
Sylwia opiekowała się Danielem przez cały czas pobytu w szpitalu. Poznała jego matkę, która była nią zauroczona. Zawsze marzyła o takiej dziewczynie dla swojego syna, która przeprowadzi go przez życie tak, jakby ona sama to zrobiła.
Po wyjściu ze szpitala Sylwia zabrała go do swojego domu. Jeszcze przez ponad miesiąc miał nogę w gipsie. Woziła go na wózku.
Alicja przeprowadziła się do Maksa, nie chciała zaburzać kwitnącej miłości pomiędzy siostrą oddziałową a obiecującym chirurgiem.
Daniel, przynajmniej w pierwszym okresie był skazany na Sylwię, musiał być jej całkowicie podporządkowany. Po zdjęciu gipsu ręka i noga wymagała solidnej rehabilitacji. Zadbała już o to, żeby rehabilitował go najlepszy specjalista w Toruniu.
Choć czasami rekonwalescent buntował się i nie chciał ćwiczyć, wystarczyło jedno groźne spojrzenie Sylwii, aby brał się za siebie. Sylwii czasami wydawało się, że Daniel po prostu się pieści. Kochała go, ale miała chwile zwątpienia, czasami dochodziła do wniosku, że ma już tego dość. Sama sobie zadawała pytanie, czy naprawdę musi być taką dobrą Samarytanką?
Ślub Alicji i Maksa był ciekawym wydarzeniem w kręgach medycznych szpitala Copernikus.
Elżbieta zadbała o to, aby w tym dniu szpital nie miał ostrego dyżuru na żadnym z oddziałów.
Alicja była ubrana w piękną suknię, miała rozpuszczone włosy.
Kupując suknię, Beata z Sylwią namawiały ją, aby kupiła również jakiś, delikatny welon.
- Wiesz, Beata ma taki zmysł artystyczny, ona by ci ten welon pięknie upięła na głowie.
Wyśmiała ich pomysł, że o mało co się na nią nie obraziły.
Jak to zawsze Alicja podeszła do sprawy poważnie i zrobiła im wykład, co to jest welon i jakie ma znaczenie.
Wszystko na świecie jest umowne, poza zegarem, który każdemu sprawiedliwie odmierza czas.
Welon ślubny pannę młodą zdobi już od czwartego wieku naszej ery. Osłaniający twarz panny młodej jest symbolem dziewictwa. Panna młoda powinna sobie sama założyć na głowę welon. Jeśli pomaga jej przyjaciółka, jest ogromne ryzyko, że uwiedzie pana młodego.
I po pierwsze, nie mam zamiaru robić z siebie idiotki, bo dziewictwo straciłam bardzo dawno, po wtóre nie potrafiłabym sama go sobie upiąć.
Spojrzała na Beatę, która szybko wycofała się z pomysłu upinania welonu swojej siostrze.
Do ołtarza szli przy pieśni Ave Maria.
Widać było na ich twarzach ogromne skupienie i wzruszenie. Nie tak jak "małolaty", które robią ze ślubu przedstawienie i szpan przed rodziną, oni wiedzieli doskonale po co przyszli do kościoła. Są obydwoje dojrzałymi ludźmi, a ich miłość, która przetrwała ogromne zamieszanie, upewniła ich w przekonaniu, że słowa przysięgi dotrzymają do końca życia.
Po przysiędze i pierwszym małżeńskim pocałunku goście zebrani w świątyni zaczęli bić brawo.
Na twarzy Leona nie widać było spontanicznego uśmiechu i radości. Cieszył się, że jego córka wyszła za Maksa, ale jednocześnie smucił, że co dopiero ją odzyskał, a już musiał oddać mężczyźnie, którego wybrała sobie za męża.
Przyjęcie weselne odbyło się w restauracji. Cała sala była wynajęta tylko dla gości państwa Alicji i Maksa Keller.
Jak przystało na ojca pana młodego, Gustaw Keller nie wypił ani jednego kieliszka. Sprawiał wrażenie szczęśliwego ojca, który cieszy się, że jego jedyny syn ma piękną i bardzo mądrą żonę. Trzymał się od Alicji na odległość, nie miał odwagi poprosić jej do tańca. Rozmawiał z synową tylko w obecności syna lub innej osoby trzeciej, najczęściej w obecności żony, z którą miesiąc wcześniej się pogodził.
Około godziny dwudziestej trzeciej Beata wyszła na podwyższenie - scenę i zapowiedziała.
- Wiem, że Alicja kocha muzykę , więc dla niej w szczególności, ale również dla jej męża dedykuję występ solistki operowej i operetkowej, która zaśpiewa kilka pieśni z repertuaru Grażyny Brodzińskiej. Przy fortepianie pan Maciej Drawicz.
Wszyscy wygodnie usiedli przy stołach. Scena była oddalona od części konsumpcyjnej parkietem, gdzie weselnicy tańczą. Nagłośnienie i akustyka sali była super, oświetlenie również. Poproszono wcześniej organizatora, aby oświetlenie nie padało bezpośrednio na twarz śpiewaczki.
Na scenę wyszedł najpierw pianista. Rozłożył nuty i gdy zaczął grać, do mikrofonu podeszła śpiewaczka w czerwonej długiej sukni. W pasie miała dużą świecącą agrafę, która przyciągała wzrok. Ciemne długie włosy miała z jednej strony spięte, z drugiej rozpuszczone.
Po pierwszym utworze Czardasza z operetki "Perła z Tokaju" otrzymała ogromne brawa. Później jeszcze zaśpiewała pieśni: Pamięć, Przetańczyć całą noc, Kołysz mnie, na zakończenie przepięknie, z humorem wykonała Arię ze śmiechem, która wszystkich niezwykle rozbawiła.
Beata weszła jeszcze raz na scenę, dziękując za piękny występ przedstawiła artystkę.
Alicjo, Maksie dla was te piękne utwory śpiewała nie śpiewaczka operowa, lecz nasza siostra oddziałowa Sylwia Matysik. Sylwia ściągnęła jednym ruchem czarną perukę i ukłoniła się. Podeszła do akompaniatora, podziękowała mu i ucałowała.
W tym momencie zaczęli wszyscy bić brawo i skandować Sylwia, Sylwia dopominając się bisu Arii ze śmiechem. Nie było na sali osoby, oczywiście poza Beatą, która choćby przez sekundę domyślała się, kto śpiewa dla Alicji i Maksa. Jej piękny sopran jakże był inny, od głosu, którym mówi na co dzień.
Młodzi, dla których dedykowany był występ wyszli do Sylwii. Alicja dziękując jej powiedziała,
- wiedziałam, że moja przyjaciółka ukończyła klasę śpiewu solowego, ale nigdy jej nie słyszałam jak śpiewa.
Sylwia, jesteś wspaniała. Chyba pomyliłaś zawód. Zaczęła całować ją i gratulować.
Arię ze śmiechem wykonała jeszcze raz, wszyscy śmiali się aż do łez.
Leon też chciał coś powiedzieć, zastukał w kieliszek i wyszedł do mikrofonu.
Proszę państwa, chciałem coś ważnego powiedzieć.
Pierwszy raz słyszałem naszą Sylwię gdy miała chyba 15 lat, w Teatrze Horzycy, jak śpiewała ze swoją babcią, światowej sławy śpiewaczką operową, która przez wiele lat mieszkała we Włoszech i Ameryce a u schyłku swojego życia w Toruniu.
- Proszę państwa, śpiewałam wiele razy z moją babcią, jak przyjeżdżała do Torunia. Ale...
Panie ordynatorze, dzisiaj jest święto Alicji i Maksa i proponuję zaśpiewać dla nich sto lat. Zaintonowała Sto lat, niech żyją, żyją nam, potem Niech im gwiazdka pomyślności, później Sto lat, sto lat ...., a potem I jeszcze jeden i jeszcze raz.
Sylwia zeszła ze sceny, gdzie miejsce zajął zespół, który grał do białego rana.
Popis tanga dała dyrektor Bosak z profesorem Florczykiem. Także otrzymali owacje.
Alicja i Maks przysiedli się na chwilę przy Sylwii i Danielu.
- Sylwia, naprawdę to co zrobiłaś dla nas, to ogromna niespodzianka. Jak mogłyście z Beatą utrzymać w tajemnicy twój występ. A przecież w domu też mogłyśmy sobie urządzać koncerty.
Sopran Sylwia Matysik, przy fortepianie Alicja Szymańska.
- Kochanie, od dzisiaj jesteś Alicja Keller, przypomniał jej mąż.
- Wiadomo, że nie byłoby niespodzianki, odpowiedziały jednocześnie Sylwia z Beatą.
I nie myślcie sobie, że Sylwia Matysik i Beata Jasińska to kurierki roznoszące w Copernicusie plotki.
- My umiemy trzymać języki za zębami. Uściskały kolejny raz młodą parę życząc im wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia.
Alicja natomiast życzyła Sylwii pomyślnej rehabilitacji Daniela i jak tylko stanie na nogi doprowadzenia go do ołtarza.
Piękne wykonanie Ave Maria. Przy tej pieśni(ale w innym wykonaniu) Maks i Alicja szli do ołtarza,
powiedzieć sobie sakramentalne TAK
Najszczęśliwsze chwile Maksa i Alicji. Ich związek usankcjonowany ślubem konkordatowym





Arię ze śmiechem, z repertuaru Grażyny Brodzińskiej wykonała dla Maksa i Alicji siostra oddziałowa Sylwia Matysik. Myślę, że śpiewała ją nie mniej pięknie, jak pani Grażyna. Obie w genach odziedziczyły miłość do muzyki.
ja powinnam odrabiać rachunkowość ale nie mogłam się powstrzymać :-) Cudna część
OdpowiedzUsuń