niedziela, 1 września 2013

Siostra oddziałowa cz. 11

 

     Wieczorem  usiadły  w salonie. Sylwia przygotowała kolację. Była wykwintna, przy świecach.
- Szkoda, że nie ma tu Krzysztofa?
Sylwia podniosła oczy i spojrzała podejrzliwie na Alicję.
- Jednak bardzo tęsknisz. No, wymazać dziesięć lat z pamięci w kilka miesięcy jest bardzo trudno.
- Nie, to nie o to chodzi. Zobaczyłby jak prowincjonalne dziewuchy spędzają wieczory, przy świecach, muzyce, na prawdziwych salonach.
- Nie rozumiem.
Alicja opowiedziała Sylwii poranną rozmowę z Krzysztofem. Dał jej do zrozumienia, że stacza się na dno w tym prowincjonalnym Toruniu, a ona jest upadłą  prowincjuszką.
- O matko i córko. Tak naprawdę ci powiedział?
- Gorzej. Nie tylko dał mi do zrozumienia, że tu niczego nie osiągnę, ale że zniweczę jego dziesięcioletni wkład pracy nad budowaniem mojego naukowego wizerunku.
- A to dupek.
- I jeszcze mi powiedział, że to on ze mnie zrobił lekarza i kobietę na poziomie.
Sylwia znieruchomiała. Patrzyła na nią swoimi niebieskimi oczami w taki sposób,  jakby chciała  przekazać jej swoje współczucie. 
    Alicja rozmawiała z Sylwią spokojnie, nie była zdenerwowana. Cały dzień miała na to, żeby "przegryźć" poranną rozmowę.
-     Dobrze, że mój Daniel jest też z prowincji.
- Twój Daniel, to znaczy Daniel Orda?
- A co? Lekarz i pielęgniarka nie mogą nic do siebie czuć?
Dobrze kamuflowany związek Daniela i Sylwii przez wiele miesięcy nie był pod obstrzałem plotkarskich pielęgniarek i lekarzy.
Sylwia powtórzyła słowa babci, że jeśli o tobie wiedzą mniej, tym są zdrowsi i ty jesteś zdrowsza.  Sylwia postrzegana była jako charyzmatyczna  kobieta, która potrafi wziąć sprawy w swoje ręce i działać. Miała podobne podejście do pracy  jak dyrektor Bosak. Jak ktoś się czegoś podejmuje, musi to robić najlepiej, jak potrafi, nie odwalać fuszerki. A jak czegoś nie wie, powinien się douczyć.
- Sylwia, nie powiedziałam ci czegoś bardzo ważnego.
- Więc nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś się do końca otworzyła. Kochasz Maksa?
- Nie o tym chciałam mówić.
- A o czym.
Alicja usiadła wygodnie w fotelu i zaczęła opowiadać o swoim dzieciństwie, o tym, że nie znała nigdy swojego ojca, bo zostawił mamę, jak była w ciąży. Mama, która była dla niej wszystkim na świecie  była pielęgniarką, pracowała praktycznie bez przerwy, aby zapewnić jej odpowiednie warunki do nauki i rozwoju. Dziadek był muzykiem, grał na skrzypcach w orkiestrze w Operze Narodowej, babcia była kostiumologiem. Mama była na medycynie, ale gdy dowiedziała się, że jest w ciąży zrezygnowała ze studiów i ukończyła szkołę pielęgniarską. Pracowała, pracowała i tylko pracowała. Ja wychowywałam się praktycznie na próbach w operze, w pracowniach krawieckich i na dyżurkach pielęgniarek, zmieniałam szkoły jak cygańskie dziecko.
Zawsze uczyłam się w dwóch szkołach, masowej podstawowej i muzycznej I stopnia, potem w liceum ogólnokształcącym i szkole muzycznej II stopnia.
- Ale jazda, zaśmiała się Sylwia. Chyba nie uwierzysz, ja też.
  W jakiej klasie byłaś.
- Skończyłam klasę fortepianu.
- A mnie średnie wykształcenie muzyczne  dało zawód  muzyk wokalista, specjalność śpiew solowy.
Zaczęły się śmiać tak głośno, że usłyszały stukanie sąsiadów. Zrozumiały, że muszą się uspokoić.
Sylwia, teraz  wiem, że twój taniec to nie taki przypadkowy. Rytmika praktycznie od dziecka, bo poruszania się na scenie trzeba się uczyć od małego. I ta płytoteka muzyki klasycznej też nie jest zgromadzona przypadkowo.
- Jako nastolatka tańczyłam taniec towarzyski. Na parkiecie czuję się jak ryba w  wodzie.
   Płytotekę natomiast odziedziczyłam po babci, prawdziwej śpiewaczce operowej, teraz tylko ją uzupełniam. Jeśli kiedyś będziesz chciała, opowiem ci o mojej babci, która wiodła prawdziwe życie artystyczne we Włoszech, Ameryce, Kanadzie. Przed śmiercią wróciła do swojego ukochanego Torunia. Biografia artystyczna mojej babci jest bardzo bogata, życia prywatnego tragiczna.
Ale dzisiaj mówimy nie o babciach, lecz o nas. Jest fortepian, więc na nim graj.
- Codziennie gram,  miałam jednak wyrzuty sumienia, że brakowało mi  odwagi, by  ci o tym powiedzieć.
- Alicja, ten dom, dopóki tu mieszkasz, jest też twoim domem.
- To znaczy, że mogę zamówić stroiciela, żeby dostroił instrument. Oczywiście ja za wszystko płacę. Używam, więc stroję.
- Pewnie, że tak.
Alicja miała jednak prośbę do Sylwii aby w szpitalu o tym nikomu nie mówiła. Taką samą prośbę miała Sylwia do swojej przyjaciółki.
- Sylwia, zachichotała Alicja. Może te toruńskie prowincjuszki  z dobrego domu, z fortepianem już powinny iść spać?
Nie zaśmiały się, ale parsknęły śmiechem i rechotały tak głośno, że  znowu usłyszały stukanie w sufit.
     W sobotę Alicja z Maksem wybrali się do Bydgoszczy. Zmienili jednak cel podróży i pojechali do Ciechocinka. Kilkugodzinny spacer przy tężniach, obiad w restauracji, zwiedzanie kościołów i pobyt na basenie zajął im cały dzień.  Późnym wieczorem zdecydowali   wrócić, choć Maks miał ciekawsze propozycje. Alicja wolała  nocować w domu.
Przez cały dzień Alicja była wyluzowana, całkiem inna niż ta, którą  dotychczas znał. Potrafiła oderwać się od medycyny, pracy, książek naukowych i być bardzo sympatyczna, dowcipna i wesoła.  Wracali bardzo wolno, Maksowi się nie spieszyło, chciał być z nią jak najdłużej.
- Maks, chodzą w szpitalu słuchy, że wraca z Anglii twoja była narzeczona.
- Nic o tym nie słyszałem. Była, to znaczy, że była. Już z tą kobieta mnie nic nie łączy. Nie od kiedy wyjechała, ale jeszcze wcześniej. To ona zdecydowała o tym co się stało, nie ma możliwości żadnego powrotu.
- Ona nie wraca do ciebie? Podobno ją rzucił narzeczony.
- Alicja, przepraszam cię, skąd ty masz takie wiadomości. Z kosmosu?
- Nic do tej  kobiety nie czuję i na pewno nie ma żadnego powrotu. Kocham kogoś innego, ale ona chyba o tym nie wie, albo nie chce wiedzieć?
- Ups, przepraszam Maks. Czasami człowiek popełnia  nietakty, jak ja teraz.
- Przed północą dojechali do Łaziennej. Namawiał ją, aby pojechali do jego domu, ale nie chciała, jeszcze teraz nie  chciała.
Maks wysiadł i otworzył jej drzwi.  Pomógł  Alicji  wysiąść z auta, podając rękę.
- Alicja kocham Cię. Od pierwszego momentu, kiedy cię zobaczyłem. Naprawdę, strasznie cię kocham.
Przylgnął do jej usta i zaczął ją całować. Wcale się nie broniła.
- Ja też, chciała powiedzieć, że go też kocha, ale jak na nią spojrzał zmieniła swoje zdanie. Ja chcę już do domu.
- Tak zaraz pójdziesz, odprowadzę cię na sama górę.
     Weszli do mieszkania, gdzie Sylwia właśnie kończyła zmywać naczynia. Wszystko wskazywało na to, że niedawno ktoś stąd wyszedł.
- No i jak wycieczka? Co ładnego widzieliście w Bydgoszczy?
- Nic, bo nie pojechaliśmy tam, tylko zmieniliśmy kierunek.
- Więc gdzie byliście?
- Wybraliśmy kierunek na Weronę, ale zawróciliśmy, bo zbyt daleko. Pojechaliśmy do Ciechocinka.
- Chcieliście pojechać do Werony? Po co?
- Bo Maks chciał mi zaśpiewać miłosną serenadę pod balkonem. Taką jak Romeo śpiewał Julii.
- Wariatka.  Powiedziała Sylwia. Choć w pierwszej chwili myślałam, że z tą Weroną to prawda.
Żegnając się, Maks obiecał Alicji, że w pierwszy urlop, jaki wspólny będą mieli , pojadą do Włoch i on stanie   na wysokości zadania i  w Weronie pod balkonem zaśpiewa jej miłosną serenadę.
Kobiety popatrzyły na niego  z niedowierzaniem.
- No co tak patrzycie, przecież uczyłem się w szkole muzycznej. Nie byłem wytrwały i w drugiej kasie powiedzieli do moich rodziców, aby mnie ze szkoły zabrali, bo się tam męczę. Ale śpiewać to ja potrafię.
Alicja i Sylwia ryknęły śmiechem tak głośno, że za chwilę rozległo się pukanie do drzwi.
Sylwia otworzyła i zobaczyła sąsiadkę.
- Pani Sylwio, proszę o ton ciszej, bo mi dziecko nie chce spać.
- Tak, bardzo przepraszamy. Już więcej to się nie powtórzy.

 

3 komentarze:

  1. Świetne, szczególnie napady śmiechu i stukanie sąsiadów ja z moją przyjaciółką specjalnie śmieję się głośno żeby wkurzyć sąsiadkę ;-) Czekam na ciąg dalszy :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Może coś więcej o babci napiszesz?

    OdpowiedzUsuń
  3. Podobno talent dziedziczy się nie tylko po rodzicach, ale przede wszystkim po dziadkach.

    OdpowiedzUsuń