, że mają się ku sobie. Ale ich,  poza przyjaznymi rozmowami, radami, wspólnymi wypadami na kolację, by omówić problem nic ze sobą nie łączyło.  Sylwia była prawdziwą przyjaciółką Maksa i ta dwójka obalała mit, że mężczyznę i kobietę nie może połączyć przyjaźń, lecz jedynie łóżko.
Jako dorosły mężczyzna,  dopiero teraz zrozumiał, jak ważne w życiu jest mieć rodzeństwo. Nawet kiedyś powiedział Jivanowi, że  jeśli już dojrzeje do ojcostwa, to będzie miał gromadkę dzieci. Nie okaleczy swojego dziecka tak, jak zrobili to jego rodzice.
     Nadszedł taki dzień, że Alicja wyprowadziła się do Maksa. Sylwia  była niepocieszona. Nawet chodziła do wróżki pytać, czy jej przyjaciółce nie dzieje się krzywda i czy jest szczęśliwa.
Sylwia i Alicja miały różne charaktery. Alicja spokojna, zamyślona, wyważona, pełna dobroci, natomiast Sylwia energiczna, potrafiąca "rzucić siekierą między oczy", nie tolerująca głupoty, wszędobylska z ogromnym urokiem osobistym  świetnie się rozumiały i uzupełniały.
    Ordynator Jasiński nie miałby sumienia w żaden sposób rozdzielać Maksa i Alicji nawet na pół godziny. Choć najważniejszą zasadą dla niego było nie korzystać z protekcji rodzinnych, w tym wypadku był trochę niekonsekwentny. Dyżury ustawiał tak, że zawsze byli na tej samej zmianie, wolne mieli również w te same dni. Bardzo często razem operowali i to te najtrudniejsze przypadki. Nawet nikt na oddziale nie przypuszczał, że ich dyżury są po to , aby ze sobą byli.
Jasiński nie tolerował spóźnień i nie było takiej opcji, że gdyby się spóźnili uszłoby to bez zauważenia. Alicja była bardzo lojalna wobec ojca i nie pozwoliłaby na to, żeby mógł się za nią wstydzić przed innymi pracownikami.
    Pomimo, że chcieli po godzinach pracy odciąć się od szpitala, nie zawsze im to wychodziło. Czasami w domu omawiali trudne przypadki, wymieniali doświadczenia, ale również potrafili mieć inne zdania, co prowadziło do sprzeczki. Jeśli nie mogli dojść do porozumienia, wówczas konsultowali  problem z Jasińskim.
Sprawy prywatne potrafili rozwiązywać bez żadnych zgrzytów. Jeśli Alicja  nie chciała kupić sobie ciuchów, które na nią leżały jak ulał, a wydawało jej się, że są  zbyt drogie, w sklepie jej odpuszczał.
Zdarzało się czasami, że  zaraz po wyjściu ze sklepu wracał po nie i sam kupował, a czasami umawiał się ze sklepową, aby zostawiła je do następnego dnia. Później szukał okazji, aby je wręczać w prezencie.
Do wynajdowania okazji miał talent: za 1 tydzień mieszkania razem, na urodziny córki Jivana, z okazji pierwszego pocałunku, z okazji pierwszego spotkania w Copernicusie, z okazji zdjęcia opatrunku po operacji.
Alicja zawsze kwitowała go uśmiechem i jakimś  epitetem: wariat, zboczeniec, szalony Maksiu,  nieodpowiedzialny lub szalony doktor Keller.
     Miłość ich kwitła, wszyscy w szpitalu to widzieli. Tylko pielęgniarki i niektóre lekarki, które miały nadzieję, że może coś..., próbowały tworzyć na ich temat plotki.
Wiesz, powiedziała jedna rejestratorka do drugiej. Ten Keller z chirurgii, taki fajny facet stał się pantoflarzem.
- Nie, to niemożliwe, on?
- No widziałam sama na własne oczy, jak nosi jej siatki, otwiera drzwi do samochodu, żeby wsiadła a potem dopiero sam wsiada, podobno  on gotuje, bo on nie potrafi.
- Też bym chciała takiego "pantoflarza" odpowiedziała jej koleżanka.
- Zazdrościsz jej. No cóż, nie jesteś lekarzem, nie jesteś Alicją Szymańską. Ja tam ją lubię i jego lubię i ich oboje lubię i życzę im wszystkiego naj..
     Maks oświadczył się Alicji. Była z tego powodu bardzo szczęśliwa. Ta sielanka jednak nie trwała długo. Ojciec Maksa próbował zgwałcić narzeczoną syna. Gdy powiedziała o tym swojemu ukochanemu,  po prostu nie uwierzył. Potraktował ją jak  kogoś, kto kłamie, tworzy mity i jest niezrównoważony.
Ojciec Maksa dolewał oliwy do ognia i podsycał nienawiść do Alicji.
Alicja wypłakała swoje oczy. Maks tak po prostu, bez pożegnania zabrał się i wyjechał do Afryki.
     W szpitalu tylko Leon, Beata i Sylwia tak naprawdę wiedzieli, dlaczego Maks wyjechał.
Alicja spotykała się z wyrazami uznania, że  jej narzeczony wyjechał w tak wspaniałej  misji, leczyć chore somalijskie dzieci.
 Wyjechał do Somalii leczyć chore dzieci?
Szkoda, że ci wszyscy co to mówią  nie wiedzieli, że ten Maks, wspaniały Maks, cholerny Maks jak tchórz uciekł bez pożegnania, pozostawiając swoją narzeczoną w bólu i rozterce.


5 komentarzy:

  1. warto było zaglądać co chwilę :) Świetnie napisane, podoba mi się przyjaźń Sylwii i Maksa tego jeszcze nie było. Mam nadzieję że Maks szybko wróci ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. super czekam na ciąg dalszy

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoje opowiadania czytam z rozmarzeniem. Kocham jak piszesz. No uwielbiam. twoje opowiadanie różni się od innych. Wielki szacun dla Ciebie! Czekam na ciąg dalszy

    OdpowiedzUsuń